Siedzenie w fotelu naprzeciwko obcej osoby i opowiadanie o tym, że ojciec za mało nas chwalił, to dla większości facetów rozrywka równie kusząca co dobrowolne dłubanie w kanale zębowym. To nie jest kwestia braku odwagi, a instynktowna niechęć do rytuałów, które niczego nie budują. Bo co tam właściwie powstaje? Słowa. Mięlenie tych samych zgłosek za trzysta złotych, kiedy świat na zewnątrz wymaga betonu, stali i wyników w arkuszu.
Strach przed bezużytecznością
Poczucie słabości to nie jest konstrukt społeczny wymyślony przez patriarchat, a realny strach przed utratą użyteczności. Mężczyzna, który nie działa, przestaje istnieć w oczach “plemienia”. Terapia to przecież czysty bezruch. Skupienie na emocjach, których nikt nas nie uczył nazywać, przypomina próbę obsługi skomplikowanej maszyny za pomocą instrukcji napisanej w języku elfów. Bagatelizujemy to, bo to jedyna dostępna nam strategia obronna. Jeśli uznam, że smutek jest realny, będę musiał go ugościć, a na to nie mam miejsca w swoim grafiku.
Niektórzy mówią o braku efektów, o tych wszystkich nieudanych podejściach, gdzie terapeuta kiwał głową i pytał, jak się z tym czujemy. To nie pomaga poczuć się lepiej, to tylko pogłębia irytację.
Chociaż czasem faktycznie lepiej wyłączyć router, bo Internet stał się ściekiem, w którym męska frustracja kisi się we własnym sosie, tworząc potwory. Potem pojawia się myśl, prosta i brutalna jak cios w zęby, że te trzysta złotych lepiej wydać na godzinę z prostytutką albo odłożyć na nowy nos, na przeszczep włosów w Turcji. To przynajmniej jest konkret. Ciało da się naprawić, można je kupić, można je poddać skalpelowi. To jest mierzalne. Kupujesz usługę, dostajesz towar, sprawa zamknięta.
Konkrety kontra emocje, ciało zawsze wygrywa
W tym całym bagnie braku zaufania do systemu, który wydaje się skrojony pod kobiecą wrażliwość, mężczyzna zostaje sam ze swoją kalkulacją. Czy wolę zaryzykować kolejną sesję, która nic nie da, czy wolę zainwestować w fasadę, która pozwoli mi przetrwać kolejny rok w świecie, gdzie liczy się tylko to, co widać? Wybieramy fasadę, bo jest twardsza od nas. Szukanie pomocy to dla wielu przyznanie się do błędu w oprogramowaniu, którego nie da się naprawić zwykłą aktualizacją. Zostaje tylko zgrzytanie zębami i nadzieja, że mechanizm nie rozsypie się przed czasem. Albo i nie. Może po prostu wygodniej jest uznać, że psychika to luksus dla tych, którzy nie muszą dźwigać.
Cały ten opór, to krążenie wokół gabinetu jak wokół gniazda czerwonych mrówek, bierze się z prostej obawy, że trafimy na kogoś, kto nas nie zrozumie. Sporo terapeutów operuje językiem, który brzmi jak wyrzut sumienia, a przecież tu nie chodzi o to, żeby usłyszeć kolejną lekcję o byciu lepszym człowiekiem. Kluczem jest znalezienie kogoś, kto nie przestraszy się zapachu potu i starej zbroi. Facet potrzebuje kogoś, przy kim nie musi udawać, że panuje nad sytuacją. To musi być relacja niemal nieludzka w swojej szczerości.
Intymność, o którą ciężko w małżeństwie
Czasem dochodzi do paradoksu, którego boimy się najbardziej. W tym sterylnym pokoju, za zamkniętymi drzwiami, mężczyzna musi być bardziej intymny niż we własnej sypialni. Partnerka życiowa, choćby najmilsza, zawsze jest częścią frontu, widzi nas w roli ojca, żywiciela, kochanka. Przed nią strach przed pokazaniem miękkiego brzucha jest instynktowny, bo ona na tym brzuchu opiera swoje bezpieczeństwo. Terapeuta to co innego. To jedyna osoba, której można pokazać rany, nie bojąc się, że stracimy w jej oczach status lidera. Jeśli nie poczujesz tej specyficznej swobody, jeśli nie zaryzykujesz tego emocjonalnego obnażenia, to faktycznie, lepiej iść do chirurga plastycznego. Przynajmniej efekt będzie widoczny w lustrze, a nie tylko w poczuciu zmarnowanego czasu.
To jest transakcja wysokiego ryzyka. Powierzenie obcemu mapy swoich największych klęsk wydaje się biologicznie błędne, sprzeczne z kodem, który nakazuje nam trzymać gardę wysoko, zwłaszcza gdy grunt usuwa się spod nóg. Żona czy partnerka to codzienność, wspólne kredyty i plany na wakacje, tam prawda bywa zbyt ciężka, mogłaby zawalić cały ten misternie budowany dom, niczym wiatr domek z kart. Dlatego paradoksalnie łatwiej wykrzyczeć ból komuś, kogo nazwisko widzimy tylko na tabliczce przy domofonie.To jednak wymaga zaufania, które u faceta nie bierze się z powietrza ani z dyplomu na ścianie.
Jeśli ten człowiek w fotelu nie nadaje na twoich falach, jeśli czujesz od niego tę specyficzną, wyższościową empatię, to nigdy nie zdejmiesz blachy. Będziesz siedział tam jak na przesłuchaniu, cedząc słowa, pilnując, żeby przypadkiem nie pękło coś, czego nie da się już posklejać. Intymność z terapeutą jest dziwna, jednostronna i surowa, pozbawiona czułości, którą znamy z bliskich relacji. Trochę jak intymność sekcji zwłok wykonywanej na żywym organizmie. Jeśli nie znajdziesz kogoś, kto potrafi trzymać skalpel pewną ręką i nie odwraca wzroku, gdy tryska krew, zostaniesz z tym wszystkim sam, jeszcze bardziej przekonany, że świat nie ma dla ciebie żadnych odpowiedzi.
Płacić, nie ufać
Właśnie dlatego tak wielu z facetów woli zostać w toksycznych social mediach, wspomnianych wcześniej prostytutkach albo opercjach plastycznych. Tam zasady są jasne, płacisz i masz, nikt nie zagląda ci pod żebra i nie pyta o to, co tam gnije od lat. Zaufanie do terapeuty to skok wiary, na który stać niewielu, zwłaszcza gdy jedyne, co dotychczas dostawaliśmy od losu, to nauczka, że nikomu ne można zaufać do końca.
To wszystko błędy poznawcze
Błąd leży w naszych koślawych oczekiwaniach. Szukamy cudotwórcy, a potrzebujemy rzemieślnika, który nie będzie się bał ubrudzić rąk naszym brudem. Dobrze dobrany człowiek po drugiej stronie nie sprawi, że świat nagle stanie się różowy, ale może sprawić, że przestaniemy się potykać o własne nogi na prostej drodze. Wszystkie te opowieści o braku skuteczności to zazwyczaj efekt trafienia na kogoś, kto operuje martwą teorią zamiast życiem. Gdy jednak mechanizm zaskoczy, gdy trafisz na kogoś, kto widzi w tobie człowieka, a nie tylko kolejną jednostkę chorobową w grafiku, ten cały mityczny dobrostan przestaje być pustym hasłem z poradników. Staje się twardym fundamentem. Można w końcu postawić na nim coś trwałego, zamiast w kółko łatać dziury alkoholem, darmowym porno czy nową fasadą. Czas przestać mylić ten proces z jakąś formą mistycznej spowiedzi i zacząć go traktować jak konkretną robotę do wykonania. Bo jeśli nie naprawisz fundamentów, to żaden przeszczep włosów nie uratuje budynku, który już trzeszczy w posadach.
Tekst napisany pod wpływem wielu toksycznych wiadomości przeczytanych w internecie na temat niezrozumienia wartości psychoterapi z punktu widzenia męzczyzny i obaw utraty tożsamości, często narzuconej niż zbudowanej na solidnych fundamentach.
