Kobiety i ich „przyjaciele” — jak się przed tym uchronić?

Siema wszystkim,

piszę tu, bo po ostatnim związku mam totalny mętlik w głowie i nie wiem, czy źle zrobiłem, czy po prostu się obudziłem. Byłem z dziewczyną prawie rok, wszystko wydawało się okej, aż do momentu, kiedy zacząłem bardziej świadomie patrzeć na temat relacji damsko-męskich (wiadomo, trochę redpilla, trochę obserwacji życia, chłopaki wiedzą, o co chodzi).

No i zaczęło mnie coraz bardziej wkurzać, że ona utrzymuje bliskie kontakty z dwoma kumplami. Wiecie, niby tylko „przyjaźń”, ale dla mnie to jest ściema. Jak facet się „przyjaźni” z kobietą, to zawsze jest opcja na coś więcej, albo już coś było, albo będzie, tylko czeka na okazję. Nie wierzę, że faceci utrzymują kontakt z laską tak zupełnie bezinteresownie, zwłaszcza jak ona jest atrakcyjna.

Próbowałem jej to tłumaczyć, ale ona twierdziła, że przesadzam, że jestem zazdrosny, że to niezdrowe. Tylko że ja nie chcę być frajerem, który daje się robić w konia. Koniec końców rozstaliśmy się, bo nie chciała zrezygnować z tych „przyjaźni”. A ja nie dam się poniżać i być gościem, który czeka, aż ona wróci od swojego „kolegi” po wspólnym piwie.

Czasem się zastanawiam, czy nie przesadziłem, ale z drugiej strony — jak ufam kobietom, to zawsze wychodzę na idiotę. Redpill mi otworzył oczy, że nie można wierzyć w tę ich wersję rzeczywistości. Faceci muszą się chronić, bo inaczej zostaną wydojeni albo zdradzeni.

Jak wy to ogarniacie? Ufacie w ogóle swoim partnerkom, jeśli mają kolegów? Czy stawiacie twarde granice od początku?

Z góry dzięki za odpowiedzi.

Cześć @Jesse_James,

cóż wg słów piosenki Braci Figo Fago, są dwie szkoły.

Wszytko zależy od twojego postrzegania i samopoczucia. Ogólnie ty masz granice i je egzekwujesz. Kwestia tego skąd pochodzą twoje granice. Czy z miejsca niepewności i niskiej samo oceny, czy poczucia wewnętrznej pewności. Każda kobieta ma tzw orbiterów. Tego nie zmienisz. Co możesz zmienić to tylko siebie i być atrakcyjny na tyle, aby panna obawiała się ciebie stracić. Tutaj musisz zaoferować bezpieczeństwo emocjonalne i polaryzację ról.

Też nie wierzę w przyjaźń D/M, ale nie zamierzam pilnować partnerki i patrzeć kim się spotyka i to kontrolować. Robiłem właśnie tak wcześniej i prawie rozwaliłem związek. Moje niepewności podsycone redpillem uderzały mnie z siłą kafara. Niska samo ocena pochodziła z dzieciństwa jak i moje lęki przed porzuceniem, aktywowane przez lektóry przypadków bańki informacyjnej w której ugrzązłem.

Skąd biorą ci się takie myśli o byciu “frajerem”? Przydarzyła ci się taka sytuacja, czy to po prostu redpill i jego magiczna teoria hipergamii? Jak ktoś chce zdradzić to zdradzi. Nic go nie zatrzyma i to świadczy o jego problemach. Nic z tym nie zrobisz. Jednak ciągłe życie w lęku też nie ma sensu.

Zakładam, że ex była bardzo niezależna, nawet wręcz ekstremalnie, że ciężko pracuje. Ma silny charakter i stawia na swoim. Pewnie ma mało koleżanek, bo się z nimi nigdy nie dogaduje, a lepiej jej się współpracuje z mężczyznami, bo są konkretni. Pewnie też nie znosi głębokich rozmów, a emocjonalnie jest trochę wycofana?

Redpill nie otworzył ci oczu, on ci tylko namieszał. Jak trafiasz na pewien rodzaj kobiet, to tylko dlatego, że samemu cię do nich ciągnie. Musiałbyś opisać trochę więcej, ale ty może działasz wg schematu i tak dobierasz partnerki, które są emocjonalnie niedostępne lub wręcz wydaje ci się, że musisz zasłużyć na ich uczucia. Może bombardujesz je emocjonalnie, a one się wycofują? Ciężko gdybać, ale jak jeden z rodziców jest niedostępny, wtedy uczymy się wadliwych wzorców funkcjonowania w relacji.

Inna sprawa, że jak chcesz mieć królową, musisz zachowywać się jak król. Nie jak paź. Wydaje mi się, że masz tendencje do stawiania na piedestale atrakcyjnych kobiet.

Nikt nie każe ci się żenić, ale podchodzenie w taki sposób do relacji, to myślenie życzeniowe. Przyciągasz to czego się obawiasz.

Już się nie przejmuję. Jak czuję uczucie zazdrości, to wnikam dlaczego to się we mnie odzywa i czego mi brakuje. Później komunikuje czego potrzebuję, ale w dojrzały sposób. Pamiętaj. Granice są dla ciebie. Ty je stawiasz i egzekwujesz względem siebie.

Cwaniaku, wyprzedziłeś mnie. “Baby trzeba pilnować, albo się nie denerwować”. Święte słowa.

Święte słowa.

Ja od dłuższego czasu (a może i zawsze, nie pamiętam, za stary jestem xd) wybierałem “nie denerwować się”.

Jak pisałem w innym wątku - łatwiej mi było zawsze przełknąć rozstania, gdy kobiety odchodziły do innego. Proste i klarowne. Chyba z tyłu głowy miałem w takich sytuacjach “lol ale fajnie, teraz inny będzie miał z nią problem”. “She belongs to the streets” xd. Nie wiem. Może w gruncie rzeczy jest to też objaw zadowolenia z tego, że nie musiałem siedzieć nad problemem, mierzyć się z emocjami, tylko dostawałem na tacy proste rozwiązanie, które ucinało jakiekolwiek rozterki. No ale dobra, to nie jest wątek mojej autoterapii.

Totalnie. Trzęsienie dupą* o dawnych/nowych partnerów ex to jest stawanie w wyścigu o jakieś wyimaginowane trofeum, jak się człowiek zastanowi nad tym głębiej, to nawet nie bardzo wiadomo - w wyścigu o co? O kobietę? Przecież to nie jest trofeum, jaki sens ma myślenie o związku jako o “osiągnięciu czegoś”? No ja wiem, że w potocznym języku i może popkulturze utarł się obraz mężczyzny-zdobywcy, a skoro jest zdobywca, to musi być i zdobycz, ale to jest zupełnie bezproduktywne myślenie, tak na moje. Związek to relacja dwóch osób, które razem chcą coś budować razem. Z suwerennych, swobodnych pozycji decydują się na coś. Analogia lwa goniącego za łanią jest dziecinna. Tak na moje :stuck_out_tongue:

Najłatwiej z lesbijkami, albo laskami, które nie pociągają. Zawsze uważałem, że takie znajomości są bardzo wartościowe, pozwalają zobaczyć trochę rzeczy z “drugiej strony”.

Ale poczekaj poczekaj. Jak to “rozstaliśmy się”? Pogoniłeś ją, tak? Z powodu tego, że miała kontakt z dwoma kolesiami? Weź napisz to normalnie, jak człowiek, który bierze odpowiedzialność za swoje decyzje.

  • kto nigdy tego nie robił, niech pierwszy rzuci kamieniem xd

Piszecie, żeby odpuścić, że nie upilnuję baby i że nie warto się przejmować, bo jak będzie chciała zdradzić, to i tak zdradzi. Okej, ale to co — mam się pogodzić z tym, że jak się spotyka z typami, to w każdej chwili może mi wsadzić nóż w plecy? Sorry, ja nie mam takiej mentalności, żeby być biernym. Nie chcę być kolejnym gościem, który zamyka oczy i udaje, że wszystko jest w porządku, a potem dostaje cios w samoocenę, bo jego dziewczyna „zakochała się” w swoim kumplu.

Piszecie też, żebym popracował nad swoją wartością czy samooceną — spoko, tylko że w moim odczuciu facet właśnie pokazuje wartość, jak nie godzi się na takie rzeczy. Jak się nie stawia granic, to baba traci szacunek i zaczyna kombinować. To nie ja mam problem, tylko one, że nie potrafią zachować zdrowych zasad w związku.

No i jeszcze jedno — nie chcę wyjść na jakiegoś kukolda, który patrzy przez palce, jak jego dziewczyna biega na kawki z innymi facetami. Trochę mam wrażenie, że się z tym godzicie, jakby to Wam nawet pasowało… nie wiem, może to Was kręci na jakimś poziomie? Bez urazy, ale dla mnie to chore.

Wiem, że nie jestem idealny, ale nie będę tolerował żadnego chłopa kręcącego się wokół mojej dziewczyny. Może jestem radykalny, ale wolę być samotny niż później wycierać łzy, że „przyjaciel” wszedł mi na rewir.

Jak Wy możecie tak spokojnie na to patrzeć? Serio pytam.

No a dziwisz się??

Jeśli naprawdę nie chcesz być bierny i na serio kontrolować sprawy, to musisz zatrudnić detektywa, który będzie kobietę śledził 24/7. A i to przecież nic nie da, jeśli pracuje ona w jakimś biurze - chyba, że i tam znajdziesz kogoś na miejscu, kto będzie Ci raportował za hajs, co ona robi. Nie widzisz absurdu tego?

Może właściwe pytanie to nie “czy kontrolować babę?”, ale “dlaczego moja samoocena aż tak bardzo zależy od niej?”, hmm?

No ale tak bywa w życiu, nic nie jest zaklepane na wieczność. I oczywiście - teoretycznie ładniej, kulturalniej jest się rozchodzić nie w trybie przeskakiwania na inną gałąź, tylko “różnicy charakterów”, ale teoria teorią, a życie życiem.

Ty dajesz swoim partnerkom gwarancję, że “do grobowej deski”? Że nigdy nie zakochasz się w innej?

Zrobisz jak uważasz. Możesz znaleźć sobie taką, która te Twoje zasady zaakceptuje. Tylko że moim zdaniem to i tak będzie fikcja. Bo to mało świętojebliwych żon daje dupy na boku? Papier wszystko wytrzyma, ale znowu - życie życiem.

Ale kto Ci każe? Jak leci do innych, to rozwiązujesz umowę bez wypowiedzenia i tyle.

To bardzo proste, milordzie. Jak się ma młodą, pociągającą partnerkę, to się człowiek przyzwyczaja do tego, że jak się idzie z nią przez miasto, to inni się oglądają. Albo że jest podrywana w pracy czy tam gdzieś. Dziwne raczej by było, gdyby to się nie zdarzało.

Dokładnie tak. Jak nad tym nie popracujesz @Jesse_James to po pierwsze każda relacja ci padnie, dalej będziesz wybierał takie dziewczyny co aktywują cie emocjonalnie, albo są niedostępne.

Niektórzy myślą, że są przysoawani do drugiej strony. Albo emocjonalnie tak się przywiązali, że chcą żyć w świecie idealnym. Nie jesteśmy w stanie kontrolować myśli ani emocji innych ludzi. Ze swoimi często jest problem jak to OP opisał.

Zdrady nie świadczą o osobie zdradzonej. To świadectwo spierdolenia osoby zdradzającej i jej emocjonalnego i mentalnego braku stabilności.

Kazda “królowa” ma swój orszak. Nor uniknie się tego. Jak nie docenia swojego króla to nie warta jest tronu obok.

Miałem nie wchodzić na urlopie na forum, no ale zajrzałem :see_no_evil_monkey: przeczytałem post autora, odpowiedzi do niego i skoro już o nim zacząłem myśleć to się podzielę.

Myślę, że było tego nieco więcej niż “trochę” :grinning_face:

Obawiam się, że jesteś zdecydowanie dalej na tej drodze w jedną stronę niż @DarO i raczej trudno będzie Ci teraz szybko zmienić mindset, bo jednak tym redpillem już bardzo żyjesz (zgaduję, że ciągle go oglądasz, prawda?).

Do standardowych lęków w stylu “czy ona mnie nie zostawi” doszło Ci kilka kolejnych - czy nie wyjdziesz na “frajera”, kukolda", “beciaka”, “simpa”, “białego rycerza” i czy jesteś wystarczająco “alfa” w swoich relacjach.

Sam to sobie zrobiłeś, mordo.

Jesteś teraz spięty jak baranie jaja (aż sam się spiąłem jak przeczytałem Twoje wpisy - no dużo w nich napięcia) i po przeczytaniu odpowiedzi chłopaków prawdopodobnie na jakiś czas całkowicie zrazisz się do kobiet - tak działa lęk przed byciem wydymanym (a prawda jest taka, że cokolwiek nie zrobisz i tak nie jesteś w stanie upilnować dziewczyny przez 24 h/dobę - mimo ogromnych starań i tak możesz PRZEGRAĆ).

No ale tak to już jest, gdy traktuje się związki jak jakąś grę, w której są wygrani i przegrani.

Normalnie poleciłbym Ci zmianę perspektywy - relacja może służyć Twojemu rozwojowi, może zaspokajać wiele Twoich potrzeb, być po prostu przyjemna i lekka.

Bez sensu traktować ją jakoś coś, dzięki czemu musisz sobie coś udowodnić. Nie uda się to się nie uda - znajdziesz kolejną dziewczynę, a potem w razie czego kolejną. Siłą nikogo do współpracy nie zmusisz.

Nikt nie jest mistrzem w sztuce zwanej życiem, wszyscy się uczymy.

No ale mam trochę doświadczenia w rozmowach z redpillowcami i wiem, że i tak mnie w chwili obecnej nie posłuchasz.

Powodzenia.

O przyjaźni z kobietą trochę z innej perspektywy. Rzecz pasuje może trochę do innych wątków, ale wstawiam to tu bo chodzi o przyjaźń.

Przyjaźniłem się w swoim życiu z 3 kobietami. Opiszę tu znajomość z jedną z nich, która trwała 5 lat.

Wtedy byłem w poważnych kłopotach. Kryzys małżeński (z ówczesną teraz już dawno byłą żoną) i ogólnie niezbyt dobrze się czułem. Nie w głowie mi wtedy były znajomości z kobietami, jakiekolwiek. Kojarzyło mi się to z kłopotami. A jednak. W pracy pojawiła się Anka (imiona są zmienione) na stanowisku blisko dyrekcji. Tak się jakoś złożyło, że zaraz na początku zaczepiła mnie. Dziwiło mnie to, bo w tej firmie byłem tylko trybikiem, introwertykiem i raczej nerdem sponiewieranym przez prywatne problemy. A tutaj dziewczyna ładna zaczyna mnie dostrzegać, śmieje się z tego co mówię i wszystko jej pasuje.

Zaczęły się plany jakiegoś wyjazdu sportowo-integracyjnego. Umówiliśmy się na zakupy. Byłem ja, moja żona, Anka i jej chłopak. Nie zdawałem sobie sprawy jak to podziałało na moją żonę strojącą wtedy mega fochy. To był potężny kop, że mam takie towarzystwo.

Anka to była laska 8/10, bardzo zadbana, ubiór w swoim stylu, elegancki, żadne tam głębokie dekolty czy kusa spódnica.

Widywaliśmy się w pracy niemal codziennie, a to śniadanie, a to kawa albo przychodziła do mnie i siadała na biurku (ku zazdrości moich kolegów). Zaczęły się też spotkania na mieście, zaczęła bywać u mnie w domu. Trochę się zakolegowała z moją żoną. Ja zakumplowałem się z jej chłopakiem.

To były bardzo burzliwe dla mnie lata. Ta znajomość pomogła mi się ogarnąć. Zacząłem trzymać ramę. Anka zawsze udzielała mi wsparcia zarówno w pracy jak i prywatnie. W tej relacji dostawałem tyle ile dawałem. Były różne spotkania w grupie i takie, gdzie szliśmy tylko we dwoje na obiad, na rowery, czy na basen, nad zalew. Był też wypad na drugi koniec Polski na koncert muzyki ciężkiej. Mimo, że to nie był jej ulubiony gatunek to na moje wspomnienie, że coś takiego jest zareagowała – pojedziemy.

Rozmawialiśmy o swoich problemach w pracy i problemach z partnerami. Ona wykazywała zainteresowanie tym co się u mnie dzieje, słuchała moich wywodów czasem niekoniecznie atrakcyjnych dla kobiety. Potrafiła docenić moje pomysły i starania. Przy niej nie musiałem udawać kogoś innego, byłem sobą i byłem na luzie. Nawet jak były imprezy to z nią umiałem tańczyć a normalnie nie umiem.

Nie byłem żadnym orbiterem, nie dążyłem do zmiany relacji, to była przyjaźń, którą ceniłem. Nie było żadnego seksu, nie było dobierania się w jedną, czy w drugą stronę. Dzięki znajomości z nią moja atrakcyjność wzrosła, poczucie własnej wartości też. W tym czasie miałem różne fascynacje erotyczne, o niektórych jej mówiłem o innych nie. Ona tak samo. Udzielaliśmy sobie rozmaitego wsparcia jak to w życiu.

Czasem zostawała z moimi dziećmi, czasem ja coś pomogłem np. jak chciała swój biznes robić.

Jedna z akcji. Kiedyś miałem totalny remont w mieszkaniu trzeba się było na kilka dni wynieść. Nie dało się inaczej. Dzieci wywiezione do babci. Z żoną akurat spięcia. Chciała mnie pognębić, że ona do koleżanki idzie a ja mam sobie radzić. Anka na to, że jej Andrzej akurat wyjechał, ma wolną chatę, śpię u niej a teraz ugotowała zupę i zaprasza. Domyślacie się jak podziałało….

Moja żona próbowała różnych akcji, żeby sprawdzić jak to między nami jest. Może na czymś przyłapać – bez szans. Kiedyś na domówce zostaliśmy w trójkę. Moja żona udawała, że już za dużo wypiła i poszła niby spać, tak żeby sprawdzić co będzie. Nic.

Ostatecznie doszliśmy do finału. Moje małżeństwo legło w gruzach – nie z przyczyn tej znajomości bo panie się ostatecznie nawet polubiły.

Ostatecznie moja znajomość z Anką się skończyła. To ja ją zakończyłem. Anka wybrała jednak drogą prostą. Zerwała ze swoim chłopakiem Andrzejem. Postanowiła żyć łatwo i nie narażać się na biedę i dorabianie się. Związała się z szefem firmy w której pracowaliśmy - jednym z współwłaścicieli starszym o 15 lat (z wyglądu dziadem). Nie mogłem tego tolerować. Zakończyliśmy znajomość.

Jej chłopak Andrzej jeszcze przez kilka lat był moim kumplem. I nie myślcie sobie, że to był jakiś przegryw – był po prostu bardzo przystojny. Taki gość, co nic nie musi robić i kobiety same do niego lgną. Perspektywy zawodowe też miał dobre. W pewnym ministerstwie doszedł wysoko do granicy ponad którą mogą już grozić wiatry polityczne. Nic mu to w tej sytuacji nie pomogło. Jego dziewczyna nie chciała czekać - droga na skróty, bezpośredni skok na kasę? Ale jak Anka po rozstaniu miała się z nim spotkać to opowiadała, że jej się „trzęsą kolana”.

Nigdy mi nie zrobiła niczego wbrew. W pracy w tym czasie awansowałem stopień po stopniu. Doszedłem do konkretnej pozycji i konkretnych pieniędzy. Mimo, że nie lubiłem tego szefa. Ance wielokrotnie tłumaczyłem, że ten gość to prymitywny manipulator, że jest zakałą tej firmy, że skłóca ludzi, nie ma pojęcia o tym co się robi, kontrahenci czasem z niego kpią. Dostałem od niego nawet propozycję zostania wspólnikiem w jednym biznesie. Odmówiłem, bo nie chciałem wchodzić w szemrane interesy z takimi ludźmi.

Anka się z nim związała. Od jakiegoś czasu to do mnie docierało. Potem mówiła wprost, że z nim jest. Miałem wtedy inne zajęcia – rozwód w bliskiej perspektywie i nowy związek. Sytuacja wątpliwa. Ance żadnych szczegółów nie zdradzałem - choć wiedziała co jest na rzeczy. Na jej szefa nawalałem bez zahamowań.

Po zerwaniu znajomości z Anką miałem obawy, że może mi sporo namieszać – miała takie możliwości. Nic się takiego jednak nie stało. Wobec mnie zachowała się fair.

Z perspektywy czasu to jednak trochę zerwania tej znajomości żałuję. To co zrobiła to była jej sprawa. Dla mnie ciężka do zaakceptowania. Ja myślałem, że jak wchodzę w nowy związek to mogę wszystkich mieć gdzieś. Myliłem się. Teraz nie mam przyjaciół. Takiego kontaktu mi brakuje. Widzę po latach jej profil na FB i zastanawiam się czy nie odezwać się.

Wiadomo jaka jest moja sytuacja (pisałem w innym temacie). Czy to nie jest chęć ucieczki w inną znajomość? Czy to mi pomoże? Jak myślicie, czy to ma sens?

Jak dla mnie nie ma to żadnego sensu. Osoba z zewnątrz ma za zadanie dostarczyć energii. To taka darmowa bateria, której rolą jest zasilić relację, która zdycha.

Mam za sobą podobny epizod w moim życiu, tylko z tą różnicą, że to ja byłam tą baterią. Nie jestem z tego dumna, ale wiem, że na tamten czas i na tamte moje nieuleczone rany, tylko taka relacja była dla mnie dostępna.

Jeśli w związku szuka się adoracji, szacunku, zainteresowania, zrozumienia, wsparcia, docenienia.. itp., a w przypadku gdy się tego nie dostanie - szuka na zewnątrz, to również jest to wyraźny sygnał, że trzeba samemu uzupełnienić własne deficyty.

1 polubienie

dobrze wiesz, że tak

nie

nie ma - albo zakończ albo napraw swój obecny związek

1 polubienie

Nie rozumiem sensu tego pytania. Pytasz się innych ludzi o to jakie są Twoje pragnienia, intencje?

Nie wiem - jesteś w jakiś sposób “odcięty” od własnych odczuc i nie wiesz czego chcesz? Czy też wiesz, ale jesteś niepewny tego co czujesz? Lub coś jeszcze innego?

Moim zdaniem jeżeli pytasz się innych ludzi o to takie są Twoje własne pragnienia, to wskazuje to na problem z Tobą o wiele głębszy niż jakakolwiek zewnętrzna znajomość - z koleżanką, z żoną lub z dowolną inną osobą.

Moim zdaniem to ma jakiś sens, ale Ty chyba masz problemy z sobą które są znacznie ważniejszą sprawą niż odnowienie lub nieodnowienie kontaktu z koleżanka.

Co do samej koleżanki:

Brzmi jak dobra koleżanka. I dlatego kompletnie nie rozumiem tego:

Co Tobie do tego z kim ona sypia? Jak rozumiem była względem Ciebie dobrą koleżanką, a Ty zerwałeś z nią znajomość tylko dlatego, zę nie podobały Ci się jej wybory w relacjach z innymi osobami? Sorry, ale to było porąbane zachowanie i porąbana mentalność po Twojej stronie. I moim zdaniem to było nie fair, niesprawiedliwe i nielojalne względem niej - bo ona była względem Ciebie ok, a Ty zachowałeś się w sposób który pewnie był dla niej przykry.

Może po prostu po kilku latach z bardzo przystojnym Andrzejem jego bardzo dobry wygląd jej spowszedniał, przez co ogólnie zmniejszyło się jej parcie na wygląd. Takie coś się zdarza.

Jeżeli zmniejszyło się jej parcie na wygląd, to relatywnie zwiększyło się znaczenie parcia na inne rzeczy. I na pierwszoplanowe miejsce mogła wejść kasa. Ogromna większość kobiet leci na kasę - w mniejszym lub większym stopniu, więc oburzanie się na to, potępianie tego nie ma sensu.

Przy czym nie musiało chodzić tylko o kasę (i pozycję społeczną). Mogło również chodzić o osobowość.

Napisałeś:

Przecież kobiety lecą na “złych facetów”, cwaniaków, etc. Nawet w badaniach naukowych wyszło, że mężczyzni z cechami “Mrocznej Triady” (psychopatia, narcyzm, makawielizm) są ponadprzeciętnie atrakcyjni dla kobiet.

Sorry, ale to Twoje “tłumaczenie” jej, że on jest “zły”, to typowa ignorancka postawa faceta który słabo zna kobiety.

Jeszcze odnośnie tego, że gość jest starszy o 15 lat i jest “z wyglądu dziadem” - ona może odbierać to inaczej niż Ty. Wiele kobiet wiąże się z facetami starszymi od siebie o kilkanaście lat.

BTW Odnośnie różnicy wieku i atrakcyjności… Ja mam 45 lat, ale dzięki dobrym genom wyglądam na 35. I jestem przystojny, podobno 7/10 - więc wyglądam jak przystojny 35-latek.

Tak się składa, że mieszkam dość blisko pewnego liceum i czasami tam przechodzę, niekiedy mijając grupki licealnej młodzieży. I…dostaję sporo zainteresowanych spojrzeń. Od dziewczyn które jak się domyślam mają 15-18 lat. Gdy ja wyglądam na 35 latka - a więc na faceta około dwukrotnie starszego od nich, starszego o ponad 15 lat.

O tym mało się mówi, ponieważ temat jest “niewygodny”, wielu ludziom to nie mieści się w głowie, ale część kobiet autentycznie napala się na o wiele starszych od siebie facetów. I jest mnóstwo związków z różnicą kilkanaściel lat, a nawet z różnicą 20+. Czasami są nawet rzadkie, skrywane przed rodzicami i rówieśnikami sytuacje, gdy licealistki sypiają z facetami 40+.

Zmierzam do tego, że różnica wieku 15 lat to jest wbrew obiegowej opinii wcale nie tak dużo. A ona może odbierać jego wygląd inaczej niż Ty.

Niesamowicie mnie dziwi, że nawet nie próbowałeś się z nią przespać. Ale nawet z punktu widzenia samej przyjaźni Ania brzmi jak świetna przyjaciółka i autentycznie życzliwa Ci osoba.

Moim zdaniem powinieneś spróbować. Wyjdzie albo nie.

1 polubienie

To dla mnie kolejny dowód na to, że to się po prostu czuje. Większość młodych kobiet nie jest zainteresowanych rówieśnikami. Sam miałem większe powodzenie i więcej sytuacji inicjacji ze strony kobiet, będąc starszym studentem niż równolatkiem.

W podcaście Jacka Masłowskiego jeden z gości opisywał sytuację zdrady, gdzie zdradzany (zadbany) mężczyzna nie mógł uwierzyć, że partnerka zdradza go z brzydszym, starszym i grubszym. Nie mieściło mu się w głowie, że kobiety mogą patrzeć na coś innego niż fizyczność.

Nie wiem, czy to jest bardzo rzadkie biorąc pod uwagę choćby czysto zarobkowy cynizm obecnych młodych kobiet. “Galerianki” to już dość stary film.

1 polubienie

W jakimś stopniu są zainteresowane rówieśnikami - przecież jest mnóstwo związków młodych kobiet z młodymi facetami. Wiele preferuje starszych partnerów - co jednak nie oznacza, że są całkowicie zamknięte na rówieśników.

Pamiętam jak jeszcze za moich licealnych czasów przynajmniej niektore licealistki uznawały bycie z chłopakiem-studentem za jakiegoś rodzaju wyróżnienie, osiągnięcie, “bycie lepszą”, etc etc. Ale jak najbardziej miały związki z rówieśnikami, więc to nie było tak, że w ogóle nie były zainteresowane rówieśnikami.

Mam kochankę 26-letnią, pierwszy raz przespałem się z nią gdy miała 24 lata. Jest między nami 19 lat różnicy. Kiedyś sypiała z facetem chyba 2 lata starszym ode mnie - czyli z różnicą 21 lat względem niej - ona miała chyba wtedy z 20-22 czy coś. Ona ma chłopaka starszego o 2 lata (którego zdradza ze mną i VD), jej poprzedni chłopak był starszy o rok, miała też związki z rówieśnikami. Czyli to nie jest “albo albo” - ta sama kobieta może lubić starszych i jednocześnie być otwarta na rówieśników lub prawie rówieśników.

Ta kochanka mówi, że starsi mężczyźni są dojrzalsi i że też bardziej podobają się jej fizycznie, seksualnie. A rówieśnicy są psychicznie i z twarzy niedojrzali.

BTW I ja i tamten drugi dużo starszy od niej facet obaj jesteśmy przystojni, dobrze się ubieramy, etc etc. To nie jest tak, że poleciała na sam wiek. Przy czym ona też jest atrakcyjna, jej młodzi partnerzy również są atrakcyjni. Moim zdaniem w jej przypadku sypianie ze starszym nieatrakcyjnym nie wchodzi w grę, natomiast starszy (“dojrzały”) przystojny jest w jej oczach lepszy od młodego (“niedojrzałego”) przystojnego. (Co nie znaczy, że w przypadku innych kobiet nie może być inaczej.)

Sam mam częściowo coś takiego - tylko oczywiście będąc po drugiej stronie. Ja co prawda jestem przystojny, ale zadaję się z bardzo atrakcyjnymi kobietami - które miały lub mają bardzo atrakcyjnych mężczyzn i którymi interesują się bardzo atrakcyjni mężczyźni… Przez co wypadam jak wizualnie gorsza opcja - jak 7/10 vs 8-10/10. I łapią mnie myśli typu “co ona we mnie widzi?”. “Jakim cudem ona woli mnie od tego pięknego modela?”. Podobnie jest ze wzrostem i umięśnieniem, a także kasą.

Ja ogólnie wiem co u mnie działa i dlaczego oprócz wyglądu 7/10 mam również bardzo wysoką “atrakcyjność niefizyczną”, ale i tak łapie mnie niedowierzanie gdy widzę z jakimi facetami wygrywam konkurencję.

Pewnie masz rację. Pewnie teraz gdzieś w sieci jest wiele licealistek gotowych na sponsoring ze strony starszego faceta.

Natomiast ja miałem na myśli mniej komercyjne sytuacje - gdy licealistka zaczyna sypiać z dużo starszym sąsiadem lub znajomym rodziców. Lub gdy nauczyciel z liceum zaczyna sypiać ze swoją uczennicą.

Właśnie o to mi chodziło. W pośpiechu źle ująłem.

Bardziej chodziło mi o preferencje do relacji quasimonogamicznej. A w przypadku opisanego przypadku preferencja brzmi jak silnie przekierowana na hedonizm, a nie konkretny wiek partnera.

Skoro ma partnerów z każdej grupy wiekowej, może mówi to, co chcesz usłyszeć, albo to co w danej chwili czuje.

Nawet ty? Fascynujace jak działają nasze mechanizmy.

Skłaniam się ku myślom, że każda relacja jest transakcyjna (nawet gdy sobie tego nie uświadamiamy), więc jestem przekonany, że każdy z partnerów coś z tego wyciąga (choćby status). O to też mi chodziło, gdy pisałem o “Galeriankach”. W filmie trudno nie zauważyć, że to te lolitki są motorami relacji, które wykorzystują swoich “klientów” (ciążko o sponsoringu mówić w tamtych przypadkach).

Jetsemp rzekonanmy, że nie tylko w sieci, a jest to obserwowalna preferencja większości. Lata wstecz, gdy byłem w liceum, związki z partnerami starszymi (najczęściej do 10 lat różnicy) były tymi pożądanymi przez młode kobiety. Rówieśnik nie był w stanie zapewnić ani zasobów, ani doświadczenia porównywalnego do starszych mężczyzn. Nie musimy tego nazywać sponsoringiem, ale jeśli masz zainteresowanego meżczyznę z samochodem i choćby własnym M1, zazwyczaj wygra on z niedoświadczonym kolegą z plecakiem, który dojeżdża do szkoły autobusem (chociaż jak opisana przez ciebie latawica, może korzystać z usług/zasobów różnych osób - z takimi przypadkami będąc tym “gorszym” statusowo sam się zetknąłem na studiach).

Dzięki za odpowiedź. Zawsze wszelkie Wasze uwagi do tego co piszę są dla mnie cenne. Istotne jest to na co zwróciliście uwagę jak również to do czego nie było komentarza :).

Pytania końcowe:

były trochę prowokacyjne i wyprzedzające. Ale odpowiedzi ugruntowały to “czego chcę i co czuję”. Świadczy to o tym, że forum spełnia swoją rolę. Z drugiej strony jeśli się wprowadzi w życie to czego się chce będzie to mieć wpływ nie tylko na mnie ale też na innych. Tu trzeba się zastanowić a może też poznać cudzą opinię.

Myślę, że naprawa związku nie będzie skuteczna przez kręcenie się w kółko w pewnym zwartym i ograniczonym “bagnienku”. Tym bardziej, że nie jest wykluczone, że druga strona nie ma udziału w zatruwaniu tego związku.

Popełniłem kiedyś jeden istotny błąd (pewnie było ich więcej), stopniowo przestałem być sobą. Wydawało mi się, że związek zastąpi wszystko a przyjaciele nie są potrzebni albo są źle widziani i szkodliwi. Teraz trwa u mnie odbudowa tego. Nawet moja żona twierdzi, że te moje nowe znajomości mają na mnie pozytywny wpływ. Nie ma tu mowy o bateriach. To jest moja energia, którą się dzielę, na którą jakoś do tej pory nie było zapotrzebowania wewnątrz relacji. To są pewne przyjaźnie na wstępnym etapie ale jedynie męskie. Potrzebuję jednak innych ludzi stąd mój sentymentalny post. Jakoś nie widzę sensu w byciu pustelnikiem. Takie kontakty są potrzebne dla zdrowia, a że dodatkowo dochodzi aspekt dowodu społecznego to co w tym złego.

A teraz trochę z mojej mrocznej strony.

Właśnie tak. Kieruję się pewnymi zasadami. To są moje zasady. Jak czegoś nie akceptuję to reaguję. Jak ktoś próbuje okraść sąsiada to biorę bejsbolowy i gonię. Jak pijany kierowca jedzie ulicą to to zgłaszam itp… W powyższej sytuacji pomogłem jej na tyle, aby nie przekroczyć granic przyzwoitości wobec jej chłopaka a mojego też kumpla i koniec (pewne rzeczy byłem jej uczciwie winien). A rozbita rodzina, żona syn? Słyszałem wielokrotnie jak chętne naśladowczynie wzdychały, że nie ma więcej łatwo dostępnych prezesów milionerów :laughing: .

Jako okoliczność łagodząca to powiem, że dziewczyna wychowywana bez ojca a gość oprócz cech żałosnych właśnie takie ojcowskie przejawiał.

A teraz najważniejszy smaczek.

Właśnie. Jak pisałem byłem wtedy w trakcie poważnego kryzysu małżeńskiego (zdrada). Naprawiałem małżeństwo. Poprawiałem też swoje braki - te które ja uważałem u siebie za istotne. Ale w głowie miałem żeby się zemścić. Przespać się z taką dziewczyną, która pojawiła się jak z nieba to było zbyt trywialne. Poza tym robić to, co oczywiste to spodziewać się oczywistych efektów a ja nie chciałem oczywistych efektów. Akurat zemścić się chciałem przez zaje…. mojej żony przyzwoitością. Byciem w tym względzie lepszym - u mnie nie będzie się świat kręcił wokół d..y. Pogodziłem pewne rzeczy. Początkową niechęć do kobiet, potrzebę autentycznej przyjaźni i odegrania się.

Trochę to trwało. Do czasu, aż w wyniku postępującego rozkładu związku pojawił się plan wykopania mnie z domu i rozwodu. Wtedy cóż, szczęśliwie poznałem nową partnerkę. Anka była znakomitą zasłoną dymną odciągającą uwagę (a sama miała swojego szefa).

Tu się zgodzę. Są inne rzeczy na których znam się lepiej. Aż dziwne że w ogóle w moim życiu są kobiety :slight_smile: . Ale nie będę się tu lansował. W tamtym czasie takie mnie otaczało towarzystwo, że wszyscy w jakiś sposób się znali. A kobiety nawet jeśli są we wrogich relacjach (a Anka miała swoje grono wrogów wśród kobiet) to wymieniają potrzebne sobie informacje. Albo po prostu wiedzą - kobieta wchodzi do pokoju i po kilku minutach wie, kto jest z kim w związku itp. a facet jest niczego nie świadomy. Gdybym był w innej relacji z Anką nic nie wyglądałoby tak samo - coś za coś.

Kobiety i ich “przyjaciele” - jak się przed tym uchronić. Zboczyliśmy z tematu…

Gdybym nie pracowała zawodowo z setką mężczyzn, nie rozmawiała z nimi codziennie, to może bym Ci uwierzyła.

Spójrzmy prawdzie w oczy - żonaty mężczyzna, który od poważnych problemów w małżeństwie ucieka w “przyjaźnie” z kobietami, nie ma żadnej energii do zaoferowania (podobnie jak nieszczęśliwa mężatka, która szuka kochanka). On sam jest potrzebujący. Tym samym pozostaje atrakcyjny tylko dla kobiet, które też są w trybie emocjonalnej rozpierduchy.

Kobieta o adekwatnym poczuciu wartości, bez deficytów, ogarniająca swoje potrzeby i emocje, umiejąca stawiać granice, nie wchodzi w żadne relacje z żonatymi mężczyznami, bo wie, że to proszenie się o kłopoty.

Jeśli zaczniesz się spotykać z jakąś kobietą i w tym swoim braku opowiadać jej o swoich problemach, zwierzać się, szukać wsparcia, dowartościowania, podziwu, to tym samym zabierzesz sferę intymności ze swojego małżeństwa. Zamiast je ratować, będziesz je pogrążał. Twoja koleżanka natomiast, ponieważ sama też będzie mieć braki, ucieszy się, że jest taka zajebista i potrzebna. Ona zaspokoi Twój głód na tyle, żeby Twoje małżeństwo nie zdechło za szybko. Miłości w tym małżeństwie wprawdzie nie będzie, ale koleżanka wpompuje energię, która jest potrzebna do trwania układu i funkcjonowania Twojej rodziny.

Nie musisz mi oczywiście wierzyć.

3 polubienia

Ta dziewczyna faktycznie nie ma silnego parcia na wiek - dla niej najważniejsze jest to, żeby facet był przystojny, dobry w łóżku, bogaty, inteligentny, etc etc. Czyli takie “standardowe kryteria”. Dopiero w obrębie zbioru facetów spełniających te kryteria uznaje starszych za bardziej pociągających od rówieśników - których uważa za niedojrzałych psychicznie i z twarzy.

Wiele kobiet ma coś takiego - preferują starszych, ale w obrębie facetów spełniających “standardowe wymagania”.

Moim zdaniem nie. Ona nie ma specjalnie powodu, żeby kłamać i ma trzeźwe, a nawet brutalnie trzeźwe spojrzenie na swoje pragnienia i potrzeby.

Moim zdaniem to nie jest nic szczególnie dziwnego. :slightly_smiling_face:

Ja jestem przystojny na poziomie podobno 7/10, ale gdy patrzę w lustro to odbieram siebie jako raczej 6/10 - czyli ok, wyglądam lepiej niż przeciętny facet, ale bez przesady, to nie jest żaden super wygląd.

Intelektualnie rozumiem to, że zyskuję bardzo dużo dzięki osobowości i że po tym względem jestem “super ciachem”, ale ja sam tego nie czuję i nie rozumiem co kobiety we mnie widzą. Mam na myśli cechy socjopatyczne/psychopatyczne, tendencję do dominacji, bardzo nakręconą seksualność - kobiety to wyczuwają i częśc z nich reaguje na mnie w niezwykle silny sposób. Często kończy się to tym, że bardzo atrakcyjne kobiety, mające jako alternatywę bardzo przystojnych facetów 8-10/10, preferują mnie. A ja będąc wzrokowcem nie mogę emocjonalnie zrozumieć, jak ktoś wizualnie 6-7/10 może być bardziej pociągający od kogoś 8-10/10. (Pomijam sytuacje gdy osoba 8-10 jest głupia, wredna, ma problem z alkoholem/narkotykami, etc. Mówię o sytuacjach gdy ktoś ma wygląd 8-10/10, a w innych sferach spełnia podstawowe standardy.)

Czyli:

  1. Ja widzę w lustrze 6/10.
  2. Wiele kobiet widzi we mnie 7/10 + osobowość która jest dla nich osobowością klasy premium, a czasami czymś wręcz “kultowym”. Przez co dla wielu kobiet jestem w praktyce 9-10/10.

Między 6/10 którego widzę w lustrze, a między mężczyzną “premium” czy nawet mężczyzną “kultowym” 9-10/10 którym jestem dla wielu kobiet, jest gigantyczna różnica. :slightly_smiling_face:

BTW Co do osobowości, to mnie śmieszą niektóre interakcje które miałem na forach - w tym szczególnie na pewnych dwóch innych forach, które znasz. Wiele osób tworzy sobie w głowie ich obraz tego jaki rzekomo jest mężczyzna atrakcyjny dla kobiet. Przykładowo obraz niewzruszonego twardziela z negatywnym stosunkiem do kobiet… :man_facepalming:t2: Gdy ja jestem emocjonalny, nawet wybuchowy - jestem w o wiele większym stopniu kimś bez hamulców niż wzorem opanowania. :wink: I nie czuję niechęci do kobiet, nie uważam kobiet za “wrogów”. Raczej uważam kobiety za źródło przyjemności. Dlaczego miałbym czuć niechęć do źródła przyjemności? :roll_eyes: Kucharzy gotujących moje ulubione jedzenie, moich ulubionych muzyków, pisarzy, etc też mam nie lubić? :upside_down_face:

Jednym ludziom nie pasuje to, że nie pasuję do ich modelu opanowanego, niewzruszonego twardziela z niechęcią do kobiet.

Innym nie pasuje to, że nie pasuję do ich modelu “dojrzałości”, moralności, etc.

Pod tym względem ludzie to w dużej mierze wariaci. :slightly_smiling_face:

Zdecydowanie tak. Dla mnie samego to jest przykre, takie zimne, sztuczne i mechaniczne, ale tak jest. Ludzie mogą być tego nieświadomi, ale to ich i tak dotyczy.

Jasne. Dla wielu licealistek takie coś jest potwierdzeniem ich “dojrzałości” i statusu.

Tak. Mówiąc o sieci miałem na myśli to, że w dzisiejszych czasach takie rzeczy można sobie po prostu zamówić w sieci. Nie tylko seks w sensie prostytucji, ale i stałą relację w sensie sponsoringu.

W moich czasach licealnych (lata 90-te) było podobnie.

Tak, to też ma znaczenie. A najlepiej jeśli starszy facet zabierze na wakacje, będzie kupował ubrania, perfumy, biżuterię, jedzenie w restauracjach i dobry alkohol… I to wcale nie musi być jakiś dziad, tylko może być jako tako atrakcyjny, dobrze zarabiający np. 30 latek.

Rozumiem, ale moim zdaniem jest ogólnie przyjęte, że życie osobiste rządzi się innymi prawami. Nawet z punktu widzenia prawa ani zdrada, ani rozstanie się nie jest przestępstwem.

W sensie rozbita rodzina szefa?

  1. To jest kwestia jego lojalności, a nie Twojej koleżanki. To on ma zobowiązania względem żony, a nie Twoja koleżanka.
  2. Jeżeli on mając kasę i pozycję chciał związać się z nową, młodszą partnerką, to pewnie i tak by to zrobił - jeżeli nie z Twoją koleżanką, to z jakąś inną kobietą.

Mnie dziwi to w jak skomplikowany sposób na to patrzysz. Myślisz o tym w kontekście zemsty, konkurowania z żoną przyzwoitością… Ja bym po prostu zaliczył koleżankę dla przyjemności, dla poznania się lepiej, dla spróbowania jak ona “smakuje”, etc etc. Bez robienia z tego “emocjonalnego trójkąta” z żoną w tle.

Co do tego, że Anka miała wrogów wśród kobiet, to jasne, że miała - wiele kobiet zapiekle nienawidzi kobiet ładniejszych od siebie. :joy:

I faktycznie część z nich mogłaby próbować bruździć… Tyle, że równie dobrze mogły bruździć z powodu samej przyjaźni z Anką.