Kto w związkach był i bywał – a nie jest bocianem (bo te podobno tworzą więzi na całe życie) – doświadczył i rozstania, bądź też może się zawsze liczyć z takowym.
I nie, nie chodzi mi tu o powielanie frazesu „ona nie jest twoja, jest tylko twoja kolej”. Wiele przykładów wskazuje, że możliwe i szczęśliwe są związki na całe życie, albo na jego większą część. Ile do tego trzeba określonych składników, to inna sprawa i w dużej mierze losowa, ale sprawa jest możliwa i nawet chwalona przez partycypantów.
Typowo jednak wiele związków romantycznych się rozpada. Z punktu widzenia mężczyzny – czy w zasadzie każdej płci i tak - nie ma problemu, jeśli ten fakt witamy z radością i ulgą. (I, na marginesie – jeśli te odczucia są stałe. Często bowiem w dynamice rozstań jest tak, że pierwsze uczucia są nader pozytywne, wręcz euforyczne, a potem następuje zjazd, o czym niżej). Uprzedzając trochę to, co napiszę niżej, można już do tego, co wyżej dodać: typowo jednak wiele związków się rozpada – i dobrze! Bo przecież jeśli się rozpadły, to widocznie siły zwierające je były, czy okazały się być, słabsze od sił odśrodkowych. I należy taki związek traktować jako nową szansę, możliwość nowych doświadczeń czy nawet przywrócenie stanu, do którego się przecież, świadomie lub nie, dążyło.
Z punktu widzenia mężczyzny występuje kilka możliwych zachodzących odczuć i wrażeń.
Z góry odrzucam kolejny manosferowy frazes powtarzający, jakoby na Ziemi około połowę populacji, czyli na dzień dzisiejszy około 4 miliardów ludzi, stanowiły kobiety, więc nie ma się czym martwić. Innymi słowy, jest to rozciągnięte ad absurdum „tego kwiatu jest pół światu”. Jest to pustosłowie, bo przecież żaden z nas nie liczy się chyba realnie z możliwością natychmiastowego związania się z 70-letnią Sudanką w miejsce ekspartnerki.
Nie ma zatem sensu wypierać odczucia straty czegoś wyjątkowego - choćby i dlatego, że przecież opiera się ono zapewne na solidnym doświadczeniu! Jeśli związek był długi, obfitował w ciekawe przeżycia, uniesienia, piękne momenty i chwile, gdy był realnie podziwiany przez was samych i z zewnątrz, gdy odnosiło się wrażenie jednej duszy w dwóch ciałach – to na pewno działo się coś nietuzinkowego. Co więcej – nawet jednostkowego i być może już nigdy nie do powtórzenia (sic!), bo ludzie są różni i nie ma żadnej gwarancji, że tego rodzaju przeżycia da się odwzorować z inną kobietą.
Jednak nawet to, że ekspartnerka była wyjątkowa nie powoduje per se, że rozstanie z nią to koniec świata! Mogła być wyjątkowa in plus (i super!), ale i zarazem były przecież kwestie, w których już tak dobrze razem wam nie było. Rozważając i doceniając wyjątkowość pomyśl i rozważ też te okazje, myśli, kiedy nie czułeś jednak, że we wszystkim jest tak idealnie. Przypomnij sobie może i te chwile, gdy – wobec postępującej habituacji – myślałeś o tym, że nawet i miałbyś lepsze pomysły na spędzenie czasu niż akurat z partnerką. Wreszcie pomyśl o przyszłości - czy widzisz ten związek w takich samych superlatywach trwający jeszcze miesiące, rok, dwa, pięć? Może już sam widziałeś zaczątki czegoś złego, zjawiska niepożądane? W takim razie rozstanie tylko przecięło ziszczenie się złej przyszłości i tak je należy odbierać.
Może być i tak, że obok wyjątkowości in plus, była też pewna wyjątkowość in minus. Obok zauważania zatem czynników, które przemawiałyby za trwaniem związku (twojej korzyści, przyjemności z tego), rozważ czy nie było i tych, które już zaczęły lub zaczęłyby i tak czynić ten związek nieznośnym, szkodliwym czy w inny sposób przykrym do utrzymania. Innymi słowy nie ma potrzeby oczerniania, sztucznego wypierania zalet ekspartnerki, ale warto jednocześnie przypomnieć sobie i to, w czym ten związek nie zdawał egzaminu i czym pachniał - i już niekoniecznie fiołkami – na przyszłość.
Jeśli po rozstaniu utrzymuje ci się gonitwa myśli, polecam uważność i skupienie się. W wypadkach ekstremalnych, można obserwować otoczenie i koncentrować się na widzianych obrazach i odczuciach: drzewo, liść, pogoda, uczucie ciepła słonecznego na skórze. Chodzi o to, by myśli nie były ciągle zajęte jednym – i raczej jałowym – tematem. Cóż ci bowiem z rozpatrywania przeszłości? Nic, bo przeszłość jest niezmienialna. Jeśli myślisz, myśl konstruktywnie. Unikaj zwłaszcza użalania się, złorzeczenia, pomstowania, rozpamiętywania określonych momentów. Przeszłości nie zmienisz – możesz za to zmienić przyszłość. Jeśli zatem myślisz o tym co zaszło – myśl tylko konstruktywnie.
Można zarazem rozstanie i niejaką przeżywaną frustrację przekierować na zwiększenie aktywności w nowej dziedzinie (nauka nowej umiejętności, ulepszenie zaniedbanego aspektu życia). Satysfakcja z tego może zupełnie przesłonić uczucie straty i niezadowolenia z przeszłego związku. Oczywiście ciśnie się tu na myśl jeszcze jedna spotykana myśl – że polepszenie swojego życia stanowić może najlepszą zemstę czy innego rodzaju retorsję na eks. Tylko – czy naprawdę potrzebujesz tej zemsty? Odczuwana chęć zemsty powoduje właśnie napędzającą się gonitwę myśli, działanie prawie maniakalne. Lepszą propozycją będzie wykorzystanie myśli o eks tylko co najwyżej w taki sposób, żeby zauważyć: do czego okazję dało mi to rozstanie? Jak mogę wykorzystać to, że mam życie wolne od eks? Może były aktywności, które chciałeś podjąć, a przeszkadzał ci w tym związek? Teraz jest czas na to. Na marginesie – jeśli szukamy ładnych bon motów, to już lepiej sobie przyjąć za motto to, że najlepszą zemstą nad eks jest odczuwanie braku potrzeby zemsty. Szczerze mówiąc, na poparcie tego niejedno dałoby się powiedzieć, bo obojętność boli kobiety o wiele bardziej, niż nienawiść. Tylko, znów – po kiego grzyba ci ten ból eks? Ani to użyteczne, ani potrzebne, bo niewiele w twoim życiu się od tego zmieni. To nie aminokwasy, na tym nic dla siebie wartościowego nie zbudujesz.
Może też i rozstanie potraktuj jako element drogi do prawdy. Prawda ma moc wyzwalającą – choćby i nie było to miłe. Może ten związek od dawna był skazany na niepowodzenie? Może ty sam już o tym wiedziałeś, odwlekając rozstanie ze strachu lub wiedziony konwenansami? Może partnerka od dawna cię już nie kochała, nie szanowała, nie uważała, że jest z najlepszym partnerem z możliwych dla siebie? (brak dwóch ostatnich odczuć to najwięksi zabójcy relacji w stosunku kobiet do nas). Jeśli tak, to rozstanie dało ci niezaprzeczalną wartość i korzyść: wolność, iluminację, doświadczenie prawdy. Wykorzystaj to.
Rada czy uwaga techniczna: uważam, że dobrze jest, zwłaszcza po poważnych i głęboko przeżywanych związkach, pozbyć się przypominajek i reliktów związku. Wykasować zdjęcia, pozbyć się przedmiotów, nawet dokonać pewnego przetasowania towarzyskiego. Co było, to było, pamięć przechowa to co wartościowe a o resztę nie ma się co martwić. Tuż po rozstaniu zdjęcia i inne artefakty mogą aktywizować jałowe babranie się w przeszłości o skutku na przyszłość zerowym.
Zostaje też często powtarzana kwestia pocieszania się, że to nie twoja wina (bo my jesteśmy zawsze najlepsi, śmieci wyniosły się same etc.). Jest to kolejny manosferowy ogólnik służący dobremu samopoczuciu a w rzeczywistości – utwierdzający w samozadowoleniu i rozgrzeszeniu. Tymczasem taka postawa przeczy możliwości samoulepszenia. Zamiast tego proponuję rozważną analizę: czy aby w tym związku byłem taki, jaki mogłem być? Czy coś we mnie samym przyczyniło się do pogorszenia tej relacji? A rozważania te niech nie służą samobiczowaniu, ale niech będą przyczynkiem do zmiany. W ten sposób dawny związek – w którym przecież kiedyś było i dobrze, i fajnie – nawet po swoim końcu może procentować na naszym życiu na przyszłość, z nowymi partnerkami.
Nic nie kończy się przecież tu i teraz. The end is the beginning. Skoro się coś skończyło, to skończyć się widocznie miało (i wcześniej czy później to zobaczysz) – co więcej, może czekać cię wiele kolejnych pięknych chwil, doświadczeń, związków właśnie dzięki temu, że: po pierwsze, ten związek się skończył, po drugie: wyniosłeś wiele dobrego z tego końca. Myślę, że warto też sobie uświadamiać truizm, że żadne ekstremum – ani w radości, ani w smutku – nie trwa wiecznie. Przypomnij sobie, ile razy myślałeś, że to już koniec, że tak będzie zawsze, że nigdy nie będzie inaczej etc. I co, sprawdziło się? No właśnie, panta rhei. Dlaczego zatem i tym razem miałoby być inaczej?
Tematu nie uważam za wyczerpany.
