Cześć.
Uznałem, że czas na update, bo ostatnio tracę grunt pod nogami. Mija dokładnie miesiąc od naszej rozmowy, w której daliśmy sobie z żoną trzydzieści dni na przetrawienie wstępnej decyzji o rozstaniu. Po ciężkim początku, kolejne tygodnie były zaskakująco spokojne. Towarzyszyło mi głębokie przekonanie, że to właściwa droga i że rozstanie okaże się dobrą decyzją dla nas obojga. Niestety, ostatnie dwa lub trzy dni to dla mnie mocny zjazd psychiczny i wielki powrót wątpliwości.
Ostatni czas poświęciłem na analizę tego, co w naszej relacji nie grało, i dokopałem się do sprawy, którą przez półtora roku głęboko w sobie dusiłem. Chodzi o jej relację z pewnym facetem z pracy, który wtedy jeszcze tam pracował. Te osiemnaście miesięcy temu uniosłem się dumą, schowałem urazy do kieszeni i udawałem, że mnie to zbytnio nie rusza. Pamiętam, że sygnalizowałem jedynie, że nie podoba mi się, że ona mu się podoba. Ustaliliśmy to wspólnie, gdy wypytałem ją o zachowanie tego faceta na ich spotkaniach. Kiedy żona wprost zapytała, czy ma tę relację zakończyć, odpowiedziałem, że nie zamierzam jej niczego narzucać ani mówić, jak ma postępować, bo jest dorosła i sama podejmuje decyzje. Temat niby się urwał, choć spotkali się potem jeszcze raz czy dwa, żeby omówić wspólny projekt.
Dopiero wczoraj, odkąd mam lepszy kontakt ze sobą i zacząłem nazywać swoje emocje, uznałem, że muszę o tym głośno powiedzieć. Wyłożyłem jej, że mnie to bolało. Wiedziałem, że podobała się temu facetowi, a ona, mając tę wiedzę, mimo wszystko nie ograniczała warunków sprzyjających temu, żeby coś mogło się przez przypadek wydarzyć. Wiem, że to miłe mieć adoratora szczerze zainteresowanego sobą, ale zacząłem się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim byłem ja. Żona była w totalnym szoku, że dusiłem ten żal w sobie przez ponad półtora roku. Ja z kolei widzę, że po prostu przestałem się bać mówić o tym, co czuję.
W międzyczasie zaliczyłem ultramaraton rowerowy po górach, czyli ponad 460 km samotnej, morderczej walki na trasie przez trzy dni. Kto startuje, ten wie, że po takim wycieńczeniu człowiek wraca do domu z dużą potrzebą bliskości. Gdy wszedłem do mieszkania, zadziałał automatyzm. Po prostu się przytuliliśmy i to przez dłuższą chwilę. Było to na tyle miłe, że kolejnego poranka przełamałem chłód i przytuliłem się do niej w łóżku. Nie wiem, czy to w pełni odwzajemniła, ale zareagowała pozytywnie.
I od tego momentu pojawiło się coś, czego się obawiałem w kontekście chwilowego zbliżenia. Znów zacząłem patrzeć na żonę z uczuciem. Kiedy widzę rano, jak się ubiera i zakłada seksowną bieliznę, uderza mnie poczucie tego, co mogę stracić. Ona fizycznie nadal mnie pociąga, lubię na nią patrzeć i chciałbym jej bliskości, bo to wszystko we mnie nie zniknęło.
Jeżeli chodzi o naszą codzienność, to jesteśmy wobec siebie uprzejmi. Żona robi mi śniadanie, ja w tym czasie wychodzę z psami, pytamy siebie nawzajem, jak nam minął dzień, ale mimo tej całej poprawności nadal często pojawia się między nami cisza i takie dojmujące poczucie, że nie ma już między nami innych tematów, które moglibyśmy poruszyć.
Ten wysyp emocji potęguje też lęk przed utratą domu, w który włożyłem masę własnej, ciężkiej pracy. Oczywiście rozwiążemy tę kwestię ugodowo i sprawiedliwie. Jeśli dom zostanie w jej rękach, ona mnie spłaci, a ja wezmę uczciwą kwotę, żeby mieć zaplecze finansowe na ułożenie sobie życia. Ale sam fakt straty tego miejsca boli. Do tego dochodzi świadomość, że rozstanie będzie dla mnie trudne pod kątem finansowym. Życie w pojedynkę, kupno nowego mieszkania i jednoczesne utrzymanie się będzie ciężkie przez minimum półtora roku, głównie przez zobowiązanie w postaci samochodu. Wzięliśmy go w leasing w ramach wspólnej decyzji, że potrzebuję auta, ale ponieważ mam działalność gospodarczą, pojazd jest na mnie i naturalnie to na mnie zostaje to obciążenie. Żeby to wszystko poukładać, wolę zakładać czarny scenariusz, w którym moje zarobki będą związane wyłącznie z podstawowym wynagrodzeniem, co historycznie rzadko się zdarzało, ale wolę być realistą. To oznacza, że będę musiał mocno zaciągnąć hamulec ręczny i drastycznie ograniczyć swoje pasje, wyjazdy i starty w zawodach, bo to przecież kosztuje.
Kolejny temat, równie bolesny co rozstanie z żoną, to psy. Każdy poranek spędzony z nimi na wspólnym spacerze sprawia mi ogromną przyjemność i gdy myślę o rozdzieleniu ich, to po prostu chce mi się ryczeć. Oczywiście pocieszeniem jest to, że wezmę jednego ze sobą, ale ból po utracie drugiego i świadomość, że rozbijam im stado, cały czas we mnie będzie.
Niedawno mieliśmy też rozmowę, w której żona dopytywała mnie o realne koszty utrzymania domu, bo musi wiedzieć, na co ma się szykować. Nasza dyskusja płynnie przeszła na to, jakie w ogóle mamy wstępne plany. Przedstawiłem jej wszystko, mówiąc, że będę potrzebował kupić mieszkanie i potrzebuję stabilizacji. Żona była do tego stopnia zaskoczona, że mam to już w głowie tak poukładane, że aż uroniła kilka łez. Uświadomiła sobie, że w ogóle nie jest na to przygotowana. Zaczęła wtedy mówić o swoich wątpliwościach i rzuciła pytanie, czy nie będziemy tego żałować. Dała mi do zrozumienia, że w przeciwieństwie do mnie nie jest jeszcze w ogóle oswojona z tą decyzją i znów wspominała, że przecież inne pary też tak mają i mierzą się z takimi problemami. Do teraz się zastanawiam, z czym to wszystko było związane, czy w końcu dotarło do niej, że to rozstanie jest realne, czy chodziło wyłącznie o praktyczne aspekty, czyli utratę bezpieczeństwa i stabilizacji.
I tak jak przez, przez ostatnie dwa tygodnie czułem bardzo duży spokój i przekonanie, że to jest właściwa decyzja, tak teraz, im bliżej końca, czuję coraz większy niepokój. Przez to wszystko zaczynam kwestionować swój wybór i te wszystkie rzeczy, które mi w relacji nie pasowały. Moja głowa zaczyna mnie oszukiwać i odpalać myśli, że może trochę wyolbrzymiam, że może to ze mną jest jakiś problem i że mam po prostu za dużo oczekiwań. Jest mi z tym cholernie trudno.
Jak na to patrzycie z boku? Czy to jest ten klasyczny, paniczny lęk przed wyjściem ze strefy komfortu tuż przed skokiem na głęboką wodę, czy faktycznie na sam koniec gdzieś pękam i zaczynam przekombinowywać?