Kontynuacja mojego poprzedniego wpisu - omówienie ważnej “przeszkody” na drodze do świadomego życia.
Jak wskazałem poprzednio kluczem do wzięcia odpowiedzialności za własne życie jest „wyjście z mentalności ofiary” i „przestanie obwiniania innych”.
Brzmi prosto, wydaje się, że jest to bułka z masłem. A w praktyce? Jest to jedna z najtrudniejszych zmian psychicznych, jakich można dokonać i to nie dlatego, że ludzie nie chcą żyć lepiej. Powodem jest to, że tryb ofiary pełni w psychice bardzo konkretne funkcje i dopóki się ich nie zobaczy, każde „weź się w garść” będzie tylko przemocą wobec siebie w ładnym opakowaniu.
Poniżej kilka (zapewne nie wszystkich) powodów, dla których rezygnacja z trybu ofiary jest tak trudna.
1. Tryb ofiary to TOŻSAMOŚĆ
Dla wielu osób bycie ofiarą nie jest czymś, co mają, ale kimś, kim są. Narracje typu „jestem tym, którego skrzywdziła była żona”, „jestem tym, którego życie oszukało”, „jestem tym, któremu coś odebrano” z czasem zaczynają pełnić funkcję odpowiedzi na pytanie: „kim ja jestem?”
Wyjście z trybu ofiary oznacza więc utratę znanej tożsamości, zanim w ogóle powstanie nowa, a okres pomiędzy nimi to pustka, chaos i multum lęku. Paradoksalnie więc łatwiej być „kimś skrzywdzonym” niż „kimś, kto jeszcze nie wie, kim będzie”.
2. Rezygnacja z moralnej racji/wyższości
Tryb ofiary daje bardzo silną nagrodę psychiczną - moralną rację/przewagę. Jest to poczucie, że „to nie ja zawiniłem”, „mam święte prawo czuć się źle” i że „świat i inni ludzie są mi coś winni”.
Rezygnując z trybu ofiary, człowiek często musi zrezygnować z komfortu bycia bezdyskusyjnie słusznym, a w zamian pojawia się trudne pytanie - „skoro wiem, że to było niesprawiedliwe – co JA zrobię z tym dalej?”. To dużo bardziej wymagające niż wskazywanie winnych palcem.
3. Konfrontacja z własnym udziałem (nie mylić z własną winą)
To jeden z najbardziej bolesnych momentów wychodzenia z trybu ofiary - wcale mnie nie dziwi to, że tak wielu mężczyzn nigdy nie robi tego kroku i wybiera schronienie choćby w takiej ideologii jak redpill (mowa o jej najbardziej znanej, konfrontacyjnej, mizoginistycznej odmianie).
Chodzi tu o zadanie sobie jednego, kluczowego pytania - „jakie moje decyzje (choćby podjęte poza moją świadomością), reakcje albo zaniechania utrzymywały ten stan?”
I tu odpowiedź może być prawdziwym ciosem w nasze ego, bo może oznaczać zobaczenie, że ignorowaliśmy sygnały ostrzegawcze, nie stawialiśmy granic, trwaliśmy w czymś z lęku i ostatecznie oddawaliśmy odpowiedzialność innym.
To uderza w obraz siebie jako kogoś całkowicie niewinnego – i dlatego tak bardzo boli, bo któż nie chciałby być niewinną lilią ![]()
4. Utrata zysków wtórnych
Tryb ofiary nie jest tylko o cierpieniu, a daje też realne profity typu cudze współczucie, uwaga, zrozumienie, niższe oczekiwania otoczenia wobec nas i zwolnienie z ryzyka porażki.
Rezygnując z niego, człowiek traci te wszystkie frukty i pojawia się wtedy bardzo niewygodne pytanie - „Czy ja naprawdę chcę żyć bez tej ochrony?”.
Często odpowiedź nie jest wcale oczywista ![]()
5. Samotność odpowiedzialności
W trybie ofiary odpowiedzialność jest na zewnątrz - w innych ludziach, w przeszłości, w “złym” systemie, siłach Matrixa, w losie. Po wyjściu z niego zostaje fakt - „to ode mnie zależy, co zrobię dalej”, z jednoczesną świadomością, że nikt nie podejmie tej decyzji za mnie, nie da mi gwarancji sukcesu oraz nie weźmie na siebie winy, jeśli mi się nie uda. To miejsce jest egzystencjalnie samotne i dlatego tak wiele osób woli wrócić do znanego cierpienia.
6. Brak gwarancji, że będzie lepiej
To bardzo niewygodna prawda - wyjście z trybu ofiary nie gwarantuje szczęścia. Chcesz mieć gwarancję → kup sobie toster, jak ponoć powiedział kiedyś Clint Eastwood.
Wyjście z trybu ofiary gwarantuje jedynie większą uczciwość wobec siebie, większą sprawczość i realny wpływ tam, gdzie on faktycznie istnieje.
Warto zauważyć, że można wziąć za siebie odpowiedzialność i nadal cierpieć (bo jednak większości rzeczy w życiu po prostu nie kontrolujemy). Tryb ofiary chroni przed tym ryzykiem, bo zawsze ma gotowe wytłumaczenie porażki.
7. Żałoba po tym, co „powinno było być”
Na końcu tej drogi często czeka żałoba po utraconych szansach, po niespełnionych oczekiwaniach (np. w moim przypadku dotyczyło to rodziców i mojej nadziei na to, że mnie przeproszą za “krzywdy”, które mi wyrządzili) czy po fantazji, że ktoś kiedyś przyjdzie i „naprawi sprawiedliwość”.
Bez przeżycia tej żałoby bardzo łatwo wrócić do trybu ofiary – bo on podtrzymuje nadzieję, że przeszłość da się jeszcze cofnąć. No nie, chyba, że jesteście Emmetem Brownem ![]()
Co w mojej ocenie jest najtrudniejsze w rezygnowaniu z trybu ofiary? Chyba przestanie czekać na sprawiedliwość, żeby zacząć żyć.