Nieco inne podejście do wstydu, żalu do siebie i poczucia porażki

Ostatnio w trakcie pewnego wydarzenia usłyszałem takie inspirujące zdanie: “Nie wybieram sobie tego, kogo lubię, a kogo nie, nie wybieram swoich myśli i emocji, które pojawiają się we mnie w danej chwili”.

Zacząłem się nad nim głębiej zastanawiać - a konkretnie nad granicami naszej kontroli.

Jakby nie patrzeć nie wybieramy sobie:

  1. genetyki (temperamentu, wrażliwości, pobudliwości układu nerwowego)
  2. potencjału poznawczego
  3. ciała, zdrowia, wyglądu (chociaż na te rzeczy już jakiś - niemniej jednak ograniczony - wpływ mamy)
  4. rodziny, stylu przywiązania
  5. wczesnych doświadczeń relacyjnych
  6. przekonań „wgranych” zanim wykształcił się u nas aparat krytyczny
  7. środowiska społecznego (ludzi, z którymi chodziliśmy do szkoły czy mieliśmy do czynienia na tzw. “podwórku”)
  8. reakcji emocjonalnych (pojawiają się przed decyzją)
  9. losowych ekspozycji (ludzie, których spotykamy, momenty, w których coś się wydarza)

Wszystko powyższe jest faktem, a nie narracją obronną. Psychologia, neurobiologia i filozofia umysłu są tu zgodne.

Nie wybieramy:

  • emocji, które się pojawiają

  • myśli, które przychodzą - szczególnie tych “pierwszych”

  • tego, kogo pragniemy

  • reakcji ciała

One pojawiają się, zanim w ogóle „Ty” zdążysz cokolwiek zrobić. Poobserwuj kiedyś w ciszy swój umysł, a sam to zobaczysz.

Z tego punktu widzenia klasyczna narracja typu „mogłeś inaczej”, „trzeba było się bardziej postarać” jest psychologiczną fikcją, a często wręcz formą przemocy wobec siebie.

Czy wstyd i żal do siebie mają więc sens?

Krótka odpowiedź - nie w tej formie, w jakiej je zwykle przeżywamy.

Bo klasyczny wstyd mówi:

„Jestem wadliwy jako byt.”

A żal do siebie często brzmi:

„Powinienem był być kimś innym, mając to samo, co miałem.”

Jest to przecież logicznie sprzeczne.

To trochę tak, jakby obwiniać wodę, że płynie w dół, a Słońce, że świeci, wstydzić się psa, że reaguje na bodźce lub mieć pretensje do systemu nerwowego, że działa według praw biologii.

Prawda jest taka, że nikt z nas nie jest autorem swojego startu ani większości reakcji — ale każdy z nas może przestać karać siebie za to, jakim był człowiekiem w danych warunkach.

Skąd więc w ogóle bierze się wstyd?

Wstyd nie jest racjonalną oceną faktów. Wstyd jest emocją regulującą przynależność.

Powstaje bardzo wcześnie i “mówi” nam:

„Jeśli będę taki, jaki jestem, mogę zostać odrzucony.”

Dlatego:

  • wstyd nie pyta, czy miałeś jakikolwiek wybór

  • wstyd nie analizuje kontekstu, nie bierze pod uwagę całej sytuacji

  • wstyd nie rozróżnia impulsu od czynu

On powstał po to, żeby się dopasować, żeby przetrwać w relacji, a nie po to, żeby być sprawiedliwy.

Warto też zauważyć, że wstyd (podobnie zresztą jak i żal) daje iluzję sprawczości - “jeśli to była moja wina, to znaczy, że mogłem to kontrolować.”

Wstyd chroni przed przerażającą (gdy jest się dzieckiem) prawdą - „to mogło się wydarzyć, nawet jeśli zrobiłem wszystko najlepiej, jak umiałem”.

Zwróćcie uwagę, że najczęściej są to narracje późniejsze, porządkujące chaos mentalny, pisane po fakcie. Całkowicie normalnym jest to, że ludzie konstruują sens wstecz, żeby móc z tym żyć.

W rzeczywistości jednak:

  • działamy z ograniczonej perspektywy

  • z ograniczonymi zasobami

  • pod wpływem emocji, które już w nas są

  • w ramach scenariuszy, których nie napisaliśmy

„Zawaliłem” zwykle oznacza więc „dziś wiem więcej niż wtedy” - to po prostu różnica informacji w czasie. Człowiek zawsze robi to, co w danym momencie jest dla jego systemu możliwe - i tylko to.

Co więc zrobić z wstydem i żalem, skoro są logicznie nie do obrony?

Warto moim zdaniem spróbować tego języka (nie jako afirmacji, tylko jako realistycznego opisu):

„Zrobiłem w danej sytuacji dokładnie tyle, ile mogłem zrobić, będąc tym człowiekiem jakim byłem, z tym układem nerwowym, tym bagażem i tą wiedzą, a także w danym stanie zmęczenia i będąc pod wpływem jeszcze innych czynników, których nawet nie jestem w stanie sobie uświadomić.”

Uprzedzając ewentualne zarzuty - nie, to nie jest pobłażanie samemu sobie, a zwykła uczciwość. Tak po prostu jest.

Co w takim razie z odpowiedzialnością?

Wiadomo - to pytanie samo ciśnie się na usta. Warto zauważyć kluczowe rozróżnienie - odpowiedzialność nie jest tożsama z winą i wstydem. Odpowiedzialność to reagowanie na to, co jest.

Nie odpowiadasz za:

  • swoje impulsy

  • emocje

  • automatyczne myśli

  • wczesne uwarunkowania

Ale masz wpływ (nie pełną kontrolę!) na:

  • to, co robisz po ich zauważeniu

  • to, czy się za te emocje, impulsy i myśli karzesz czy też się regulujesz

  • to, czy eskalujesz czy wracasz do równowagi

I w zasadzie tyle. Mi ta perspektywa daje multum wewnętrznego spokoju i klarowności - może dla kogoś też będzie pomocna.

1 polubienie

W sumie na wiele nie mamy wplywu w życiu, ale najważniejsze na o mamy wpływ to nasza reakcja na dane sytuacje. W sumie miałem ostatnio podobne przemyślenia. Jedno zdanie, które zawsze otwiera przede mną nową drogę.

Pomiędzy bodźcem i reakcją jest przestrzeń; w tej przestrzeni leży wolność i moc wyboru naszej odpowiedzi.

Człowiek spędza pierwszą połowę życia ucząc się nowych rzeczy i wzorców, by w drugiej zintensyfikować wysiłki nad ich porzuceniem. Kiedy zrozumie się, że ta przestrzeń jest obecna, zaczynasz rozumieć, że emocje nie są tobą, myśli nie są tobą, impulsy też nie są tobą. TO coś co odziedziczyłeś w ciele, zaprogramowano cię i się nauczyłeś aby przetrwać. Sztuka w tym, aby to dostrzec i wybrać właściwą i własną odpowiedź, nie naszego ego.

W pierwszej połowie życia, rządzonej przez nasze ego (nasze skostniałe dziecięce ja), naturalnie zajmujemy się budowaniem własnej tożsamości, osiąganiem sukcesów, działaniem i zdobywaniem pochwał. Kotynuując myśl Junga, druga połowa to porzucanie tego zdrowego ego w świadomy sposób. Tyle, że w ego nie ma nic zdrowego, po prostu prowadzi nas przez pierwszą połowę życia, jako nasze uwarunkowane ja, zmagające się z dysfunkcyjnym, dystopijnym, pełnym konfliktów światem, aż w końcu, miejmy nadzieję, przebudzimy się przed śmiercią świadomi naszego prawdziwego JA.

Też uważam, że powinniśmy być dla siebi łagodni i dobrzy. Gdy doświadczamy porażki, nie wypadamy poza porządek świata, lecz wchodzimy w długi pochód ludzi, którzy byli przed nami i którzy przyjdą po nas, bo w życiu każdego człowieka istnieje przynajmniej jedna sytuacja, której nie da się naprawić, opanować, racjonalnie wyjaśnić ani nawet w pełni pojąć. Cierpienie i upadek nie są ani karą za moralne braki, ani wyjątkiem zarezerwowanym dla pechowców czy nielicznych, ani czymś, czego można uniknąć sprytem lub prawością, przeciwnie, są doświadczeniem nieuchronnym, osobistym i wpisanym w drogę każdego człowieka. Przegrana, grzech, błąd i ból, który z nich wynika, okazują się nie tylko konieczne, ale paradoksalnie rozwojowe. Sens drogi polega często na tym, że prawdziwa przemiana zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek dotknie dna, a próby przekazywania tej prawdy tym, którzy jeszcze tam nie byli, niemal zawsze spotykają się z oporem, zaprzeczaniem i intelektualną walką zamiast zrozumienia.

Wraz z dojrzewaniem i kolejnymi pomyłkami potrzebujemy spojrzenia na własne JA, rozumiane jako głębszy, bardziej świadomy wymiar nas samych, z większą łagodnością i życiodajną akceptacją. Upadek z tej perspektywy stanie ruchem w górę, którego nie poinniśmy się wstydzić i żałować. Dopiero ci, którzy naprawdę upadli, są w stanie zrozumieć, czym jest wzrost, ponieważ dojrzewamy bardziej poprzez błędy niż poprzez poprawność, a życiowe rozczarowania, szczególnie w późniejszym etapie życia, mogą stać się bramą do głębszej radości, o ile pozwolimy, by nasza dusza pozostała otwarta na coś znacznie większego niż potrzeby i narracje ego.

Póki sami nie nadamy cierpieniu wartości, wtedy go nie doświadczymy. Nie wstydźmy się upadąc, nie żałujmy porażek.

1 polubienie