Zamieściłem dzisiaj wpis o samoregulacji jako istotnej życiowej kompetencji, bardzo poprawiającej nasze codzienne funkcjonowanie i relacje z ludźmi. Warto jednak omówić jedną związaną z tym pułapkę.
W samorozwojowym światku sporo mówi się o kontroli reakcji, uważności, medytacji, pracy nad sobą, „braniu odpowiedzialności za swoje emocje”. I do pewnego momentu ma to bardzo duży sens - pytanie jednak brzmi czy można z tym przegiąć?
No ba, jeszcze jak - jak ze wszystkim.
Problem zaczyna się wtedy, gdy z tej idei robi się wymóg bycia całkowicie samowystarczalnym emocjonalnie - jakby dojrzałość emocjonalna polegała na tym, że człowiek zawsze powinien poradzić sobie sam, w ciszy, w skupieniu, bez obciążania innych.
Nie jest to jednak zgodne z tym, jak działa ludzki układ nerwowy.
Jak wspomniałem już w swoim poprzednim wpisie człowiek nie uczy się regulować emocji w izolacji, a w relacji - najpierw jako dziecko poprzez kontakt z dorosłym, który jest spokojniejszy, obecny, przewidywalny. Dopiero później, stopniowo, internalizuje tę zdolność i zaczyna regulować się sam, ale to „sam” nigdy nie oznacza, że w zupełnym oderwaniu od ludzi.
Są bowiem stany, w których samoregulacja działa wyśmienicie - lekki stres, codzienne napięcie, zmęczenie, które da się przespać czy emocje, które mieszczą się w „oknie tolerancji”.
Są też jednak takie stany, w których samoregulacja przestaje być dostępna: silne przeciążenie, panika, wstyd, kompulsje, poczucie bycia „nie na miejscu”, momenty, gdy ciało jest już w trybie alarmowym.
W takich stanach próba „usiądź, oddychaj, obserwuj” często kończy się jeszcze większą frustracją (wie to każdy, kto próbował w takich momentach medytować) - system jest w takich sytuacjach już poza zasięgiem narzędzi indywidualnych.
I w takich momentach wjeżdża coś, o czym mówi się mało lub wręcz wcale w samorozwojowym światku mającym bzika na punkcie samowystarczalności i niezależności emocjonalnej: ko-regulacja emocjonalna.
To moment, w którym drugi człowiek — swoją obecnością, głosem, tempem, normalnością — pomaga cudzemu, rozedrganemu układowi nerwowemu wrócić do równowagi. Nie chodzi tu o dawanie rad, przesadne analizowanie czy rozmowy o “problemie”. Czasem wystarczy pogadać z kimś o niczym, przejść się razem, wypić wspólnie herbatę, zjeść razem obiad, być obok - w przestrzeni, gdzie nie trzeba się “ogarniać”.
I nie jest to żadna nasza porażka, a zwyczajnie korzystanie z mechanizmu, który mamy wbudowany jako gatunek.
Dopiero po takim uspokojeniu wraca myślenie, poczucie sensu, zdolność do refleksji i można wdrożyć takie narzędzia jak medytacja czy analiza.
Odwracanie tej kolejności (najpierw „zrozum”, potem „uspokój się”), szczególnie, gdy mamy wyłączoną korę przedczołową bardzo często kończy się ucieczką, wybuchem albo kompulsją.
Nie w każdym stanie trzeba próbować być samemu i go znieść. Dojrzałość emocjonalna to nie brak potrzeby innych ludzi, a umiejętność rozpoznania, kiedy jestem w stanie wyregulować się sam, a kiedy potrzebuję kogoś obok — i nie robienia z tego powodu wstydu.
Polecam tą perspektywę.