Przede wszystkim cześć, bo jestem tutaj nowy. Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy w ogóle warto się tak uzewnętrzniać, ale z drugiej strony stwierdziłem, że bez tego przecież niczego się nie nauczę i nie dojdę do żadnych wniosków. Mam żonę (jesteśmy małżeństwem od 13 lat), 4 dzieci. Przeprowadziłem się z dużego miasta na małą wieś, daleko od środowiska w którym wyrosłem. Pracuję zdalnie, więc miałem taką możliwość. Mój związek zawsze był pełen wybojów - jestem dość mało skrupulatny i sumienny. Przez całą swoją młodość byłem związany z muzyką i teatrem, grałem, występowałem itd. środkowisko, które lubi imprezować i gadać dużo o sobie. Moja żona zupełne przeciwieństwo - bardzo ułożona, dużo analizująca, myśląca, z planem na siebie, swoje życie. Jej głównym marzeniem było zostanie matką, ja byłem bardzo otwarty, bo zawsze chciałem mieć dzieci, ale też nigdy sam nie dążyłem do tego. Przed ślubem ją zdradziłem - pisałem z koleżanką przed dłuższy czas, zdradziłem jej lojalność i mocno ją upokorzyłem tym samym. Mieliśmy o to wielka kłótnię, ale finalnie wzięliśmy ślub i tak temat od czasu do czasu wracał, bo niczego w związku z tym nie naprawiałem, ciągle mówiłem, że zrobię i później nic nie robiłem. Ostatnio nasze kłótnie mocno się nasiliły - w zasadzie jest kilka głównych wątków, które ciągle się pojawiają:
- Mój brak ambicji - nie imponuję jej, więc ona nie chce być ze mną blisko. Rzuca mi czasem wyzawania typu - naucz się biologii na poziomie rozszerzonym, zrób 100 przysiadów, rozwiąż ileś zagadek matematycznych. Pokaż, że potrafisz coś na siebie wziąć, coś większego i trudnego i dokończ to.
- Mój brak dowodzenia - czasem zaczynam działać jak leader naszego domu, ale zazraz wracam w tryb ciągłego pytania jej o to co myśli, jak ona by to zrobiła. Czyli bardzo podążam za nią, a ona chciała by podążać za mną.
- Ciągłe kłastwa - to chyba najgłębsza rana. Mam taki mechanizm w którym w styutacji stresowej dąże do wybielenia swojej osoby. Nie przyznam się do tego, że czegoś nie wiem, powiem nieprawdę byle uniknąć przykrej konsekwencji. Generalnie zrobię dużo byle nie przyznać nawet przed samym sobą, że robię coś żle lub jestem po prostu nieszczery.
- Miłość - to w sumie najświeższa rzecz. Moja żona powiedziała mi, że jej zdaniem ja jej po prostu nie kocham, a ona bardzo chciałaby być kochana. Od czasu tej zdrady nigdy nie zrobiłem niczego, co by pokazało, że jestem w stanie poświęcić się dla niej, a konkretniej poświęcić czegoś swojego, w co wkładam pracę, co jest trudne i zrobić to tylko dla niej. Dodam tylko, że to wszystko (zdrada) wydarzyło się podczas pracy nad projektem w pracy, który przyniósł mi dużo uznania, byłem mocno chwalony, podziwiany - podjerzewam, że ta koleżanka też interesowała się mną przez to, że jej imponowałem. Moja żona też wtedy mnie mocno podziwiała, ale ja nie chciałem dzielić się z nią owocami tego uznania. Do tego jeszcze to, że o nią nie zabiegam, nie robię nic co sprawia, że czuje się przeze mnie kochana/uwodzona.
Ona mocno to przeżywa, dużo milczy, nie chce gadać, bo słowa tylko ją bolą i w sumie nic za nimi nie idzie. Gadamy o dzieciach, obowiązkach, ale to wszystko. Dużo czytam, analizuję, ale wiem, że tylko działanie może przynieść jakieś efekty. Byłem na terapii, ale to zawsze przynosi mi tylko chwilową poprawę, a wręcz kiedyś poczułem, że terapeuta sugeruje mi, że po prostu powinienem znaleźć sobie dobre otoczenie, więc szukam.
Jak widzicie temat dość złożony, ciągnący się niesamowicie, a jednocześnie czuję, że mało rzeczy jest mną w stanie na tyle wstrząsnąć, żeby zacząć działać - co oczywiście sprawia, że czuję się totalnie beznadziejnie. Tak jakbym nie umiał po prostu w to wszystko. Macie jakieś porady, źródła (książki/filmy), które zainspirowały Was do zmiany? Coś co pomoże w ułożeniu sobie celów, zbuduje pewność siebie? Wszystkie porady mile widzane ![]()