Dzisiaj na tapet trafia jedna z moich ulubionych książek, do której stale powracam - obecnie rezonujących ze mną bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Autor, będący równocześnie mistrzem zen i psychoanalitykiem, podejmuje temat, który we współczesnej kulturze rozwoju osobistego urósł niemal do rangi niemal niekwestionowanego dogmatu: przekonania, że szczęście jest celem, który należy osiągnąć poprzez odpowiednie techniki, pracę nad sobą i nieustanne „ulepszanie” własnego wnętrza. Stawia tezę prowokacyjną, lecz z mojej perspektywy głęboko wyzwalającą: pogoń za szczęściem jest jedną z głównych przyczyn ludzkiego cierpienia.
Magid nie neguje istnienia bólu, lęku czy frustracji ani nie obiecuje ich „rozpuszczenia” w pozytywnym myśleniu. Wręcz przeciwnie - pokazuje, że próby pozbycia się trudnych emocji, kontrolowania ich lub zastępowania „lepszymi” stanami psychicznymi prowadzą do pogłębienia wewnętrznego konfliktu. Szczęście, traktowane jako cel, staje się kolejnym ideałem ego, który oddziela nas od bezpośredniego doświadczenia życia takim, jakie jest.
Jednym z najmocniejszych w mojej ocenie punktów książki jest krytyka zachodniego podejścia do duchowości i psychoterapii, które często — nawet nieświadomie — wzmacnia narrację o „naprawianiu siebie”. Magid pokazuje, że zarówno popularna psychologia, jak i powierzchownie zaadaptowany buddyzm mogą stać się narzędziami ucieczki: zamiast spotkania z rzeczywistością, oferują kolejne strategie kontroli i samodoskonalenia.
Autor proponuje inne podejście, mocno zakorzenione w praktyce zen: porzucenie wysiłku bycia kimś innym niż się faktycznie jest, rezygnację z ciągłej autorefleksji nastawionej na poprawę oraz zgodę na niepewność, brak i niespełnienie. Nie chodzi przy tym o rezygnację z odpowiedzialności czy popadnięcie w bierność, lecz o rozpoznanie, że życie nie potrzebuje być „poprawione”, aby było pełne.
Co istotne - autor nie moralizuje i nie stawia się w pozycji mistrza oferującego gotowe odpowiedzi. Przeciwnie — często podkreśla własne ograniczenia i paradoksy, z którymi sam się mierzy. Książkę czyta się fajnie, napisana jest dosyć lekkim językiem, nie daje narzędzi do szybkiej zmiany samopoczucia — i właśnie w tym tkwi moim zdaniem jej największa siła. To książka, która nie chce Cię naprawić, lecz zaprasza do porzucenia iluzji, że naprawa (w rozumieniu głębokiej zmiany tego, kim się jest) jest konieczna. To fajny głos sprzeciwu wobec kultury nieustannego samodoskonalenia i emocjonalnego perfekcjonizmu. Bardzo polecam!