To będzie nieco dłuższe przywitanie

Silne emocje pojawią się tak czy inaczej. Ja się rozwodziłem już bez emocji po podziale majątku, który zrobiliśmy wcześniej (można tak zrobić). Przyznam, że dzień formalnego odzyskania wolności wspominam jako jeden z najpiękniejszych w życiu, prawdziwa euforia. Emocje pojawiły się później na etapie układania sobie życia powtórnie. Mnie się wtedy udało a jej nie. Wtedy zapragnęła mnie sponiewierać. Ot taka chora chęć zemsty.

W obecnym związku mam już zapowiedziane, że emocje będą, bo w razie czego ona będzie działać w interesie dzieci co oznacza, że nie będzie podziału po połowie. Widocznie samozwańcze przypisanie sobie roli orędowniczki interesów dzieci ją do tego uprawnia :grinning_face: .

A poważnie. Terapeutka zaleca napisać sobie najgorszy możliwy scenariusz rozwoju wydarzeń jaki sobie wyobrażamy i zacząć go przepracowywać. Zamierzam się za to zabrać ale jeszcze nie mam weny.

Jestem do tego stopnia zadaniowy, że nawet nasze już mocno upadłe relacje traktuję jako wyzwanie. W różnych sytuacjach dnia codziennego pokazuję delikatnie pewne utrwalone i smutne asymetrie w naszym podejściu do siebie nawzajem.

Po prostu związek się wypalił. Bez czyjejkolwiek winy.

To jest jak rozumiem jedyny długi związek w Twoim życiu - więc wcześniej nie miałeś okazji doświadczyć wypalenia.

Wydaje mi się, że rozumiem dlaczego napisałeś, że “najgorsze” w tym wszystkim jest to, że w zasadzie nic złego sobie nie zrobiliście… Miałem kiedyś wypalenie (w zwyczajnym związku, nie w małżeństwie) i miałem dosłownie identyczne myśli.

W moim przypadku straciłem jednostronnie zainteresowanie dziewczyną - bez żadnej winy z jej strony. I czułem się z tym dziwnie, niewygodnie, beznadziejnie, etc. Ta sama kobieta, tak samo atrakcyjna i fajna jak wcześniej…ale ja już nie czułem do niej tego samego. Było to dla mnie dziwnie nieprzyjemne, niszczące - czułem się trochę tak, jakbym został z czegoś okradziony, miałem poczucie “to nie powinno tak wyglądać!”.

I wtedy miałem takie myśli, że przecież ona nic złego nie zrobiła - i że to jest gorsze niż gdyby zrobiła coś złego - bo wtedy miałbym jakieś uzasadnienie, realny powód, etc. A tak tkwiłem w niszczącym “zawieszeniu”, w “beznadziejnej pustce”. Wtedy nauczyłem się, że wypalenie się związku potrafi wytwarzać naprawdę nieprzyjemne, męczące, niszczące klimaty.

Też to miałem. Zastanawiałem się jak wrócić do “starych dobrych czasów”, do tych emocji które czułem do niej wcześniej.

1 polubienie

W kontekście mojego związku dosyć krótko, ostatnio porozmawialiśmy chwilę o tym, jak odbieramy naszą aktualną relację i mimo, że nie była to łatwa rozmowa, to poczułem ulgę. Oboje czujemy podobnie, ale jednocześnie podchodzimy do tego z dystansem, nie potrafiąc jeszcze wszystkiego nazwać i określić co będzie dla nas najlepsze. Dajemy sobie czas i nie nakładamy presji.

Teraz napiszę Wam trochę więcej o tym, co sam ostatnio przeżywam ze sobą, bo jest to przytłaczająco pozytywne.

Dzisiejszy dzień, urlop. Zaczęło się dość niewinnie. Trafiłem ostatnio na pewien niszowy kanał na YT. Merytorycznie to nie jest nic odkrywczego, ale autor przekazuje treści w tak niesamowicie estetyczny sposób, z taką dbałością o detale, że to po prostu mały kawałek sztuki. I wiecie co? Oglądając to, poczułem, jakby obudziło się moje „wewnętrzne dziecko”, które kiedyś żyło swoimi marzeniami, a potem gdzieś to wszystko po drodze zgasło.

Nagle w bardzo krótkim czasie poczułem, że chcę robić milion rzeczy na raz:

  • Kupiłem kurs nauki gry na gitarze i jestem już po pierwszy dwóch lekcjach.

  • Pojawiły się mocne fantazje o podróżach, rzuceniu się w wir doświadczania czegoś zupełnie nowego.

  • Wróciła do mnie stara myśl, żeby zacząć nagrywać swoje wycieczki rowerowe – łapać fajne, klimatyczne kadry, może czasem powiedzieć coś do kamery.

Skończyło się na tym, że miałem dzisiaj leżeć na kanapie przez cały dzień, a zamiast tego siedzę od rana w w internetach. Na jednej karcie przeglądam oferty teleskopów astronomicznych (tak, nie pytajcie), na drugiej czytam recenzje kamerek sportowych, a na trzeciej planuję trasy górskie na rower.

Do tego wszystkiego doszło czytanie. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że kupię „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Kupiłem. I leżą teraz w kolejce za biografiami Leonardo Da Vinci, Einsteina i Benjamina Franklina.

Zresztą, te biografie chyba nie wzięły się znikąd. Od pewnego czasu mam w sobie coraz silniejsze przekonanie, że chciałbym, żeby moje życie miało jakiś głębszy sens. Wiecie, żebym zostawił po sobie chociaż drobny ślad na tym świecie, dał coś od siebie dla ludzi. A to naturalnie prowadzi mnie do ciężkich rozkmin nad tym, co ja w ogóle chcę dalej robić zawodowo.

Odkąd skończyłem 18 lat, siedzę w sprzedaży. Obecnie pracuję w branży IT, w firmie, która rynkowo ma szansę mocno namieszać ze swoimi rozwiązaniami AI , więc na papierze wszystko niby pięknie się zgadza. Gdybym usiadł i zaczął to sobie racjonalizować, bez problemu mógłbym udowodnić, że przecież pomagam ludziom, ułatwiam im codzienną pracę i tak dalej… Ale bądźmy szczerzy – w głębi czuję, że to takie dorabianie ideologii i szukanie tego sensu mocno na siłę.

I tu pojawia się mój największy dylemat. Z jednej strony mega mnie jara to odkrywanie siebie na nowo, a z drugiej… boję się. Mam wrażenie, że chcę złapać zbyt wiele srok za ogon. Pojawiają się myśli, że może jest już na to wszystko za późno, że za bardzo odleciałem w świat fantazji i powinienem po prostu zejść na ziemię i robić swoje.

Zastanawiam się w tym wszystkim, na ile te nowe pomysły i potrzeba zmiany to faktycznie “moje”, a na ile to zwyczajna projekcja pod wpływem chwili i podświadoma ucieczka przed poczuciem braku misji w tym, co robię na co dzień?

Mieliście kiedyś taki nagły wyrzut inspiracji i życiowych dylematów na raz?

2 polubienia

Miałem tak. Podobny wiek, podobne problemy. Dość bycia nerdem, tylko praca-dom-praca, stanie w korkach, problemy domowe itp. Poczułem, że muszę coś zrobić. Najpierw był kurs żeglarski. Niewypał totalny, nuda, rzuciłem to. Zacząłem chodzić na basen. Wciągnąłem się w rolki – jazda po mieście i freestyle. Poznałem bardzo pozytywne towarzystwo. Były wyjazdy na narty. W lecie ktoś zaproponował windsurfing. Nie przyjęło się w towarzystwie ale ja i dwóch kumpli wpadliśmy w to już na zawsze. Różnica w stosunku do zwykłego żeglarstwa ogromna – tzw. „wietrzna przyjemność”. Było śledzenie w pracy prognozy pogody i w razie dobrych warunków gotowość, aby w każdej chwili jechać. Jedną akcję wspominam do dzisiaj.

Odwiedzaliśmy wtedy często taką bazę. Jednego razu przychodzimy a tam baza zamknięta. Wieje że łeb urywa, w porywach do 7B. Pytamy obsługę, a oni że dziś szalejemy sami ale dla was chłopaki otwarte – bierzcie co chcecie. Czuliśmy się wyróżnieni, nasza trójka i sami zawodowcy i cały akwen nasz. Szaleństwo trwało ze 3 godziny do utraty sił.

Dorzucę jeszcze organizowanie spływów kajakowych i prowadzenie drużyny siatkówki.

Jak czasem słyszę, że trzeba chodzić na siłkę to mnie coś skręca.

W tym czasie w pracy też sprawy zaczęły nabierać pozytywnego obrotu.

Jednak nie przyczyniło się to wszystko do ratowania mojego związku – uratowało za to moje zdrowie fizyczne i psychiczne.

2 polubienia

@Istota dzieki za update. To co przechodzisz ze sobą to jest naturalne. Nie daj sobie czasem wmówić, że ten proces jest zły. Niektórzy moga to ubierać w etykietę kryzys wieku średniego, które wiadomo jakie ma znaczenie.

To czego doświadczasz to jest proces indywiduacji, który zaczął się już jakis czas temu, przez co widziałeś jak relacja odbiega od twoich wizji. Teraz czujesz chęć połączenia się z kimś kto długo pozostawał w cieniu. Doświadczaj i ciesz się procesem.

Zawsze się to pojawia i wtedy musisz się zatrzymać i wniknąc skąd ci się to bierze. Co się kryje za tą obawą że za późno, że za dużo że zbyt intensywnie. Co taka chęć zmiany chce osiągnąć w ostatecznym rachunku. Czego ci tak naprawdę brakuje, czy te wszystkie plany i chęci nie są tylko sygnałem potrzeby zintegrowania tego wewnętrznego dziecka, które potrzebuje nie tylko zostać zauważone, ale twojej stałej obecności i opieki nad nim.

Sam przez to przechodziłem i odkąd mam je pod okiem i opieką czuję się dobrze, mimo niesprzyjający wiatrów na tym odcinku życia. To jest moja najważniejsza relacja. Z mojej perspektywy te pomysły zawsze były moje, ale z czasów w których nastąpiło odłączenie części mnie i zastąpione zostało maską.

Taki wyrzut się z czasem zmniejszy im glebiej dotrzesz do tych fundamentalnych i niezaspokojonych wewnętrznych potrzeb. Nigdy się raczej nie skończy, ale zmniejszy intensywność jak bedziesz kontynuował integrację tych części które tak skrzętnie chowamy w cieniu.

Reintegracja siebi daje wiele satysfakcji, ale przynieść może tez sporo ryzyka, bo człowiek moż stac sie i staje się najczęściej inaczej odbierany przez otoczenie, co często wzmacnia obawy do okoła i budzi niepewność. Jak inni to postrzegaią i co z tym zrobią zależy tylko od nich. Ja tylko mogę doradzić, że proces ten jest warty każdego chwilowego kosztu czy cierpienia. Bez bólu nie ma wzrostu, albo jak to mówią bro na siłowni, No pain, no gain.

@marcines dzięki za te słowa, biorę do serducha.

Uznałem, że czas na mały update, bo wydarzyła się jedna duża rzecz.

Od ostatniej rozmowy z żoną zacząłem odczuwać coraz większą frustrację związaną z tym, że tkwimy w zawieszeniu i właściwie nic z tym nie robimy. W zeszłym tygodniu uznałem, że nie chcę już dłużej tego w sobie dusić, więc wyłożyłem karty na stół.

Powiedzieliśmy sobie szczerze kilka rzeczy na temat naszej relacji. Doszliśmy do wniosku, że od poprzedniej rozmowy nic się nie poprawiło, a wręcz przeciwnie, wiele rzeczy jeszcze bardziej się pogorszyło. Nie ma między nami bliskości, ciekawości siebie nawzajem ani prawdziwego zainteresowania. Jest troska, jest szacunek wynikający z historii, którą razem stworzyliśmy, ale w zasadzie na tym to się kończy.

Żona powiedziała mi wprost, że przyzwyczaiła się do tego, jak wygląda nasze małżeństwo, i że jest jej z tym w porządku. Dopóki jest stabilnie i bezpiecznie, potrafi tak funkcjonować. Podparła to również argumentem, że z jej obserwacji wiele innych par funkcjonuje podobnie i po prostu się do tego przyzwyczaja. Rok temu prawdopodobnie nie byłbym w stanie zaprotestować ani szczerze powiedzieć, co czuję, ale dziś jest inaczej. Odpowiedziałem jej, że ja nie potrafię tego zaakceptować. Potrzebuję bliskości, zrozumienia, ciekawości drugiego człowieka i empatii. Czy to naprawdę tak dużo? Czasami sam się zastanawiam, czy po prostu nie mam zbyt dużych oczekiwań.

W trakcie rozmowy zgodziliśmy się też co do jednej rzeczy. Przez lata świetnie funkcjonowaliśmy jako zespół. Realizowaliśmy kolejne projekty, budowaliśmy wspólne życie i nieustannie szliśmy do przodu. Problem pojawił się wtedy, gdy na horyzoncie przestał pojawiać się kolejny cel do zdobycia. Nagle stanęliśmy naprzeciw siebie bez tych wszystkich projektów i zaczęliśmy dostrzegać to, co od dawna nam nie pasowało.

Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że w obecnej sytuacji nie mamy zbyt wielu możliwości. Żadne z nas nie czuje w sobie gotowości ani chęci, by naprawdę podjąć walkę o tę relację. To doprowadziło nas do jedynej drogi, jaką na ten moment dostrzegamy - rozstania. Poszliśmy nawet o krok dalej i wstępnie omówiliśmy, jak taki proces miałby wyglądać.

Wydaje mi się, że sam podział majątku nie będzie dużym wyzwaniem wyzwaniem. Znacznie trudniejsza jest dla mnie perspektywa rozdzielenia psów. Na dziś to właśnie ten aspekt boli mnie najmocniej, gdy patrzę na pozostałe konsekwencje tego rozstania.

Całościowo nie była to łatwa rozmowa. Była trudna, bolesna i pojawiły się łzy po obu stronach. Jednocześnie (choć może zabrzmieć to paradoksalnie) dawno nie przeprowadziliśmy tak dobrej, szczerej i prawdziwej rozmowy. Po jej zakończeniu oboje poczuliśmy ulgę. Postanowiliśmy dać sobie jeszcze miesiąc. Nie po to, żeby odwlekać decyzję, ale żeby oswoić się z sytuacją i upewnić, czy rozstanie rzeczywiście jest jedyną właściwą drogą.

To wszystko jest trudne i bolesne. Czuję ogromny smutek, choć mam też wrażenie, że z każdym dniem jest go odrobinę mniej. Jednocześnie widzę w tym wszystkim również pewne szanse - życie po swojemu, dalszą pracę nad sobą, większy spokój psychiczny czy możliwość jeszcze większego skupienia się na relacji z córką i swoich pasjach.

Czy nadal darzę żonę uczuciem? Chyba tak. Nadal chętnie bym ją przytulił, pocałował albo po prostu spędził z nią czas na jakiejś wspólnej aktywności. Z drugiej strony pojawia się we mnie obawa, czy nie próbuję teraz idealizować tego, co było, i czy ewentualne próby naprawy nie wynikają bardziej z lęku przed nadchodzącą stratą niż z realnej wiary w to, że jeszcze możemy odbudować naszą relację.

Jednocześnie zadaję sobie pytanie, jak wyobrażam sobie swoje życie za trzy lata. Co ciekawe, potrafię zobaczyć siebie w obu scenariuszach - zarówno w dalszym trwaniu w tej relacji, jak i w życiu w pojedynkę. Gdybym jednak miał wskazać, który z tych wariantów wydaje mi się trudniejszy, byłoby to pozostanie razem. Mam poczucie, że wymagałoby ono ode mnie zaakceptowania pewnych kompromisów, co do których nie jestem już pewien, czy potrafię je dalej zawierać.

2 polubienia

Cześć.

Uznałem, że czas na update, bo ostatnio tracę grunt pod nogami. Mija dokładnie miesiąc od naszej rozmowy, w której daliśmy sobie z żoną trzydzieści dni na przetrawienie wstępnej decyzji o rozstaniu. Po ciężkim początku, kolejne tygodnie były zaskakująco spokojne. Towarzyszyło mi głębokie przekonanie, że to właściwa droga i że rozstanie okaże się dobrą decyzją dla nas obojga. Niestety, ostatnie dwa lub trzy dni to dla mnie mocny zjazd psychiczny i wielki powrót wątpliwości.

Ostatni czas poświęciłem na analizę tego, co w naszej relacji nie grało, i dokopałem się do sprawy, którą przez półtora roku głęboko w sobie dusiłem. Chodzi o jej relację z pewnym facetem z pracy, który wtedy jeszcze tam pracował. Te osiemnaście miesięcy temu uniosłem się dumą, schowałem urazy do kieszeni i udawałem, że mnie to zbytnio nie rusza. Pamiętam, że sygnalizowałem jedynie, że nie podoba mi się, że ona mu się podoba. Ustaliliśmy to wspólnie, gdy wypytałem ją o zachowanie tego faceta na ich spotkaniach. Kiedy żona wprost zapytała, czy ma tę relację zakończyć, odpowiedziałem, że nie zamierzam jej niczego narzucać ani mówić, jak ma postępować, bo jest dorosła i sama podejmuje decyzje. Temat niby się urwał, choć spotkali się potem jeszcze raz czy dwa, żeby omówić wspólny projekt.

Dopiero wczoraj, odkąd mam lepszy kontakt ze sobą i zacząłem nazywać swoje emocje, uznałem, że muszę o tym głośno powiedzieć. Wyłożyłem jej, że mnie to bolało. Wiedziałem, że podobała się temu facetowi, a ona, mając tę wiedzę, mimo wszystko nie ograniczała warunków sprzyjających temu, żeby coś mogło się przez przypadek wydarzyć. Wiem, że to miłe mieć adoratora szczerze zainteresowanego sobą, ale zacząłem się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim byłem ja. Żona była w totalnym szoku, że dusiłem ten żal w sobie przez ponad półtora roku. Ja z kolei widzę, że po prostu przestałem się bać mówić o tym, co czuję.

W międzyczasie zaliczyłem ultramaraton rowerowy po górach, czyli ponad 460 km samotnej, morderczej walki na trasie przez trzy dni. Kto startuje, ten wie, że po takim wycieńczeniu człowiek wraca do domu z dużą potrzebą bliskości. Gdy wszedłem do mieszkania, zadziałał automatyzm. Po prostu się przytuliliśmy i to przez dłuższą chwilę. Było to na tyle miłe, że kolejnego poranka przełamałem chłód i przytuliłem się do niej w łóżku. Nie wiem, czy to w pełni odwzajemniła, ale zareagowała pozytywnie.

I od tego momentu pojawiło się coś, czego się obawiałem w kontekście chwilowego zbliżenia. Znów zacząłem patrzeć na żonę z uczuciem. Kiedy widzę rano, jak się ubiera i zakłada seksowną bieliznę, uderza mnie poczucie tego, co mogę stracić. Ona fizycznie nadal mnie pociąga, lubię na nią patrzeć i chciałbym jej bliskości, bo to wszystko we mnie nie zniknęło. Jeżeli chodzi o naszą codzienność, to jesteśmy wobec siebie uprzejmi. Żona robi mi śniadanie, ja w tym czasie wychodzę z psami, pytamy siebie nawzajem, jak nam minął dzień, ale mimo tej całej poprawności nadal często pojawia się między nami cisza i takie dojmujące poczucie, że nie ma już między nami innych tematów, które moglibyśmy poruszyć.

Ten wysyp emocji potęguje też lęk przed utratą domu, w który włożyłem masę własnej, ciężkiej pracy. Oczywiście rozwiążemy tę kwestię ugodowo i sprawiedliwie. Jeśli dom zostanie w jej rękach, ona mnie spłaci, a ja wezmę uczciwą kwotę, żeby mieć zaplecze finansowe na ułożenie sobie życia. Ale sam fakt straty tego miejsca boli. Do tego dochodzi świadomość, że rozstanie będzie dla mnie trudne pod kątem finansowym. Życie w pojedynkę, kupno nowego mieszkania i jednoczesne utrzymanie się będzie ciężkie przez minimum półtora roku, głównie przez zobowiązanie w postaci samochodu. Wzięliśmy go w leasing w ramach wspólnej decyzji, że potrzebuję auta, ale ponieważ mam działalność gospodarczą, pojazd jest na mnie i naturalnie to na mnie zostaje to obciążenie. Żeby to wszystko poukładać, wolę zakładać czarny scenariusz, w którym moje zarobki będą związane wyłącznie z podstawowym wynagrodzeniem, co historycznie rzadko się zdarzało, ale wolę być realistą. To oznacza, że będę musiał mocno zaciągnąć hamulec ręczny i drastycznie ograniczyć swoje pasje, wyjazdy i starty w zawodach, bo to przecież kosztuje.

Kolejny temat, równie bolesny co rozstanie z żoną, to psy. Każdy poranek spędzony z nimi na wspólnym spacerze sprawia mi ogromną przyjemność i gdy myślę o rozdzieleniu ich, to po prostu chce mi się ryczeć. Oczywiście pocieszeniem jest to, że wezmę jednego ze sobą, ale ból po utracie drugiego i świadomość, że rozbijam im stado, cały czas we mnie będzie.

Niedawno mieliśmy też rozmowę, w której żona dopytywała mnie o realne koszty utrzymania domu, bo musi wiedzieć, na co ma się szykować. Nasza dyskusja płynnie przeszła na to, jakie w ogóle mamy wstępne plany. Przedstawiłem jej wszystko, mówiąc, że będę potrzebował kupić mieszkanie i potrzebuję stabilizacji. Żona była do tego stopnia zaskoczona, że mam to już w głowie tak poukładane, że aż uroniła kilka łez. Uświadomiła sobie, że w ogóle nie jest na to przygotowana. Zaczęła wtedy mówić o swoich wątpliwościach i rzuciła pytanie, czy nie będziemy tego żałować. Dała mi do zrozumienia, że w przeciwieństwie do mnie nie jest jeszcze w ogóle oswojona z tą decyzją i znów wspominała, że przecież inne pary też tak mają i mierzą się z takimi problemami. Do teraz się zastanawiam, z czym to wszystko było związane, czy w końcu dotarło do niej, że to rozstanie jest realne, czy chodziło wyłącznie o praktyczne aspekty, czyli utratę bezpieczeństwa i stabilizacji.

I tak jak przez, przez ostatnie dwa tygodnie czułem bardzo duży spokój i przekonanie, że to jest właściwa decyzja, tak teraz, im bliżej końca, czuję coraz większy niepokój. Przez to wszystko zaczynam kwestionować swój wybór i te wszystkie rzeczy, które mi w relacji nie pasowały. Moja głowa zaczyna mnie oszukiwać i odpalać myśli, że może trochę wyolbrzymiam, że może to ze mną jest jakiś problem i że mam po prostu za dużo oczekiwań. Jest mi z tym cholernie trudno.

Jak na to patrzycie z boku? Czy to jest ten klasyczny, paniczny lęk przed wyjściem ze strefy komfortu tuż przed skokiem na głęboką wodę, czy faktycznie na sam koniec gdzieś pękam i zaczynam przekombinowywać?

Masz wątpliwości, to normalne. Mądrzy ludzie zawsze mają wątpliwości najczęściej we wszystkim co robią. Z Twojego wpisu wynika, że dużo słuchasz siebie - tego wewnętrznego odczucia nie należy ignorować. Postawiliście z żoną sprawy jasno i daliście sobie czas - to jest trochę uzdrawiające, stąd te odczucia po obu stronach.

Obawiasz się, że pękasz i odpuścisz? Co tam sztywne terminy. Jeśli decyzja się odwlecze nic nie stracisz, masz czas. Z opisu wynika, że nie jesteś “poszukujący”, nie ciągnie Cię do kogoś innego. Nie pociąga Cię nawet bezosobowa wizja, że gdzieś, kiedyś, z kimś będzie ta namiętność.

Nie ma mitycznych małżeństw idealnych. Masz ciszę - to jest jeden negatyw. Komu on bardziej doskwiera? Można pozazdrościć reszty rzeczy: potrzeba bliskości z obu stron, bezpieczeństwo i stabilizacja. Żona nie blokuje Twojego samorozwoju i pasji. Widzę tu dużą otwartość żony na pracę nad związkiem. To jest wyraźny sygnał. Można na tym polu coś jeszcze zbudować.

Sprawy finansowe wydają się być skomplikowane. Kiedyś dawno przechodziłem przez coś bardzo podobnego. Rzeczy wydawały się wręcz niemożliwe do załatwienia. Z perspektywy czasu okazało się to nie takie trudne i mało bolesne. Ale są znacznie gorsze przypadki.

Z tym musimy się liczyć. Nawet w małżeństwie nie jesteśmy niczyimi niewolnikami. Czasem tak jest, że musimy uświadomić sobie, że jesteśmy z kimś z aktu naszej wolnej woli a nie z powodu kontraktu, papierka czy innych nakazów i zakazów. Pozwalamy, żeby kręcił się przez chwilę jakiś “adorator” a ona w pewien sposób utwierdza się w dokonanym wcześniej wolnym wyborze. (zalecana ostrożność).

1 polubienie

To naturalne że masz wątpliwości. Nigdy nie będziesz 100% pewny swojej decyzji, szczególnie że tutaj nie ma zaburzeń czy innych form toksyczności. Łączy was sporo i macie wiele wspólnego.

Kwestia jest podstawowa, jak obydwoje byście chcieli aby wasza relacja wyglądała? Motyle w brzuchu to jedno, ale miłość to jest wybór i chęć bycia dla drugiej osoby. To co mówisz że się wypaliło może być po prostu utrata zaangażowania i oddalenie się od siebie. Nie takie rzeczy można przebudować. Jeżeli fundamenty są silne można spróbować, ale ty jesteś inżynierem i kwestia czy ona jest w stanie pojawić się na budowie i dać z siebie tyle samo wysiłku co ty.

Małżeństwo jakie się nam wydaje to iluzja. To papier który nie świadczy o niczym i daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Nikogo nie czyni niewolnikiem. Można w każdej chwili odejść.

Czasami takie sytuacje pozwalają na reset relacji. Rekalibracji oczekiwań lub otwarcie oczu. Złapanie szerszej perspektywy i podjęcie decyzji w zgodzie ze sobą.

PS.

Zajebisty wyczyn chłopie. Tyle km na rowerze to nie byle co. Jestem pod wrażeniem i wyobrażam sobie ile dało ci radości. Przygotowanie musiało naprawdę dać ci w kość, ale tutaj ogarnąłeś temat.

Parks And Recreation Reaction GIF

1 polubienie

Dołączam się z podziwem wyczynu @Istota . Gratuluję!

Sam trochę jeżdżę od roku. Mam kolegę, który wykręca na dystansie 70 km średnią 30 km/h na kolarce i po czymś takim komputer pokazuje mu czas regeneracji 90 godzin.

1 polubienie

Dzięki za Wasze zainteresowanie i posty. Zwróciliście mi uwagę na to, że może warto stanąć z boku i zastanowić się, co udało mi się osiągnąć - bo wewnętrznie nadal odbieram ten wyścig na zasadzie „fajnie, odhaczone".

Wracam do tematu. Weekend poświęciłem na final thoughts i podjąłem pewne decyzje. Przede wszystkim uznałem w zgodzie ze sobą, że warto dać nam jeszcze jedną, tym razem prawdziwą szansę. Co ważne - wynika to z mojego świadomego wyboru. Nie podchodzę do tej próby z pozycji lęku przed rozstaniem czy utratą. Ten miesiąc był dla mnie bardzo wartościowy i pozwolił mi pobyć przez określony czas w trzech scenariuszach: rozstaniu, pozostaniu w wygodzie i marazmie oraz podjęciu rękawicy. Bardzo szybko wyeliminowałem ten drugi, więc zostały dwa skrajne: rozstanie i danie sobie jeszcze jednej szansy. W obu tych przypadkach czułem się gotowy na realizację.

Wczoraj odbyłem z żoną długą rozmowę. Na początek to w ogóle zapytałem ją, jak ona odebrała to przytulenie, i kolejne o poranku. To pierwsze było dla niej takim naturalnym odruchem, bo po prostu widziała mnie zmarnowanego i wykończonego. Z kolei drugi był dziwny i niespójny biorąc pod uwagę, że przed chwilą rozmawialiśmy o rozstaniu. Ogólnie jeżeli chodzi o dotyk to jesteśmy dosyć daleko od siebie i na dzień dzisiejszy wzbudza on raczej dyskomfort niż przyjemność.

Później przeszedłem do głównego tematu i jej o swoich przemyśleniach, byciu ze sobą, rozpatrywaniu scenariuszy, zadawaniu sobie pytań oraz o gotowości na odejście, ale również na danie nam szansy. Powiedziałem o odzyskaniu wiary i chęci. Nie robiłem tego z pozycji siły - byłem po prostu szczery i autentyczny. Jednocześnie miałem w tym wszystkim niesamowicie duże poczucie sprawczości.

Żona z kolei jest w tyle za mną, jeśli chodzi o procesowanie całej tej sytuacji. Na starcie okazało się, że zupełnie różnie zinterpretowaliśmy ten miesiąc. To znaczy, gdy ja rozgrywałem różne możliwe scenariusze, ona skupiła się tylko na tym, czy jest gotowa na rozstanie - i tutaj niczego nowego się nie dowiedziałem - powiedziała mi, że nadal nie jest pewna.

Co ciekawe, gdy wyrażałem swoje stanowisko - po przedstawieniu jej całego mojego procesu i wniosków - przeszedłem do powiedzenia, co mi się w niej nadal podoba. Cały mój statement został przez nią odebrany na zasadzie „dalej Cię kocham" i musiałem od razu ją sprostować, zaznaczając, że nie wyznaję jej miłości. Zwyczajnie ciężko mi w tej chwili sprecyzować, co do niej czuję. Powiedziałem jej jednak, czym dla mnie jest miłość - m.in. spełnianiem swoich potrzeb, sztuką kompromisów i świadomych, codziennych decyzji.

Co od niej dostałem? Na początku powiedziała trochę o tym, w czym się rozjeżdżamy, potem wspomniała o naszej historii, dobrych i złych chwilach. O mnie nie powiedziała niczego. Gdy dopytałem ją o to później, usłyszałem raczej banały w stylu: „nie jesteś dla mnie obojętny", „twoje szczęście też jest dla mnie ważne" itd. W tym wszystkim oczekiwałem szczerości i zwracałem uwagę na to, co mówi - brak informacji to też informacja. Jednocześnie konfrontowałem ją z jej myślami. Być może przez to mogła czuć presję z mojej strony, ale serio, chciałem być konkretny w tej rozmowie.

Ostatecznie stanęło na tym, że przystała na danie sobie szansy. Przez najbliższe 3 miesiące będziemy pracować nad odbudowaniem relacji. Jako pierwszy krok rozpisujemy swoje potrzeby, a resztę będziemy dostosowywać na bieżąco.

Podsumowując to wszystko - mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem niesamowicie zadowolony z tego, jak poprowadziłem tę rozmowę, z drugiej nie mogę pozbyć się wrażenia, że dałem z siebie 70%, a druga strona pozostałe 30%. Być może za dużo oczekiwałem? Być może żona czuje się trochę zmieszana, bo jeszcze dwa tygodnie temu dostała ode mnie sygnał, że jestem gotowy na rozwód.

Wydaje mi się, że trochę zapiekło ją to, że nie rzucałem banałami w stylu „kocham cię, jesteś dla mnie najważniejsza i zrobię dla ciebie wszystko". Zamiast tego skupiłem się na faktach i możliwościach.

Nadal nie rozumiem, dlaczego dla niej scenariusz pozostania „spółką cywilną" jest okej i dlaczego upewniała się, czy na pewno nie biorę tego pod uwagę. Dopytałem ją o to później w krótkiej dogrywce i nie uzyskałem żadnych konkretów, tylko to, co usłyszałem już wcześniej: „inni też tak mają", „w pewnym momencie stabilizacja i bezpieczeństwo stają się bardzo ważne", „nie ma już takiego pożądania", „pragmatyzm" itd.

Powiedziałem jej też w ramach tej dogrywki, że mam pewne wątpliwości co do jej szczerych chęci i zastanawiam się, czy to nie jest po prostu kupienie sobie kolejnych trzech miesięcy względnego spokoju. Obruszyła się na to, odpowiadając, że jeszcze dwa tygodnie temu byłem niemal zdecydowany na rozwód, a teraz chcę dać nam szansę. Nie wiem jednak, czy bardziej nie chodziło o to, że trafiłem w punkt.

Nie jestem do końca przekonany, ale jednocześnie czuję, że nie będziemy potrzebować trzech miesięcy, żeby zweryfikować poziom zaangażowania obu stron. Myślę, że podjęcie tematu samych potrzeb może nam już wspólnie bardzo szybko dużo powiedzieć.

Tak sobie przeczytałem powoli i pojawiły mi się inne rzeczy.

Z tego co piszesz to ona ani nie jest przekonana co do twoich intencji ani zaangażowana. Przykro mi pisać, ale jak dla mnie jej jest wygodnie tak jak jest i nie czuje potrzrby zmian.

Tobie zależy zdecydowanie bardziej. Przynajmniej tak to z opisu wygląda z jednej strony.

Teraz trudniejsze pytanie. Czy to czasem nie więź pękła ale persona, mask, rola jak by to nie nazywać? Zadania jakie robiłeś, cele jakie osiągałeś by zasłużyć na swoje miejsce. Po terapii tego nie robisz w relacji, ale pustkę wypełniłeś innymi zadanymi i celami. Czy to nie jest nadal rodzaj kompensacji? Wiesz że nie musisz tego robić by mieć wartość? Co jeśli wyciszysz się i zamiast zapierdalac na rowerze skoncentrujesz się na swojej obecności.

Bassel van der Kolk albo Maté pisał, że ciało , które przez dekady było napięte jak struna, by gasić pożary i negocjować z rzeczywistością, nagle nie wie jak po prostu spocząć w przestrzeni która nie wymaga naprawy. Zamiast szukać kolejnego celu, warto może zbadać jak oddycha Twoje ciało, kiedy nikt niczego od ciebie nie chce.

Czy ona jest w stanie spotkać się z tobą w nowej rzeczywistości nie wiadomo. Ale wymagasz, by w jeden wieczór dotrzymała Ci kroku w procesie, który kalkulowałeś na chłodno i przepracowywałeś w samotności przez cały ostatni miesiąc. To że czujesz frustrację brakiem fajerwerków z jej strony to rozumiem, ale spójrz na to, ze sam zaprosiłeś ją do stołu negocjacyjnego, a nie do sypialni. Intymność i bliskość nie pojawi się w negocjacjach lub kiedy intencje lub emocje poddawane są analitycznej weryfikacji.

Dzięki Marcin. Wartościowy komentarz, który otwiera mnie na zajrzenie do innych szufladek.

Trudno mi się z Tobą nie zgodzić. Staram się patrzeć na tę sytuację możliwie obiektywnie, a pomaga mi w tym dość analityczne podejście. Nawet jeśli założę, że rzeczywistość nieco odbiega od mojego postrzegania i część ocen jest zniekształcona przez emocje, to końcowy wniosek pozostaje podobny - mam poczucie, że to mnie zależy bardziej.

Po naszej rozmowie symbolicznie zaproponowałem ponowne założenie obrączek, jednocześnie podkreślając, jak jest to dla mnie ważne. Jaki był efekt? Dwa dni później zdjęła swoją przed treningiem i od tamtej pory znów leży na półce. Rozumiem, że dla niej może to nie mieć takiego znaczenia jak dla mnie. Rozumiem też, że być może potrzebuje czasu, by odbudować w sobie pewien nawyk. Skoro jednak jasno komunikowałem, że jest to dla mnie ważne, to mam poczucie, że warto byłoby włożyć w to trochę więcej wysiłku.

Ciekawy fragment. Dużo o tym myślę i nadal się nad tym zastanawiam. Odkrywanie nowych rzeczy i próbowanie czegoś innego wzbudza we mnie autentyczną ciekawość. Przeżywam to świadomie i staram się chłonąć to doświadczenie, dlatego wydaje mi się, że nie jest to jedynie próba wypełnienia pustki.

Sport był częścią mojej tożsamości od dzieciństwa, choć przez wiele lat bardziej mnie definiował, niż po prostu wzbogacał moje życie. Kiedy myślę o jeździe na rowerze, to owszem - lubię mocno trenować, sprawdzać waty, tętno czy średnią prędkość. Jednocześnie potrafię całkowicie otworzyć się na tę aktywność i czerpać zwyczajną satysfakcję z tego, że mogę podziwiać krajobrazy, że jestem zdrowy i że do poczucia szczęścia w danym momencie naprawdę niewiele mi potrzeba.

Mam wrażenie, że okres pustki przeżywałem zaraz po zakończeniu projektu pod tytułem „Dom". Pojawiła się wtedy lekka panika, brak celu i poczucie zagubienia. To właśnie między innymi zmotywowało mnie do rozpoczęcia terapii i poszukania siebie na nowo.

Trafna uwaga. Ostatnio sam zwróciłem uwagę na to, że do tego „ostatecznego starcia" startujemy z innej pozycji. Podchodzimy do tego w sposób analityczny i metodyczny. Z drugiej strony moja żona lubi takie podejście - podobnie jak ja. Tak funkcjonujemy również na co dzień w pracy.

Intymność i bliskość są dla mnie cholernie ważne. Wiem, że jeśli nie będziemy podejmować tutaj żadnych prób, to z czasem pojawi się we mnie frustracja. Obawiam się też, że może to doprowadzić do stopniowego zamykania się na realizację innych potrzeb w tej relacji.

Z jej strony pojawiają się drobne gesty - czasem chwyci mnie za rękę w łóżku. Jednocześnie wyraźnie czuję opór przed czymś więcej. Nawet zwykłe przytulenie wydaje się trudne, bo mam poczucie, że wywołałoby raczej napięcie niż przyjemność i bliskość.

1 polubienie