"Moja żona wprowadziła w naszym domu swoje rządy" - czyżby, mordo? Case study

Na męskich forach dyskusyjnych czy też ogólnie w dyskusjach między mężczyznami często pojawia się zdanie w stylu - „u mnie w domu panuje matriarchat, żona wszystkim rządzi, ma mnie za nic, nic mi nie wolno, nie mam prawa głosu, w ogóle mnie nie szanuje.”

Zazwyczaj idzie za tym długi opis frustracji, poczucia bycia pomijanym, niedocenianym, zepchniętym na margines decyzji. Pojawia się żal, złość, czasem pogarda, czasem bezsilność. Ogólnie multum narzekania na żonę, obwinianie jej, przedstawianie jako potwora.

Rzadko natomiast pojawia się pytanie - jak ten stan powstał krok po kroku?

Prawda jest taka, że w ogromnej większości przypadków nie zaczyna się to bowiem od „dominującej kobiety”, tylko od drobnej, wieloletniej bierności mężczyzny.

Poniżej chciałem przedstawić hipotetyczny, ale bardzo realistyczny case study - trochę w ramach rozwinięcia koncepcji radykalnej odpowiedzialności za samego siebie, którą przedstawiłem w osobnym wpisie.

Etap 1: Unikanie konfliktu „dla świętego spokoju”

Na początku relacji są zazwyczaj drobiazgi:

  • „Nie chce mi się teraz wchodzić w dyskusję/nie ma to sensu”,

  • „Dobra, w sumie niech będzie po jej myśli”,

  • „To nie jest aż tak ważne”,

  • „Nie będę przecież robił afery o takie rzeczy”.

To nie wygląda jak oddawanie władzy, a jak rozsądek, dojrzałość, odpuszczanie. Przecież chcemy, żeby nasza wybranka była szczęśliwa, co nie? :slight_smile:

Tyle, że każda taka sytuacja wysyła bardzo czytelny sygnał - „moje zdanie nie jest dla mnie na tyle ważne, żebym go bronił.”

Etap 2: Niekomunikowanie swoich potrzeb

Często wygląda to następująco:

  • „Powinna się domyślić”,

  • „Nie chcę wyjść na marudę”,

  • „To głupie, żeby o tym mówić”.

Efekt? Jego potrzeby (o ile w ogóle je sobie uświadamia) istnieją tylko w jego głowie. W relacji – nie istnieją wcale, nie pojawiają się w ogóle.

Z czasem partnerka uczy się jednego - „On nie ma specjalnych potrzeb, jemu jest wszystko jedno” i zaczyna podejmować decyzje samodzielnie - bo ktoś te decyzje w ramach prowadzenia wspólnego gospodarstwa domowego podejmować zwyczajnie musi.

Etap 3: Brak stawiania granic

W każdy związku pojawiają się sytuacje, które nie pasują jednej ze stron, może to być:

  • sposób mówienia do niego,

  • sposób podejmowania decyzji bez niego,

  • komentarze przy innych ludziach,

  • organizowanie życia domowego bez konsultacji.

Ale on milczy, bo nie chce robić dramatu, boi się konfrontacji, zakłada, że to się zmieni samo z siebie.

Tyle, że nie dość, że to się nie zmieni, to jeszcze utrwali się jako norma.

Etap 4: Oddanie odpowiedzialności za decyzje

Z czasem zaczyna się wygoda:

  • „Ok, jak uważasz”,

  • “Ty zdecyduj”,

  • „Mnie pasuje wszystko”.

Jest to “fajne”, bo nie podejmując decyzji wydaje nam się, że nie ponosimy odpowiedzialności za efekt, nie zostaniemy “ukarani”. W efekcie przestajemy być współdecydentami, a stajemy się pasażerem.

I tak jak już wskazałem wyżej - druga strona zaczyna realnie dźwigać ciężar organizacji życia, bo ktoś musi.

Błędem jest nazywanie tego “dominacją” czy “rządzeniem - to po prostu przejęcie pustej, niezagospodarowanej przestrzeni.

Etap 5: Narastająca frustracja i narracja o „matriarchacie”

Po latach on budzi się z poczuciem:

  • „Nie mam nic do powiedzenia”,

  • „O wszystkim decyduje żona”,

  • „Czuję się jak gość we własnym domu”.

Tyle, że ten stan nie powstał w tydzień. On powstawał latami, poprzez:

  • unikanie konfliktów,

  • niepokazywanie potrzeb,

  • brak granic,

  • oddawanie decyzji,

  • rezygnację ze sprawczości w drobnych sprawach.

Kluczowa rzecz: to nie jest historia o złej żonie

Jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało jest historia o człowieku, który latami odmawiał sobie prawa do bycia pełnoprawnym uczestnikiem relacji.

W pewnym momencie druga strona zaczyna funkcjonować tak, jakby była sama – bo w praktyce jest sama w obszarze decyzji, organizacji i odpowiedzialności.

Jak więc powstaje „matriarchat” w praktyce?

Przez setki małych „dobra, nieważne”, „odpuszczę”, „nie będę zaczynał”, „nie chce mi się tłumaczyć”. Każde z nich jest rezygnacją z odrobiny sprawczości, dzień po dniu, decyzja za decyzją.

Najtrudniejsza część do przyjęcia

W takiej sytuacji bardzo trudno zobaczyć, że ten stan jest współtworzony przez obie strony, ale inicjowany przez bierność jednej z nich.

Łatwiej jest nazwać to „matriarchatem” niż zobaczyć lata własnego wycofania i wziąć za to odpowiedzialność.

Wnioski

Z takich historii płynie jedna bardzo niewygodna lekcja - jeśli nie pokazujesz swoich potrzeb, nie stawiasz granic, unikasz konfliktów, odmawiasz sobie decyzyjności, ktoś inny zajmie tę przestrzeń. Z konieczności.

A po latach może to wyglądać jak dominacja, choć w rzeczywistości jest skutkiem Twojej nieobecności. Mówiąc wprost - to Ty mordo koronowałeś swoją żonę na królową.

Zauważmy też, że pomijając bardzo skrajne przypadki nie ma żadnego przymusu, by tkwić w jakiejkolwiek relacji. Są kobiety, które “rządzenie” mają we krwi i faktycznie będą dożyć do tego, by przejąć “władzę” w związku - to jednak wciąż nasz wybór czy się zwiążemy z takimi osobami.

3 polubienia

Jak zwykle ciekawy wpis i nie mam jak polemizować. Właściwie pozostaje tylko zapytać: Czy analogiczna sytuacja z odwróceniem płci to również nie jest ”patriarchat”?

1 polubienie

Znakomite pytanie, dziękuję Ci za nie.

Odpowiedź jest prosta - oczywiście, że nie jest, ten mechanizm działa identycznie niezależnie od płci.

Oczywiście jestem w stanie wyobrazić sobie faceta, który oczekuje w domu pełnej obsługi przez kobietę - sprzątania, gotowania, zajmowania się dziećmi, wyręczania go we wszystkim. Wejście w taką rolę jest jednak wciąż decyzją konkretnej kobiety - nikt nikomu nie przystawia pistoletu do głowy (no chyba, że przystawia :smiley: ) i nie zmusza do relacji z danym facetem. I tu nie trzeba robić żadnej awantury - wystarczy poinformować drugą stronę, że ma się zupełnie inną wizję relacji i życzyć jej powodzenia w poszukiwaniach.

Zwięźle to wszystko ujęte. Mnie zastanawia jak taki proces odwrócić. Stan powstał krok po kroku. Ktoś się “rozmienił na drobne” nawet w dobrej wierze. Teraz jest stan świadomości tego co zostało opisane przez @Johnny . Stan wkurzenia na siebie. Jak wrócić z powrotem krok po kroku? Do czego właściwie się wróci? Zastanawiam się.

1 polubienie

Kolejne świetne pytanie.

Wiem, że po uświadomieniu sobie powyższego chciałoby się wszystko odwrócić od razu - naprawić coś, co psuło się latami w sposób gwałtowny, natychmiastowy, poprzez jedną rozmowę, najlepiej konfrontacyjną.

Według mnie to tylko pogorszy sytuację, doprowadzi do dzikiej awantury.

Ten stan powstał przez tysiące małych „odpuszczę” i wymaga odwrócenia przez tysiące małych „mam swoje zdanie i tym razem nie odpuszczę”.

Polecałbym zacząć od drobiazgów - od tych momentów, w których chciałoby się powiedzieć “dobra, rób jak chcesz”, “obojętne” albo wręcz nic nie mówić i tylko skinąć głową i zamiast tego wybrać spokojne “wolałbym inaczej”.

Jeśli przez lata uczyło się partnerkę, że nie ma się własnego zdania to trzeba ją tego po prostu oduczyć - bo ona nie jest przyzwyczajona do tego, że druga strona ma jakieś potrzeby, granice czy własne preferencje. Na początku będzie zdziwienie i opór, jest to całkowicie normalne - umysł musi się zaadoptować do nowej sytuacji.

Powtórzę - jeśli partnerka pyta Cię o zdanie nie mówisz jak zazwyczaj, że “jest Ci obojętne” tylko zaczynasz wyrażać własne zdanie. Zwłaszcza w drobnych sprawach!

Najważniejsze - zero oskarżeń. Żadnego “bo Ty mnie zdominowałaś” - wiemy już, że sami oddaliśmy jej tą przestrzeń, a teraz chcemy ją odzyskać.

Pamiętam, że spodobało mi się kiedyś jedno zdanie rzucone w podcaście Marty Niedźwieckiej o relacjach - “Dlaczego relacje się nie udają? Proste - bo nas w nich nie ma”.

Teraz podejmujemy świadomą decyzję, że będziemy w relacji obecni - z naszymi preferencjami, potrzebami, granicami. Zaczynamy w niej naprawdę być. Pamiętajmy jednak, że dla drugiej strony będzie to coś nowego - będzie jej z tym na początku źle i nieswojo, bo zmieniamy dynamikę, do której przywykła ona latami. To może wywołać zdziwienie, irytację, a już na pewno będziemy testowani czy to aby nie chwilowa zmiana.

Dlatego kluczem nie jest tu siła, a konsekwencja w małych rzeczach.

Myślę jednak, że jest to bardzo trudny proces, jeśli budowało się nieświadomie relację przez całe lata w inny sposób.

1 polubienie

Ciekawy temat i warty dyskusji. Zawsze ogromnie mnie interesowały takie dynamiki w relacjach, które prowadzą do braku seksu, więc zjawisku, które opisujesz przyglądam się z wielkim zainteresowaniem. W niektórych kręgach jest ono usankcjonowane społecznie pod hasłem “Mężczyzna głową - kobieta szyją”. W tłumaczeniu na nasze - mężczyzna to marionetka, trzeba więc sprytnie pociągać za sznurki, tak aby myślał że w domowym teatrze gra główną rolę. Obleśnie manipulacyjne, ale wielu małżeństwom to najwyraźniej pasuje (chyba).

W kwestii męskiego wycofywania. Z moich doświadczeń - stabilni mężczyźni, w takiej ładnej, silnej, męskiej energii, nie walczą z kobietami, ani z nimi nie konkurują. Nie mają zainstalowanej takiej funkcji, żeby stawać z kobietą na ringu. Po prostu. Więc jeśli się wycofują, bo są dźgani kijem i nieszanowani, to bardziej to świadczy o ich męskości, a nie jej braku. Skoro nie podejmują wyzwania do rywalizacji, to chwała im za to, gdyby stanęli do walki- kobiety mogłyby nieźle oberwać.

Myślę też, że możliwe jest, że mężczyźni czują w stosunku do kobiet pewien dysonans. Wewnętrznie, na nieuświadomionym poziomie postrzegają kobiety jako bardzo silne (W Polsce zwłaszcza, w czasie wojen, powstań i zaborów kobiety tę siłę musiały w sobie wyrobić) . Na poziomie deklaratywnym szukają więc "delikatnej/ wrażliwej/ zależnej/ uległej ", a podświadomie widzą kobietę jako tytana, który wszystko ogarnia, tak jak kiedyś, od pokoleń ogarniały ich matki i babcie.

U kobiet myślę może być odwrotnie - deklarują, chcą mężczyzn z widocznymi atrybutami siły, decyzyjności i władzy, a na podświadomym poziomie widzą mężczyzn słabych i nimi gardzą. Tu też jest dysonans.

A tam gdzie niespójność, tam zawsze pretensje i rozczarowania.

Jak odwrócić opisaną przez Ciebie dynamikę? A tutaj to myślę dużo zależy od kobiet. Kobiety mogłyby zrobić krok do tyłu, zrobić mężczyznom przestrzeń, czyli oddać im to co zawłaszczyły.

Inna sprawa że mężczyźni w relacji z kobietą oczekują komfortu i wygody. Z wielu różnych powodów widzę, że obecnie kobiety przestały mieć ochotę/ interes/ motywację tę wygodę i komfort mężczyznom dawać.

Zależy jakie wycofanie masz tu na myśli.

Jeśli ogólnie rezygnują w takiej sytuacji z relacji to też uważam, że jest to dobra strategia - w związkach nie chodzi o to, żeby ze sobą “walczyć” tylko wypracować wspólnie takie rozwiązanie, które będzie maksymalnie satysfakcjonujące dla obu stron, a jeśli nie jest to możliwe to po prostu poszukać sobie kogoś innego do relacji.

To jest coś na zasadzie - “takie są moje potrzeby, takie są Twoje, one wszystkie są ok, co z tym możemy teraz zrobić?”.

Jeśli jednak wolą ustąpić i tak ustępują każdego dnia, decyzja po decyzji, no to tym bardziej szanowani nie będą - a z czasem będą wręcz czuć się niewidzialni, pomijani, nieważni, zdominowani. Tego dźgania kijem będzie z czasem dużo więcej - na ich własne życzenie.

Ogólnie dobrze by było, gdyby dorośli ludzie wyrzucili ze swojego słownika takie słowa jak “Twoja wina”, “moja wina” (relacje to nie proces karny, dużo lepiej zastąpić to “odpowiedzialnością”), “wykorzystujesz mnie” (prawda jest taka, że w relacji między dwojgiem dorosłych ludzi jeśli ktoś czuje się “wykorzystany” to może z góry założyć, że na taki stan pozwala i jest to wynik jego własnej decyzji) czy “używasz mnie” i próbowali zauważyć to, że każda relacja to taniec dwójki ludzi i każda ze stron odpowiada za jej kształt. No ale wiadomo, że lepiej obwiniać i robić potwora z drugiej strony niż spojrzeć na swój wkład w daną relację.

Myślę, że różni mężczyźni szukają różnych kobiet :slight_smile:

I tu też podobnie - różni mężczyźni oczekują różnych rzeczy. To, co dla jednego jest komfortowe (bo znane) dla innej osoby może być bardzo niekomfortowe.

Temat rzeka.

Oczywiście, ja się w pełni z Tobą zgadzam, tak by było najlepiej. Dzielę się tylko swoimi obserwacjami.

W takiej dynamice gdy mężczyzna się wycofuje, a kobieta zarządza wszystkim, nawet życiem mężczyzny, on często wchodzi w rolę krnąbrnego nastolatka, czyli kombinuje jak wykiwać mamusię i wyrwać się spod jej kontroli. W ramach biernegi oporu udaje, że nie słyszy, robi zadania po łebkach, nie wykazuje żadnej inicjatywy.. itd. Ale ma w takim układzie też dużo korzyści, podobnie zresztą jak kobieta.

1 polubienie

To często jest zauważalne nawet na poziomie języka, którym zupełnie nieświadomie operuje taki facet - “żona mnie nie puści”, “żona mi nie pozwoli” :slight_smile:

On podskórnie wie, że wlazł pod buta kobiety, że jest jej podległy.

Jasne, obie strony mają tu sporo korzyści, ale w wielu przypadkach do czasu - zanika seks, szacunek, bliskość, pojawia się pogarda, wzajemne pretensje, aż do zupełnej erozji relacji.

1 polubienie

Dzięki za fajny temat. Po przeczytaniu go wyruszyłem od razu w podróż historyczną do mojego 9-letniego związku.

Mam taką obserwację, że ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, kiedy i czy w ogóle oddałem lejce żonie. Z pewnością była masa drobnych sytuacji, w których odpuszczałem w imię świętego spokoju, ale czasami na stół wykładaliśmy poważniejsze tematy – takie, w których posiadałem większą wiedzę, co dawało mi większą pewność siebie – i tutaj zazwyczaj ten suwak przesuwał się w moją stronę. Ogólnie moje odczucie jest takie, że owszem, żona aktualnie może mieć poczucie większej kontroli w związku, ale z drugiej strony jestem gdzieś tam widoczny z tyłu na światłach. Jednocześnie wydaje mi się, że obudziłem się na tyle wcześnie, iż jestem w stanie w relatywnie krótkim czasie wyrównać ten poziom sprawczości.

Pamiętam jedną z poważniejszych rozmów, jakiś rok temu, mniej więcej przekaz końcowy był taki: „Jestem zmęczona, przejmij stery, zaskocz mnie, poprowadź trochę nasze życie na poziomie emocjonalnym”. Wtedy myślałem, że chodzi o klasyczne: „Ty się w ogóle nie starasz i żyjesz tylko tymi swoimi treningami”. No i okej, zaczynałem się otwierać (swoją drogą w pokraczny sposób), inicjować rozmowy o emocjach, uczuciach i oczekiwaniach - efekt do tej pory był taki, że partnerka zwyczajnie nie była na gotowa, wręcz uciekała z tych rozmów poprzez swoją bierność. Teraz jednak zaczynam dostrzegać, że tak naprawdę mogła komunikować zupełnie coś innego: „Nie zgadzaj się ze mną zawsze, dyskutuj, po prostu bądź obecny”.

1 polubienie

Cóż, każdy ma taki związek na jaki go stać. To brutalne z pozoru stwierdzenie bardzo mi kiedyś pomogło, bo uświadomiło mi że osoba, którą wybieramy do bliskiej relacji jest zawsze skrojona dokładnie na naszą miarę. Tu nie ma przypadku.

W opisanej dynamice wycofujący się mężczyzna oddaje ogarnianie własnej kuwety kobiecie. Czyli jeśli to kobieta robi, porządkuje, załatwia, wyręcza, organizuje, decyduje i kontroluje, to na logikę mężczyzna już nie musi tego wszystkiego robić. Kobieta już to za niego zrobiła. Więc jeśli teraz przyjdzie do niej, że on ma pilne potrzeby, które wymagają zaspokojenia, to nie wróżę mu powodzenia niestety. Najpierw to by musiał się dokonać sprawiedliwy podział obowiązków. To dotyczy zwłaszcza związków, w których obie strony pracują zawodowo i mają dzieci.

Co ciekawe, w takich dynamikach, gdy się porozmawia z każdym uczestnikiem z osobna, to zarówno kobieta jak i mężczyzna mówią to samo " on/ona beze mnie to by zginął /zginęła". Bardzo często to słyszałam. Czyli obie strony żyją w poczuciu krzywdy, że są zaangażowane na maksa, tylko nikt ich nie docenia. Taki fenomen.

Nie ma decyzyjnoścj bez wiedzy, kontroli nad procesem i odpowiedzialności. Chcąc podejmować decyzje trzeba mieć kompetencje, doprowadzić zadanie do końca, a także wziąć na klatę ewentualną porażkę. Jeśli w związku robi to tylko jedna osoba, to związek tego nie przetrwa. To jasne.

1 polubienie

Dokładnie tak. Każdy nasz związek i jego “standard” jest w dużej mierze (bo sytuacja jest często dużo bardziej zniuansowana) odzwierciedleniem naszego aktualnego stanu psychicznego i fizycznego. Ktoś z niską samooceną z reguły zgodzi się na dużo więcej niż ktoś, kto widzi siebie dobrze i umie o siebie zadbać.

Często przetrwa, ale będzie on niskiej jakości - pełno w nim będzie frustracji i udawania.