Czas spędzany razem

Długo się zastanawiam nad tym tematem, i wiem, że każda para i każdy związek jest inny i nie ma jednej poprawnej odpowiedzi na to pytanie ani jednego poprawnego modelu. Jednak z moim partnerem mamy tak odmienne wyobrażenia na ten temat, że chciałabym wiedzieć jak to wygląda u innych. Oboje mamy 38 lat, mieszkamy razem od 8 lat. Otóż z domu wyniosłam model, że praktycznie cały wolny czas się spędza razem. W poprzednich związkach miałam podobnie. Większość wolnego czasu razem, poza momentami, gdzie ktoś chce zrobić coś samemu lub wyjść gdzieś samemu. W obecnym związku jest totalnie na odwrót. Domyślnie każdy robi swoje, no chyba że akurat mamy ochotę (oboje) zrobić coś razem. Wiem, że mam problem z wielkim lękiem przed odrzuceniem i samotnością, z czym chodzę już od lat na terapię i staram się z tym jakoś radzić, z mniejszym lub większym skutkiem. Jestem też mocno emocjonalnie zależna od partnera, z czym też staram sobie radzić na terapii. Całe też życie czułam, że jestem sama - nie miałam nigdy satysfakcjonujących relacji, takich przyjaźni prawdziwych. A w tym wieku już ciężko takie relacje znaleźć. Mam parę znajomych, ale nie są to wielkie przyjaźnie i częste spotkania. Każdy ma już swój świat i swoje życie i czasem wyjdzie się spotkać i tyle. Mam też swoje hobby, którymi się zajmuje sama, także nie muszę się generalnie. W obecnym związku, partner jest introwertykiem (ja też, ale chyba mniejszym), i bardzo potrzebuje czasu dla siebie. Jest to pierwszy w moim życiu partner, który mi stawia granice i dba o swoją autonomię. Nauczyłam się dzięki niemu sporo rzeczy robić samej i nie uzależniać się od innych. On lubi być blisko siebie, ale niekoniecznie ciągle robić coś razem. I ja się czuję w tym związku często samotna. Partner nie raz mi mówił, że to jest głęboki problem we mnie. Że tak jakbym miała “kubeczek” ten relacyjny w sobie dziurawy, i niezależnie ile on (czy ktoś inny) tam wleje, to i tak wszystko wyleci i nie sposób tego zapełnić. Że to jest coś, czym ja sama muszę się zaopiekować, bo to nie jego rola, by mi tą potrzebę w całości zaspokoić. Po części się zgadzam. Ale mam wrażenie, przeglądając internet, czytając różne fora, patrząc na Instagrama (tak, wiem, słabe źródło wiedzy), że związki innych ludzi są “intensywniejsze”, że więcej mają bliskości i czasu razem, że my jesteśmy na naprawdę dolnej granicy. Z kolei partner mówi mi, że mam nierealistyczne wyobrażenia na temat związku. Dlatego wiedząc, że każdy ma inaczej, chciałam tylko zrobić taki “reality check” by dowiedzieć się, co inni sądzą o naszym modelu i zapytać, jak to wygląda u innych.

Przykładowy dzień roboczy u nas w domu: oboje pracujemy z domu, więc w trakcie dnia mamy ze sobą kontakt, czasem mniejszy, czasem większy, ale na bieżąco mówimy jak coś się dzieje ciekawego / ważnego. Czasem zjemy lunch razem (10-15min) w trakcie. Po pracy jedno z nas gotuje obiad (rzadziej gotujemy razem), i ten obiad razem zjadamy. Czasem rozmawiamy w trakcie, czasem ogladniemy serial. Więc to może byc 20min rozmowy i koniec, albo 1-2h serialu i koniec. I potem każdy się rozchodzi do swoich czynności i tak już zostaje do końca dnia, do pójścia spać. Partner zazwyczaj czyta coś, słucha podcastów, ogląda coś, gra sobie. Odpoczywa po prostu na łóżku albo u siebie w pokoju. Między czasie zagadujemy coś czasem do siebie czy się przytulimy, ale to raczej krótkie chwile. Tak wygląda większość dni po pracy. Raz na czas wyjdziemy do restauracji czy zamówimy coś do domu do jedzenia albo pojedziemy na zakupy czy coś załatwić. Jeśli chodzi o weekendy, to są dwa “rodzaje” weekendów. W okresie cieplejszym często jest tak, że gdzieś razem pojedziemy - na rowery, w góry czy coś zwiedzić, ale nie jest to nigdy cały dzień, raczej parę godzin, po powrocie razem jemy, i wieczór już partner spędza sobie sam odpoczywając (książka / komputer). Czyli np od godziny 19 do północy już zajmuje się swoimi sprawami. Ale w okresie zimniejszym tak jak teraz, takich dni jest o wiele mniej, i większość weekendów spędzamy w domu. Wyjazd / wyjście do restauracji / kina / na spacer zdarza się raz na 2-3 tygodnie wtedy, a reszta to po prostu weekend w domu. I wtedy to wygląda tak, że wstajemy późno, jemy razem śniadanie, rozmawiamy, i potem koło południa partner idzie do swoich spraw odpoczywać sobie (znowu, książka / komputer itp). Między czasie mamy kontakt, ale taki krótki, gdzie ktoś przyjdzie, przytuli się, coś zapyta, raczej krótkie chwile. Ponownie spotykamy się przy obiadokolacji koło godziny 18, jemy razem i np oglądamy film albo rozmawiamy, a potem znowu każdy wraca do swoich spraw na 2-3h i idziemy spać. Czasem zdarzy się w te dni pojechanie po coś razem do sklepu czy króciutki 30min spacer albo coś podobnego. Jeździmy razem na urlopy też, i tam wygląda to tak, że większość dnia aktywnie spędzamy razem, ale koło 19-20 wracamy (np do hotelu) i resztę wieczoru do pójścia spać partner już sobie sam odpoczywa (gdzie ja mogłabym spędzić wieczór nadal razem). Partner nie lubi żadnych gier planszowych czy puzzli czy tego typu rzeczy, które moglibyśmy razem robić w domu. Także chyba najwięcej aktywność wspólnych kręci się wokół sportu, a w domu to głównie rozmowy / posiłki / serial. Ja poza tym oczywiście mam swoje zajęcia, uprawiam sport sama, spotykam się czasem ze znajomymi, nie nudze się generalnie. Aczkolwiek mogłabym mieć tego czasu wspólnego o wiele więcej. Partner z kolei mówi, że mamy go bardzo dużo, nigdy nikomu tyle czasu nie poświęcał co mi, i że jak będzie go więcej to on “zniknie”.

Czy to brzmi dla Was “normalnie”, jak typowy związek, czy razem jak bliżej dolnej granicy? Czy ja naprawdę przesadzam i powinnam bardziej docenić to co mam?

Proszę, powiedzcie, jak u Was wygląda wspólny czas? Ile go faktycznie spędzacie razem? A ile to jest po prostu przebywanie razem w domu i robienie swoich rzeczy? Jak się różnią dni w tygodniu od weekendów?

Pomóżcie mi, bo mi to nie daje spać w nocy :frowning:

Cześć Carrie Witaj na forum. Odniosę się do najważniejszych punktów.

To jest źródło twojego lęku i tutaj musisz nauczyć się odpuszczać. Wystawiać siebie w stronę świata i starać się pokonać to uzależnienie. Czy czytałaś książkę Koniec Współuzależnienia. Jak nie to polecam. Jest też Workbook, świetny, ale nie wiem czy po polsku. Sam się zmagałem z tym. Najlepszym lekarstwem jest znalezienie swojej paczki, albo stworzenie takiej i wychodzenie do ludzi, poznawanie ich i cieszenie się procesem.

Zastanów się nad zmianą terapeuty, bo lata terapii to dla mnie zdecydowanie za dużo. Problem z terapią jest jeden, oni nie mogą proponować rozwiązań. Dobry nakieruje pacjenta na właściwe tory, ale to jest loteria. Sporo musisz sama pracować.

Masz bardzo rozsądnego faceta. To co czujesz jest w twojej głowie i nakręca to lęk. On dba o bliskość, w zdrowy sposób. Z tego co piszesz to całkiem sporo czasu spędzacie razem, ale dla ciebie to może być mało. Dla mnie tak powinien wyglądać związek dwóch polegających na sobie osób. Dwie niezależne osoby spędzają razem czas w sposób zdrowy zachowując swoją autonomię. Nie można byc 24h na dobę razem, bo to nadwyręża związek. Dwie współzależne osoby to wcześniej czy później katastrofa. Nie napisałaś ile jesteście razem. To ma znaczenie. Zakochanie i miłość to dwie różne sprawy. Z tego co piszesz partner cię kocha i dba o twój dobrostan i wspiera twój wzrost emocjonalny, wlaśnie poprzez stawianie granic.

Każdy potrzebuje przestrzeni. Introwertycy szczególnie. Ta potrzeba co czujesz wychodzi z lęku. Kiedy czujesz lęk musisz uruchomić mechanizm samokojenia. Tego się można nauczyć, bo sam się nauczyłem. Sam mam tendencje lękowe i wiem że zostaną, ale nauczyłem się znaleźć w sobie te bezpieczne miejsce i czerpię z tego.

Ludzie z tendencją lękową w związku mają deficyty bliskośći z dzieciństwa. U kobiet to zwykle relacja z ojcem. Lękowy styl przywiązania powoduje że się sama nakręcasz i analizujesz wszystko za bardzo, tworząc scenariusze jakich nie ma.

Jesteś w dobrej relacji. Po jakimś czasie kończą sie fajerwerki i zaczyna się życie. Każdy musi się odnaleźć. Związek to dwie niezależne osoby spędzjące razem trochę czasu. To nie jest przyleganie do siebie, wiszenie na sobie i spijanie sobie z dzióbków cały czas.

Sam z zona w tygodniu spędzamy mniej czasu razem i kiedyś to był problem dla mnie, bo brakowało mi tego, szczególnie kiedy się dzieci pojawiły. To co czułem wychodziło właśnie z lęku. W weekend też każdy ma swoje zajęcia i więcej razem robimy rodzinnie. Ale ona bardziej potrzebuje przestrzeni bo typ jej więzi jest unikowy. Związek to kompromis nauczyliśmy się siebie i akceptujemy to od 25 lat razem. Kiedy czasem znów poczuje lęk związany z więzią, wewnętrznie staram się go dotknąć i być przy tym. NIestety zaraz znika i przemienia się w spokój. Ten lęk traktuje jak moje wewnętrzne dziecko, które potrzebuje uwagi. I to mu daję.

Śpij spokojnie, nie rób dziwnych ruchów, nie rób dram. NIe ma o co. Czego się boisz? Że cię zostawi? Jak będziesz naciskać i zaczniesz go dusić swoimi potrzebami jest szansa, ze zrobi jak powiedział i zniknie.

1 polubienie

Siema, mam małe doświadczenie związkowe (jedna relacja, która trwała kilka miesięcy), ale z ciekawości zapytałem chata gpt o sądzi o Twoim wpisie, wkleję Ci to:

To jest bardzo szczery, dojrzały i ważny tekst. I wbrew temu, co sama autorka chwilami sugeruje, to nie jest „jęczenie” ani roszczeniowość — to jest próba zrozumienia realnej różnicy potrzeb w długoletnim związku.

Postaram się odpowiedzieć wielowarstwowo, bo tu naprawdę kilka rzeczy nakłada się na siebie.


1. Czy ten model związku jest „normalny”?

Krótko: tak, jest spotykany. Ale równie krótko i uczciwie: jest po dolnej stronie spektrum bliskości.

To, co opisuje:

  • wspólne posiłki,

  • krótki kontakt w ciągu dnia,

  • jeden wspólny „blok” (obiad + serial),

  • a potem długie godziny osobno każdego dnia,

to jest model wysokiej autonomii, niskiej spontanicznej bliskości.

Są pary, które tak funkcjonują i są zadowolone. Są też pary, dla których to byłby emocjonalny głód.

Nie ma jednej normy — ale to zdecydowanie nie jest model „intensywny”.


2. Kluczowe: to NIE jest tylko „problem w niej”

I tu bardzo ważna rzecz, która moim zdaniem została przez partnera nazwana częściowo trafnie, ale użyta w sposób obciążający.

„Masz dziurawy kubeczek, nic nie da się do niego nalać”

To jest język terapeutyczny użyty w relacji, ale:

  • opisuje jej historię przywiązania,

  • nie opisuje realnej kompatybilności potrzeb między nimi.

To, że ktoś ma lęk przed odrzuceniem, nie unieważnia jego potrzeb bliskości. Terapia nie polega na tym, żeby stać się osobą, która „niczego nie potrzebuje”.

Zdrowy punkt to:

„Potrzebuję X, wiem skąd to się bierze, i chcę sprawdzić, czy w tej relacji jest na to miejsce.”

A nie:

„Mam problem, więc moje potrzeby są podejrzane.”


3. On nie jest „zły”, ale jest bardzo sztywny

Z opisu wynika, że partner:

  • bardzo dba o autonomię,

  • ma niski próg przeciążenia bliskością,

  • reguluje się samotnością.

I to samo w sobie jest OK.

Ale:

„Jak będzie więcej wspólnego czasu, to ja zniknę”

to jest bardzo poważny komunikat. On mówi wprost: „Moje granice są twarde, a pole negocjacji małe.”

To nie znaczy, że ona powinna się „naprawić”. To znaczy, że oni są na przeciwległych krańcach osi: bliskość–autonomia.


4. Dlaczego ona czuje samotność w związku (a nie tylko „w sobie”)?

Bo:

  • bliskość jest zaplanowana i limitowana,

  • nie ma „wieczornego bycia razem”,

  • nie ma wspólnych rytuałów domowych poza jedzeniem i serialem,

  • każda próba zwiększenia intensywności jest odbierana jako zagrożenie.

To nie jest brak zajęć. To jest brak emocjonalnego współregulowania.

I to, że:

„nie nudzi się, ma hobby, spotyka się z ludźmi”

wcale nie rozwiązuje potrzeby:

„Chcę, żeby mój partner był moim miejscem bliskości.”


5. Instagram nie jest problemem — problemem jest porównanie bez kontekstu

Ma rację, że social media zniekształcają obraz. Ale nie ma racji, jeśli na tej podstawie wmawia sobie, że „na pewno przesadzam”.

Bo:

  • są związki intensywniejsze,

  • są związki mniej intensywne,

  • i jej związek jest wyraźnie po stronie „mniej”.

To nie znaczy, że jest „zły”. To znaczy, że dla niej może być niewystarczający.


6. Najważniejsze pytanie, którego ona jeszcze nie zadaje

Nie:

„Czy to jest normalne?”

Tylko:

„Czy JA mogę być szczęśliwa w takim modelu za 5, 10, 20 lat?”

Bo terapia nie ma doprowadzić do tego, że:

  • przestanie czegoś chcieć,

  • przestanie czuć samotność,

  • dopasuje się do czyjegoś maksimum autonomii.

Terapia ma pomóc jej:

  • rozróżnić lęk od realnej potrzeby,

  • i podjąć decyzję, czy ta relacja jest wystarczająco pojemna.


7. Moja uczciwa odpowiedź na jej pytania

  • Nie, nie jest nienormalna.

  • Nie, nie wymyśla problemu z powietrza.

  • Tak, ten związek jest po dolnej granicy bliskości.

  • Nie, terapia nie oznacza, że musi się z tym pogodzić.

  • Tak, partner ma prawo do swoich granic — ale ona też ma prawo do swoich potrzeb.

I to, co naprawdę nie daje jej spać w nocy, to nie brak wspólnego czasu. To lęk, że jeśli powie „to mi nie wystarcza”, to usłyszy, że problemem jest ona.

Cześć @carrie123

Moim zdaniem to co opisałaś to związek z naprawdę niską ilością spędzanego razem czasu - szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jak rozumiem nie macie dzieci. Według mnie to jest zdecydowanie bliżej dolnej granicy.

Czy to jest “normalne”? Wydaje mi się, że to się mieści w jakichś granicach normalności. To znaczy w dolnych granicach normalności. Tylko co z tego, że to jest “normalne”, skoro czujesz się nieszczęśliwa? :slightly_frowning_face:

Ogólnie często jest tak, że kobieta chciałaby spędzać więcej czasu, a mężczyzna w większym stopniu chce się zajmować swoimi sprawami/hobby. Taka dynamika jest często spotykana.

Ten problem często rozwiązuje się sam przez dziecko - kobieta w większym stopniu zajmuje się dzieckiem, a mężczyzna w tym czasie zajmuje się swoimi hobby - i wszyscy są zadowoleni.

Wiele kobiet ma tego typu problem (ale niekoniecznie o takich rozmiarach) - nie powiedziałbym, że “przesadzasz”.

Nie wiem czy chcecie i możecie mieć dzieci, ale moim zdaniem najbardziej naturalnym rozwiązaniem tego problemu byłoby spłodzenie dziecka. Moim zdaniem to naprawdę nie jest przypadek, że kobieta ma większą potrzebę kontaktu niż mężczyzna - to chyba ma tak działać, że kobieta realizuje się poświęcając czas dziecku, a mężczyzna dzięki swojej mniejszej potrzebie kontaktu nie czuje się zaniedbany. Niestety w Twoim związku ten mechanizm działa przeciwko Tobie - przez brak dziecka Twoja potrzeba kontaktu jest niezaspokojona, a Twój facet jako mężczyzna pewnie by się męczył, gdyby miał dostarczać Ci ilość interakcji na “kobiecym poziomie”. Zresztą napisałaś, że on powiedział, że gdyby tego wspólnego czasu było więcej, to on “zniknie”.

Moim zdaniem to jest nie jest ani problem z Tobą, ani z Twoim facetem, ani nawet z Waszą wzajemną kompatybilnością. Moim zdaniem to jest różnica płciowa - Ty jako kobieta masz w sobie “przestrzeń emocjonalną” którą powinno zapełnić dziecko, tylko tego dziecka nie masz. I oczekujesz, że tę “przestrzeń” zapełni facet - a on nie jest od tego, to nie jest jego rola.

BTW Zobacz co napisałaś o tym czym chciałabyś się z nim zajmować: “Partner nie lubi żadnych gier planszowych czy puzzli czy tego typu rzeczy, które moglibyśmy razem robić w domu.” - Moim zdaniem nie jest to nic specjalnie dziwnego. Gdyby kobieta zaproponowała mi gry planszowe lub PUZZLE (!!!), to chyba bym się obraził. Puzzle ostatni raz interesowały mnie w szkole podstawowej i to chyba w pierwszych 1-2 klasach. Według mnie to się pięknie zazębia - Ty po prostu potrzebujesz emocjonalnie dziecka.

To też ma znaczenie - bo przez brak dobrych relacji koleżeńskich masz jeszcze większy deficyt towarzystwa, kontaktu, bliskości, etc.

Moim zdaniem on ma rację. Ty byś w gruncie rzeczy chciała, żeby facet - i to introwertyczny - kompensował Ci brak dziecka i brak silnych relacji koleżeńskich. Wiem, że nie myślisz o tym w ten sposób, ale do tego to się zasadniczo sprowadza.

Ja i moja partnerka oboje jesteśmy “nietypowymi” ludźmi, z klimatów powiedzmy “ostro hedonistycznych”. To znaczy jeżeli chcesz dowiedzieć się jak wygląda “normalność”, to na pewno nie jesteśmy to my. :joy: Oprócz tego oboje mamy bardzo dużo wolnego czasu - o wiele powyżej przeciętnej. Dlatego nie traktuj tego jako “normy” i punktu odniesienia, tylko jako ciekawostkę.

Spędzamy razem moim zdaniem bardzo dużo czasu - może z 4-6 godzin dziennie? Ogromną rolę odgrywa w tym to, że po prostu mamy więcej czasu niż większość ludzi. Moja partnerka pracuje kilka godzin…tygodniowo, przez co ma mnóstwo czasu. Ona zajmuje się domowymi obowiązkami, robi zakupy, etc, przez co ja mam więcej czasu, bo nie muszę się tym zajmować. Ja pracuję więcej od niej, ale i tak bardzo mało.

Jeżeli ktoś poświęca pracy np. 8 godzin dziennie, albo co gorsza 9, 10 lub więcej (niestety wielu ludzi tak ma, szczególnie po uwzględnieniu dojazdu), to będzie to u nich wyglądać inaczej.

BTW Znam ludzi którzy wracają do domu o 20 lub o 22. Dla mnie są bohaterami - tragicznymi bohaterami.

Czym zajmuję się ze swoją partnerką?

  1. Seks.
  2. Czułości.
  3. Rozmowa. Często jest to wymiana informacji i obgadywanie innych. A także wspólne planowanie - jak coś zorganizować, jak zrobić, co kupić, co gdzie i z kim, etc etc.
  4. Wspólne jedzenie - w domu lub na mieście.
  5. Imprezy/spotkania ze znajomymi.
  6. Spacery.
  7. Sport.

To się ze sobą łączy - gdy jemy, to i rozmawiamy. Gdy idziemy do restauracji, to jest to i spacer i jedzenie i rozmowa i również elementy czułości.

Jesteśmy ze sobą kilka lat i przez ten okres czasu grami planszowymi i puzzlami zajmowaliśmy się dokładnie 0 sekund.

Nasze dni powszednie i weekendy niezbyt się od siebie różnią - z powodu dużej ilości wolnego czasu, pracy głównie w domu i elastyczności.

BTW Myślę, że nasze codzienne 4-6 godzin lub nawet większe wartości mają miejsce u wielu par, ale tylko w weekendy - gdy ludzie mają na to czas i energię.

1 polubienie

Ostatnio poznałem taką parę. Oboje chyba jeszcze przed 30-tką. Ona dyplomowana pielęgniarka z powołania a on pracował w branży medyczno-farmaceutycznej czy coś. Nie są małżeństwem. Mieszkają razem. Urodziło im się dziecko kilka miesięcy temu - wcześniak. Karolina (tak ją nazwijmy) niezwykle ciepła, sentymentalna i empatyczna osoba. Facet pracował zdalnie w domu. Karolina będąc w tej sytuacji opowiedziała, że nie mogła patrzeć jak jej facet mimo dobrych zarobków męczy się przy tej nudnej, korporacyjnej pracy. Rzucił to za jej namową i wstąpił do - policji. Tam nie posiedział za biurkiem, chciał być w prewencji. Został skierowany na szkolenie specjalistyczne. Do domu przyjeżdża na weekend. Szkolenie jest intensywne zwłaszcza pod względem fizycznym. Opowiadał z pasją o zajęciach ze sztuk walki, obezwładniania przeciwnika, sparingach z chłopakami z jednostek specjalnych, o skutkach użycia środków przymusu odczutych na sobie - uderzenie pałką lub trafienie kulą gumową. Karolina siedziała obok i wyraźnie była z niego dumna. Kulminacją była relacja z akcji do której ich skierowano - pacyfikacja pseudokibiców - pierwsza myśl - zginę. Sama pacyfikacja - ustawienie formacji, trzymanie szyku, dowódca na koniu, starcia z użyciem tarcz i środków przymusu, przegrupowania, obezwładnianie jednostek najbardziej agresywnych. To jak relacja z średniowiecznej bitwy lub co najmniej bohurtu. Taki otrzymał prezent od partnerki. Na tym szkoleniu ma też kolegów co nie wracają na weekend do domu twierdząc, że wypadła im służba…

Cześć Carrie, świetny temat poruszyłaś. Myślę, że dotyczy większości ludzi, w każdym związku bowiem trzeba znaleźć balans między autonomią, a bliskością, a to łatwe przecież nie jest.

Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, to dość smutne w sumie stwierdzenie, że w związku warunki dyktuje ten komu mniej zależy.

Pytasz o wspólny czas. Według mnie bardzo trudno to ocenić z zewnątrz. Osobiście sama zawsze dokonuję podziału na “wspólny czas” i “wspólny czas jakościowy”. Jak dla mnie to są dwie różne rzeczy. Domyślam się więc, że w Twoim związku brak tego drugiego, stąd poczucie emocjonalnego głodu.

Co jest ważne uważam, to określić co dla Ciebie oznacza jakościowy czas razem. Dla mnie jakościowym czasem nie jest wspólne oglądanie filmów czy wspólny urlop w hotelu all inclusive, czy wspólne zakupy ubraniowe, te rzeczy zaliczam do “konsumpcji”. Jeśli relacja ma być bliska, a ludzie mają się wzajemnie inspirować (takie jest moje założenie), to muszą robić wspólnie coś co zbliża ich do jednego celu, wymieniać się pomysłami, ręka w rękę pokonywać przeszkody. W moim przekonaniu więcej dobrego zrobi więc dla związku wspólna budowa tarasu z drewna, gdzie jedno docina deski, a drugie wkręca śruby torxem, niż pójście do restauracji i bierne skonsumowanie posiłku. Chociaż to ostatnie też jest przyjemne i jako dodatek do wspólnych działań jak najbardziej ok.

Żeby mieć wspólny cel trzeba nauczyć się współpracować, a to oznacza schować swoje ego, nie konkurować, tylko szanować i podziwiać się wzajemnie. To mogą zrobić tylko ludzie, którzy nie tyle mają pasje, co żyją z pasją. I do życia z pasją gorąco Cię zachęcam. We wszystko co robisz, w najmniejszą czynność, wkładaj nie tylko energię, zapał, zaangażowanie, wkładaj swoje serce. Zobaczysz po jakimś czasie ile radości może dać zwyczajne, codzienne życie. Uniezależnisz się tym samym od zewnętrznego “doładowania “, od partnera, który ma ochotę, lub nie ma ochoty Ci coś dać.

Partner jest jaki jest, nie ma sensu dywagować czy ma mniejszą potrzebę bliskości, nudzi się w relacji, czy nawet ma unikowy styl przywiązania. Partnera nie zmienimy, zresztą on ma prawo być jaki chce. Niewykluczone, że on też nie do końca jest zadowolony z Waszej relacji. Może być też tak, że on robi bilans swojego życia, stąd “słuchanie podcastów” o którym piszesz, poznaje siebie, zdobywa wiedzę, pracuje nad sobą. Tego nie wiemy, ale gdyby tak było, to mogłaby być świetna płaszczyzna wzajemnej inspiracji. Ktoś kto sam jest w procesie rozwoju świetnie rozumie dylematy sobie podobnych.

1 polubienie

Czy Twój partner jest psychoterapeutą? Płacisz mu za takie opinie? Bo jeśli nie, to to jest takie dziwne trochę.

różne, co kto lubi

podejrzanie dużo wie na temat tego, co dzieje się w Twojej głowie :wink:

słuchaj, a jakie to ma znaczenie? Każdy ma inne potrzeby. Nikt za Ciebie nie przeżyje życia, nie odnajdzie się w związku.

Jeśli już jednak koniecznie chcesz, to moje związki (te z kohabitacją, nie mówię o przelotnych/mniej bliskich) wyglądały raczej bardziej intensywnie, jeśli chodzi o kontakt i bliskość, niż Twój. Tyle że, tak jak wyżej pisałem, nie ma to żadnego znaczenia, bo Ty to Ty, a ja to ja. Ja też mam większe potrzeby tej bliskości, i realizuję je, dobierając odpowiednie osoby. No, lub mając nadzieję, że będą odpowiednie, nie zawsze wychodziło, ale wiadomo, baba nie wątroba, można zamienić na inną xd

PS. Witaj na forum!

Jaka wybredna asz asz

3 polubienia

:joy::joy:

No dobra, wyjątek - film porusza do głębi obie strony. Wtedy można podyskutować ciekawie.

Sama sobie doskonale odpowiedziałaś na własne rozterki.

Sensei @leto wyjaśnił temat koncertowo, nie mam nic do dodania.

1 polubienie