W kontekście mojego związku dosyć krótko, ostatnio porozmawialiśmy chwilę o tym, jak odbieramy naszą aktualną relację i mimo, że nie była to łatwa rozmowa, to poczułem ulgę. Oboje czujemy podobnie, ale jednocześnie podchodzimy do tego z dystansem, nie potrafiąc jeszcze wszystkiego nazwać i określić co będzie dla nas najlepsze. Dajemy sobie czas i nie nakładamy presji.
Teraz napiszę Wam trochę więcej o tym, co sam ostatnio przeżywam ze sobą, bo jest to przytłaczająco pozytywne.
Dzisiejszy dzień, urlop. Zaczęło się dość niewinnie. Trafiłem ostatnio na pewien niszowy kanał na YT. Merytorycznie to nie jest nic odkrywczego, ale autor przekazuje treści w tak niesamowicie estetyczny sposób, z taką dbałością o detale, że to po prostu mały kawałek sztuki. I wiecie co? Oglądając to, poczułem, jakby obudziło się moje „wewnętrzne dziecko”, które kiedyś żyło swoimi marzeniami, a potem gdzieś to wszystko po drodze zgasło.
Nagle w bardzo krótkim czasie poczułem, że chcę robić milion rzeczy na raz:
-
Kupiłem kurs nauki gry na gitarze i jestem już po pierwszy dwóch lekcjach.
-
Pojawiły się mocne fantazje o podróżach, rzuceniu się w wir doświadczania czegoś zupełnie nowego.
-
Wróciła do mnie stara myśl, żeby zacząć nagrywać swoje wycieczki rowerowe – łapać fajne, klimatyczne kadry, może czasem powiedzieć coś do kamery.
Skończyło się na tym, że miałem dzisiaj leżeć na kanapie przez cały dzień, a zamiast tego siedzę od rana w w internetach. Na jednej karcie przeglądam oferty teleskopów astronomicznych (tak, nie pytajcie), na drugiej czytam recenzje kamerek sportowych, a na trzeciej planuję trasy górskie na rower.
Do tego wszystkiego doszło czytanie. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że kupię „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Kupiłem. I leżą teraz w kolejce za biografiami Leonardo Da Vinci, Einsteina i Benjamina Franklina.
Zresztą, te biografie chyba nie wzięły się znikąd. Od pewnego czasu mam w sobie coraz silniejsze przekonanie, że chciałbym, żeby moje życie miało jakiś głębszy sens. Wiecie, żebym zostawił po sobie chociaż drobny ślad na tym świecie, dał coś od siebie dla ludzi. A to naturalnie prowadzi mnie do ciężkich rozkmin nad tym, co ja w ogóle chcę dalej robić zawodowo.
Odkąd skończyłem 18 lat, siedzę w sprzedaży. Obecnie pracuję w branży IT, w firmie, która rynkowo ma szansę mocno namieszać ze swoimi rozwiązaniami AI , więc na papierze wszystko niby pięknie się zgadza. Gdybym usiadł i zaczął to sobie racjonalizować, bez problemu mógłbym udowodnić, że przecież pomagam ludziom, ułatwiam im codzienną pracę i tak dalej… Ale bądźmy szczerzy – w głębi czuję, że to takie dorabianie ideologii i szukanie tego sensu mocno na siłę.
I tu pojawia się mój największy dylemat. Z jednej strony mega mnie jara to odkrywanie siebie na nowo, a z drugiej… boję się. Mam wrażenie, że chcę złapać zbyt wiele srok za ogon. Pojawiają się myśli, że może jest już na to wszystko za późno, że za bardzo odleciałem w świat fantazji i powinienem po prostu zejść na ziemię i robić swoje.
Zastanawiam się w tym wszystkim, na ile te nowe pomysły i potrzeba zmiany to faktycznie “moje”, a na ile to zwyczajna projekcja pod wpływem chwili i podświadoma ucieczka przed poczuciem braku misji w tym, co robię na co dzień?
Mieliście kiedyś taki nagły wyrzut inspiracji i życiowych dylematów na raz?