W wielu męskich dyskusjach, zwłaszcza tych o relacjach, powraca ten sam schemat: ona – toksyczna, roszczeniowa, niszcząca z premedytacją; on – dobry, spokojny, skrzywdzony, biedny chłopak, “wciągnięty” w coś, czego przecież w ogóle nie chciał.
To narracja, która na pierwszy rzut oka wygląda jak obrona mężczyzn. Problem w tym, że w dłuższej perspektywie odnośni ona zupełnie odwrotny skutek.
Archetyp “złej kobiety” w żaden sposób nie wzmacnia mężczyzn, a przeokrutnie ich infantylizuje.
Zwróćcie uwagę - jeśli za każdym razem, gdy relacja się nie udaje, tłumaczymy to wyłącznie tym, że dany facet był ze „złą kobietą” to mimowolnie odbieramy danemu mężczyźnie sprawczość. Robimy z niego kogoś, kto nie miał wyboru, nie widział sygnałów, nie mógł odejść, nie mógł postawić granic. Kogoś, komu życie się po prostu “przydarzyło”. Jest to więc typowa narracja bezradności, jedynie opakowana w gniew.
Nie chodzi mi przy tym o to, by się biczować lub przyjmować całą “winę” (ogólnie radzę wyrzucić to słowo ze swojego osobistego słownika - no chyba, że jesteście prawnikiem zajmującym się prawem karnym
) na siebie. Nikt nie rodzi się specjalistą od relacji i nie wybiera swoich uwarunkowań czy stylu przywiązania. Odpowiedzialność polega na uznaniu prostego faktu - trwanie w relacji też jest wyborem. Brak decyzji też jest decyzją. Bierność też jest formą działania, jedynie odłożoną w czasie.
W związkach trwających latami rzadko mamy do czynienia z czystym katem i czystą ofiarą. Zdecydowanie częściej mamy do czynienia z dwiema osobami, które z różnych powodów weszły w niewygodną dynamikę i ją współtworzyły. Jedna mogła dominować, druga się wycofywać. Jedna kontrolować, druga oddawać ster. Konfiguracje są tu bardzo różne. Ale to nadal jest układ, który trwa, bo obie strony – świadomie lub nie – coś z niego czerpią, mają w tym swoją korzyść.
Narracja „złej kobiety” jest kusząca, bo daje ulgę. Zdejmuje z nas konieczność zadania sobie trudniejszych pytań: – Dlaczego nie odszedłem, skoro było mi źle? – Dlaczego zgadzałem się na rzeczy, które mnie niszczyły? – Dlaczego oddałem odpowiedzialność za swoje życie komuś innemu?
Tyle, że zdania sobie bez tych pytań nie ma rozwoju - z czasem jedynie nastąpi zmiana obiektu “winy”, kolejnej “złej kobiety”.
Co gorsza, taka narracja często prowadzi do paradoksu - im bardziej podkreślamy, że mężczyzna był „ofiarą”, tym bardziej utrwalamy obraz mężczyzny słabego, zależnego, niezdolnego do samodzielnych decyzji. Przecież to dokładne przeciwieństwo tego, czego większość mężczyzn realnie chce – poczucia wpływu, godności i autonomii.
Zdrowsza perspektywa nie polega na tym, żeby przestać widzieć przemoc, manipulację czy toksyczność, a na tym, żeby nie budować męskiej tożsamości wyłącznie wokół bycia skrzywdzonym - bo skrzywdzony człowiek może odzyskać podmiotowość tylko wtedy, gdy uzna, że jednak ma wpływ na swoje dalsze wybory.
Branie odpowiedzialności za własne życie to akt odzyskania steru, moment, w którym przestajemy pytać wyłącznie „kto mi to zrobił?”, a zaczynamy pytać „co ja zrobię dalej, żeby już w tym nie tkwić?” lub/i “co muszę zrobić, żeby nigdy więcej nie znaleźć się w takiej relacji?”. Dopiero z tego miejsca można budować coś nowego – relacje, granice, męskość, która nie potrzebuje ani wroga w postaci „złej kobiety”, ani alibi w postaci bycia wieczną ofiarą.