O regulacji emocji: między sobą a innymi ludźmi

W jednym z ostatnich wpisów wspominałem o czymś takim jak zdolność regulowania się - chciałbym temu poświęcić osobny temat, bo kwestia ta jest w mojej ocenie jedną z istotniejszych kompetencji życiowych.

Warto na wstępie zauważyć, że człowiek nie rodzi się zdolny do samoregulacji - rodzimy się zdolni jedynie do regulowania się poprzez drugiego człowieka.

Układ nerwowy dziecka potrzebuje innego, bardziej stabilnego układu nerwowego, żeby się wyciszyć, zsynchronizować i nauczyć, że napięcie da się znieść. I to jest jak najbardziej ok, czysta natura, jest to konieczne i adaptacyjne na wczesnym etapie życia.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ten pierwotny sposób regulacji zostaje z nami na zawsze i jest jedynym dostępnym nam sposobem regulacji.

Każda regulacja relacyjna ma bowiem swoją cenę - uzależnia poziom naszego napięcia od dostępności, nastroju i reakcji drugiego człowieka.

Jeśli do uspokojenia potrzebuję czyjejś aprobaty, czyjegoś potwierdzenia, czyjejś obecności, czyjegoś „wszystko jest w porządku” to mój układ nerwowy uczy się bardzo konkretnej lekcji - „źródło spokoju jest na zewnątrz, nie w moim wnętrzu.”

Regulowanie się wyłącznie przez innych innych ludzi bardzo nas ogranicza, bo działa warunkowo.

Po pierwsze - zawęża nasze pole wyboru. Zaczynamy wybierać nie to, co jest zgodne z nami, ale to, co nie zagraża utracie regulacji. Przestajemy mówić to, co czujemy, bo ktoś się może na nas zdenerwować, możemy wywołać konflikt. Nie stawiamy granic, bo komuś może się to bardzo nie spodobać i może tego nie unieść. Nie podejmujemy jakiejś ważnej dla nas decyzji, bo nasze otoczenie może jej nie zrozumieć i nas “odrzucić”.

W efekcie powyższego wybór staje się funkcją cudzej reakcji.

W relacjach intymnych regulacja relacyjna bywa najsilniejsza, bo dotyka przywiązania.

Przykład nr 1: Jedna osoba w relacji czuje napięcie, złość albo rozczarowanie, ale nie mówi o tym, bo wie, że partner się zamknie w sobie, zdystansuje albo wybuchnie.

Nieświadoma regulacja w przypadku tej osoby wygląda następująco - “jeśli nic nie powiem, napięcie w relacji opadnie.”

Problem w tym, że napięcie nie znika, tylko zostaje przeniesione do wnętrza tej osoby, a ceną jest coraz mniejszy dostęp do własnych emocji, proces decyzyjny podporządkowany jest reakcjom partnera, no i następuje stopniowa utrata sprawczości w relacji.

Po drugie - regulowanie się poprzez innych wzmacnia lęk przed odrzuceniem. Skoro mój spokój, jego źródło jest na zewnątrz mnie i zależy od innych to każdy potencjalny konflikt staje się wręcz zagrożeniem biologicznym, a nie tylko relacyjnym.

Po trzecie - regulowanie się poprzez innych ludzi utrwala nasz wstyd. Wstyd bardzo dobrze współpracuje z regulacją relacyjną - już dziecko zauważa, że jeśli będzie “odpowiednie”, “grzeczne”, gdy nie będzie sprawiać kłopotów i nie będzie pokazywać trudnych emocji to napięcie relacyjne opada,a sama relacja się utrzyma. Ceną takiego postępowania jest stopniowa utrata kontaktu z samym sobą.

I wreszcie po czwarte - taki tryb działania opóźnia rozwój samoregulacji. Jeśli zawsze ktoś reguluje mnie za mnie, mój system nie ma bodźca, żeby nauczyć się regulować sam.

Można to porównać do chodzenia o kulach przez całe życie — mięśnie nie są „słabe”, one po prostu nigdy nie musiały pracować.

Jeszcze dla zobrazowania kilka innych przykładów regulacji poprzez relację:

Przykład nr 2:

Jedna strona relacji czuje lęk lub niepewność i nie jest w stanie znieść jej sama. Zaczyna dzwonić do swojego partnera, pisać, domagać się szybkiej odpowiedzi. Ona w tej sytuacji nie chce kontaktu - chce się po prostu wyregulować. Jeśli partner odpowiada czuje ulgę, jeśli nie to napięcie rośnie i następuje eskalacja. Jako dyżurny “tata” i “mama” w relacjach miewałem tak postępujące partnerki (i nie tylko), nic fajnego :slight_smile:

Przykład nr 3:

Zależność od oceny przełożonego - klasyk. Stan emocjonalny pracownika zależy wtedy od tonu maila, mimiki na spotkaniu, braku lub obecności pochwały.

W takiej sytuacji decyzje zawodowe nie są podejmowane na podstawie kompetencji, strategii, długofalowych celów, ale na podstawie kompletnie nieuświadomionego pytania: “Czy to mi nie zaburzy regulacji?” (innymi słowy - “Czy szef dalej będzie mnie lubił i dobrze mnie oceniał?”).

Efekty łatwo przewidzieć - unikanie ryzyka, nadmierna ugodowość, chroniczne napięcie przy braku jasnych sygnałów.

Przykład 4: tłumienie emocji jako regulacja Mówimy sobie, że musimy się „ogarnąć”, „zacisnąć zęby i zapierdalać”, „nie brać wszystkiego do siebie”.

To również jest forma regulacji, bardzo kosztowna - poprzez odcięcie.

Na krótką metę działa, ale na dłuższą spada kreatywność, rośnie wyczerpanie, ciało zaczyna się buntować i pojawia się somatyzacja.

Jak widać z powyższych przykładów uczyć się samoregulacji jak najbardziej warto - choćby po to, żeby nie być niewolnikiem nastrojów innych ludzi :slight_smile:

Co istotne - samoregulacja nie oznacza samotności.

Samoregulacja jest zdolnością bycia w napięciu i jego znoszenia bez natychmiastowej ucieczki do drugiego człowieka. Jest umiejętnością rozpoznawania swojego stanu, nazywania go i pozostania z nim wystarczająco długo, żeby układ nerwowy mógł się dostroić.

Relacje w takiej sytuacji przestają być protezą i jedynym źródłem regulacji.

Dojrzała regulacja w mojej ocenie powinna być dwutorowa - warto nauczyć się regulować we własnym zakresie i w ramach relacji.

Myślę, że tylko wtedy możemy tworzyć zdrowe relacje, gdy nie potrzebujemy drugiego człowieka, żeby przestać istnieć w napięciu - wtedy relacja staje się wyborem, a nie warunkiem przetrwania.

Jak w praktyce rozwija się samoregulację?

Tak jak napisałem powyżej powstaje ona poprzez mikro-doświadczenia znoszenia napięcia bez natychmiastowej ulgi.

Można tu wyróżnić kilka kluczowych elementów.

Po pierwsze - zgoda na dyskomfort. Pierwszym krokiem nie jest uspokojenie, tylko uznanie, że dane napięcie jest nieprzyjemne, ale nie jest dla nas zagrożeniem. Bez tego każdy impuls będzie wymagał natychmiastowego rozładowania.

Po drugie - opóźnianie reakcji, nie działanie impulsywnie. Nie chodzi o brak jakiekolwiek reakcji, tylko o kilka minut przerwy między impulsem a działaniem. To w tej przerwie właśnie układ nerwowy się uczy, pole wyboru zaczyna się poszerzać. Innymi słowy między bodźcem a reakcją można zainstalować sobie kolejne bodźce i reakcje.

Po trzecie - regulacja poprzez ciało, nie opowieść w głowie. Gdy działa na nas jakiś silny trigger to na wczesnym etapie regulacja poznawcza nie zadziała - jesteśmy zalani przez lęk i działanie kory przedczołowej jest zaburzone. Zadziała natomiast ruch (polecam szybki marszospacer), oddech przeponowy, ugruntowanie. Spokojniejsze ciało to szansa na dużo klarowniejszą perspektywę i narrację w głowie.

Po czwarte - stopniowe poszerzanie tolerancji na napięcie. Dużo powtórzeń, dawkowanie sobie napięcia, uświadomienie sobie, że to doświadczenie przemijalne - jak każde inne.

I już tak na zakończenie - kiedy regulujemy się wyłącznie przez innych ludzi, nasze życie staje się zarządzaniem cudzymi reakcjami.

Kiedy nauczymy się samoregulacji, relacje przestają być warunkiem przetrwania, a zaczynają być naszym wyborem. I to jest jedna z najcichszych, ale najbardziej realnych form wolności.

Bardzo polecam.

2 polubienia

super tekst, regulacja przez innych, szczegolnie ta emocjonalna to troche toksyczne zachowanie, szczegolnie jezeli mowimy z perspektywy mezczyzny w zwiazku. Wtedy kobieta nie jest partnerka, ale przejmuje role matki, a facet jest nadal chlopcem. Samoregulacja to umiejetnosc, ktorej wiekszosc mezczyzn sie nie uczy, albo inaczej, uczy sie spychac problemy emocjonalne do wewnatrz, wypierajac czesc siebie.

tez uwazam, ze zauwazenie jest jednym z najwazniejszych mechanizmow rozbrajajacych, wtedy pojawia sie swiadomosc i impuls do reakcji jest opozniony i pojawia sie przestrzen. Ta reaktywnosc jest wlasnie najtrudniejszym elementem na ktorym trzeba przejac kontrole.

1 polubienie

Miałem o tym napisać w innym wątku, ale skoro już poruszyłeś ten temat… :slight_smile:

Rzeczywistość wygląda tak, że jeśli mężczyzna rozładowuje napięcie emocjonalne (nie mylić z seksualnym) wyłącznie przez partnerkę, potrzebuje jej, żeby się uspokoić, zebrać, poczuć swoją wartość i - najważniejsze - nie ma dostępu do samoregulacji ani innych bliskich relacji to w praktyce robi z niej zewnętrzny układ nerwowy, kontener na swoje emocje i jak to słusznie nazwałeś figurę regulacyjną przypominającą matkę.

Kobieta wtedy czuje, że na jej emocje, na jej osobę nie ma w tej relacji miejsca - musi regulować zarówno siebie, jak i partnera. To jest oczywiście mega obciążające - naturalnym jest to, że będzie się od niego odsuwać, żeby zyskać trochę wytchnienia (na co on oczywiście będzie reagował w sposób lękowy).

I tu pojawia się kluczowe z punktu widzenia większości mężczyzn pytanie - czy w takiej konfiguracji możliwa jest atrakcyjność seksualna?

Według mnie nie. Wydaje się oczywiste, że seksualność wymaga napięcia, różnicy i autonomii. Gdy jedna osoba zaczyna funkcjonować jak rodzic regulujący dziecko, które wysyła mu komunikaty “uspokój mnie, przyjmij mnie, ogarnij mnie” to jej układ nerwowy automatycznie przełącza się z trybu pożądania w tryb opieki i czuwania. Ciało przestaje reagować erotycznie — niezależnie od narzucanej samej sobie narracji, przekonań czy dobrej woli. A seksualność w takiej konfiguracji albo zanika albo staje się mechaniczna, albo wręcz pojawia się poczucie obrzydzenia i winy („coś jest ze mną nie tak, skoro nie chcę”).

I trudno w jakikolwiek sposób mówić w takich przypadkach o „winie” kobiety (chociaż większość facetów dokładnie tak tą sytuację będzie odbierać). Ciało nie negocjuje argumentów ani empatii. Jeśli ktoś jest stale zależny emocjonalnie i niezdolny do bycia z napięciem sam to siłą rzeczy nie generuje erotycznej obecności — i nie ma znaczenia to, że może być przy tym dobrym, czułym i ciepłym, ogólnie kochanym człowiekiem. W takiej relacji może istnieć coś na kształt miłości, może istnieć więź, ale z pożądaniem ze strony kobiety praktycznie zawsze będzie problem - i ona w większości przypadków nawet nie będzie w stanie go zaadresować, będzie czuć się winna i wybrakowana.

Warto też podkreślić coś bardzo ważnego - to nie emocje i wrażliwość obniżają atrakcyjność, tylko brak separacji.

Mężczyzna może jak najbardziej być emocjonalnie otwarty, mówiący o lękach, przeżywający trudne stany pod warunkiem, że nie przerzuca odpowiedzialności za regulację na partnerkę, potrafi pobyć z napięciem sam oraz ma inne źródła wsparcia (przyjaciele, terapia, ciało, ruch, refleksyjność, medytacja). To właśnie ta jego zdolność tworzy fundamentalne poczucie u kobiety, odpowiadające za pożądanie - „on mnie nie potrzebuje, żeby istnieć, ale mnie wybiera, chce mnie”. A to akurat jest zajebiście atrakcyjne dla kobiet.

Każdy związek można pod tym względem “uzdrowić” - i w takich przypadkach skuteczne będą nie rozmowy o potrzebach, jakieś wyszukane techniki komunikacji (pożądanie jest nienegocjowalne!), a oddzielenie regulacyjne, odzyskanie własnego układu nerwowego i nauczenie się tolerowania frustracji i napięcia bez natychmiastowego rozładowywania ich w partnerce. Dopiero wtedy wraca różnica, napięcie i możliwość relacji dorosły–dorosły.

Tak to widzę - ale wiem, że w manosferze to niepopularny pogląd, bo kto by chciał popatrzeć na siebie, lepiej obwiniać za wszystko te wstrętne baby :wink:

1 polubienie