[Książka] Barry Magid - "Koniec pogoni za szczęściem"

Dzisiaj na tapet trafia jedna z moich ulubionych książek, do której stale powracam - obecnie rezonujących ze mną bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Autor, będący równocześnie mistrzem zen i psychoanalitykiem, podejmuje temat, który we współczesnej kulturze rozwoju osobistego urósł niemal do rangi niemal niekwestionowanego dogmatu: przekonania, że szczęście jest celem, który należy osiągnąć poprzez odpowiednie techniki, pracę nad sobą i nieustanne „ulepszanie” własnego wnętrza. Stawia tezę prowokacyjną, lecz z mojej perspektywy głęboko wyzwalającą: pogoń za szczęściem jest jedną z głównych przyczyn ludzkiego cierpienia.

Magid nie neguje istnienia bólu, lęku czy frustracji ani nie obiecuje ich „rozpuszczenia” w pozytywnym myśleniu. Wręcz przeciwnie - pokazuje, że próby pozbycia się trudnych emocji, kontrolowania ich lub zastępowania „lepszymi” stanami psychicznymi prowadzą do pogłębienia wewnętrznego konfliktu. Szczęście, traktowane jako cel, staje się kolejnym ideałem ego, który oddziela nas od bezpośredniego doświadczenia życia takim, jakie jest.

Jednym z najmocniejszych w mojej ocenie punktów książki jest krytyka zachodniego podejścia do duchowości i psychoterapii, które często — nawet nieświadomie — wzmacnia narrację o „naprawianiu siebie”. Magid pokazuje, że zarówno popularna psychologia, jak i powierzchownie zaadaptowany buddyzm mogą stać się narzędziami ucieczki: zamiast spotkania z rzeczywistością, oferują kolejne strategie kontroli i samodoskonalenia.

Autor proponuje inne podejście, mocno zakorzenione w praktyce zen: porzucenie wysiłku bycia kimś innym niż się faktycznie jest, rezygnację z ciągłej autorefleksji nastawionej na poprawę oraz zgodę na niepewność, brak i niespełnienie. Nie chodzi przy tym o rezygnację z odpowiedzialności czy popadnięcie w bierność, lecz o rozpoznanie, że życie nie potrzebuje być „poprawione”, aby było pełne.

Co istotne - autor nie moralizuje i nie stawia się w pozycji mistrza oferującego gotowe odpowiedzi. Przeciwnie — często podkreśla własne ograniczenia i paradoksy, z którymi sam się mierzy. Książkę czyta się fajnie, napisana jest dosyć lekkim językiem, nie daje narzędzi do szybkiej zmiany samopoczucia — i właśnie w tym tkwi moim zdaniem jej największa siła. To książka, która nie chce Cię naprawić, lecz zaprasza do porzucenia iluzji, że naprawa (w rozumieniu głębokiej zmiany tego, kim się jest) jest konieczna. To fajny głos sprzeciwu wobec kultury nieustannego samodoskonalenia i emocjonalnego perfekcjonizmu. Bardzo polecam!

1 polubienie

Przeczytam napewno. Chyba największy problem to zrozumienie autentyczności i porzucenie masek i zaakceptowanie kim się jest. Jestem tym kim jestem. Dokopanie do tego zajmuje sporo czasu i wymaga wysiłku.

Mam trochę przemyśleń na ten temat.

Ps. Jak ci się podobała ta książka, to spodoba cie się de Mello - Przestań siebie naprawiać. Też łączy wschód z zachodem.

Rozmawialiśmy kiedyś o nim i w sumie nawet przytoczę to, co napisałem Ci 2 lata temu - często mam tak, że nie zgadzam się z samym sobą z przeszłości, a w tym wypadku widzę, że moja perspektywa się nie zmieniła w ogóle:

Wiem, że z “nauczycieli” duchowych bardziej przypadł Ci do gustu Anthony De Mello - zgadzam się z większością tego, o czym pisze, pewnie jakieś 95% jego tekstów jest dla mnie zachwycająca pod względem treści. No ale forma, perspektywa z której patrzy on na naszą ludzką kondycję jest dla mnie trudna do przyjęcia, czytając go parę lat temu doświadczałem dużego niepokoju, przygnębienia, uruchamiał on mojego wewnętrznego krytyka, bo wchodzi w tryb kaznodziei, pisze, że ludzie są osłami, durniami, że śnią przez całe życie.

To było coś w stylu: “O rany, jestem tak dogłębnie uwarunkowany, programowany od maleńkości przez kulturę i społeczeństwo, lubię i cenię rzeczy, które ktoś nauczył mnie lubić i cenić, umiem kochać jedynie egoistycznie, a więc wcale, społeczeństwo nauczyło mnie cenić pochwały, cudzą akceptację, sukces finansowy, pieniądze, przynależność, jestem niewolnikiem, uzależniam się emocjonalnie od ludzi, nawet mój smak został zaprogramowany - gdybym żył w Azji lubiłbym mięso psa, uczył się o innym bogu, miałbym innych wrogów, przejebane, nigdy nie będę wolny, życia mi nie starczy, żeby uwolnić się od uwarunkowań i programów, każda sekunda mojego życia pokazuje, że w pełni od nich zależę, nie ma w tym mnie”.

Czyli to dalej sposób na odrzucanie samego siebie, tworzenie stanu idealnego (wolność od społecznych programów, uwarunkowań, stan bez ego) i stanu “niewłaściwego” (bycie niewolnikiem społecznych programów, uwarunkowań, posiadanie ego), w którym obecnie się znajduję. Próby uwolnienia się od ego są jednak najbardziej wyszukanym sposobem na jego…wzmocnienie. Innymi słowy próby uwolnienia się od ego to właśnie gra ego. Nawet jeśli jego zdaniem wystarczy tylko być świadomym własnych uwarunkowań w każdej sekundzie (co za męczarnia) - to wciąż ego będzie chciało się uwolnić od ego.

Pechowo dla nas badania pokazują, że podlegamy społecznemu programowaniu nawet jeśli jesteśmy tego świadomi! Jedyna recepta to kompletna izolacja - stąd te wszystkie odosobnienia dawnych “świętych”, Jezus na pustyni czy Budda pod drzewem Bodhi czy współczesne klasztory z obowiązkiem przebywania w ciszy.

W skrócie - będąc członkiem społeczeństwa nie ma możliwości ucieczki od stanu niewolnictwa, bycie człowiekiem to m.in. posiadanie ego.

Ostatecznie czy coś jest w tym złego? Alan Watts patrzy na to z humorystycznej, wesołej strony - “zobacz w jak zabawnej grze uczestniczysz, świat to jedno wielkie show, bierz w tym udział - bo nie masz innego wyjścia - ale zaglądaj czasem zza kulisy tego przedstawienia i przypominaj sobie, że to tylko jeden wielki spektakl, skądinąd zabawny - zauważ jak niektórzy są pochłonięci tą grą, zabieganiem o akceptację, sukces, prestiż, bogactwo i jak dużo ich kosztuje utrzymanie tego”.

TL;DR: Wolę Alana Wattsa :wink: