To będzie nieco dłuższe przywitanie

Silne emocje pojawią się tak czy inaczej. Ja się rozwodziłem już bez emocji po podziale majątku, który zrobiliśmy wcześniej (można tak zrobić). Przyznam, że dzień formalnego odzyskania wolności wspominam jako jeden z najpiękniejszych w życiu, prawdziwa euforia. Emocje pojawiły się później na etapie układania sobie życia powtórnie. Mnie się wtedy udało a jej nie. Wtedy zapragnęła mnie sponiewierać. Ot taka chora chęć zemsty.

W obecnym związku mam już zapowiedziane, że emocje będą, bo w razie czego ona będzie działać w interesie dzieci co oznacza, że nie będzie podziału po połowie. Widocznie samozwańcze przypisanie sobie roli orędowniczki interesów dzieci ją do tego uprawnia :grinning_face: .

A poważnie. Terapeutka zaleca napisać sobie najgorszy możliwy scenariusz rozwoju wydarzeń jaki sobie wyobrażamy i zacząć go przepracowywać. Zamierzam się za to zabrać ale jeszcze nie mam weny.

Jestem do tego stopnia zadaniowy, że nawet nasze już mocno upadłe relacje traktuję jako wyzwanie. W różnych sytuacjach dnia codziennego pokazuję delikatnie pewne utrwalone i smutne asymetrie w naszym podejściu do siebie nawzajem.

Po prostu związek się wypalił. Bez czyjejkolwiek winy.

To jest jak rozumiem jedyny długi związek w Twoim życiu - więc wcześniej nie miałeś okazji doświadczyć wypalenia.

Wydaje mi się, że rozumiem dlaczego napisałeś, że “najgorsze” w tym wszystkim jest to, że w zasadzie nic złego sobie nie zrobiliście… Miałem kiedyś wypalenie (w zwyczajnym związku, nie w małżeństwie) i miałem dosłownie identyczne myśli.

W moim przypadku straciłem jednostronnie zainteresowanie dziewczyną - bez żadnej winy z jej strony. I czułem się z tym dziwnie, niewygodnie, beznadziejnie, etc. Ta sama kobieta, tak samo atrakcyjna i fajna jak wcześniej…ale ja już nie czułem do niej tego samego. Było to dla mnie dziwnie nieprzyjemne, niszczące - czułem się trochę tak, jakbym został z czegoś okradziony, miałem poczucie “to nie powinno tak wyglądać!”.

I wtedy miałem takie myśli, że przecież ona nic złego nie zrobiła - i że to jest gorsze niż gdyby zrobiła coś złego - bo wtedy miałbym jakieś uzasadnienie, realny powód, etc. A tak tkwiłem w niszczącym “zawieszeniu”, w “beznadziejnej pustce”. Wtedy nauczyłem się, że wypalenie się związku potrafi wytwarzać naprawdę nieprzyjemne, męczące, niszczące klimaty.

Też to miałem. Zastanawiałem się jak wrócić do “starych dobrych czasów”, do tych emocji które czułem do niej wcześniej.

1 polubienie

W kontekście mojego związku dosyć krótko, ostatnio porozmawialiśmy chwilę o tym, jak odbieramy naszą aktualną relację i mimo, że nie była to łatwa rozmowa, to poczułem ulgę. Oboje czujemy podobnie, ale jednocześnie podchodzimy do tego z dystansem, nie potrafiąc jeszcze wszystkiego nazwać i określić co będzie dla nas najlepsze. Dajemy sobie czas i nie nakładamy presji.

Teraz napiszę Wam trochę więcej o tym, co sam ostatnio przeżywam ze sobą, bo jest to przytłaczająco pozytywne.

Dzisiejszy dzień, urlop. Zaczęło się dość niewinnie. Trafiłem ostatnio na pewien niszowy kanał na YT. Merytorycznie to nie jest nic odkrywczego, ale autor przekazuje treści w tak niesamowicie estetyczny sposób, z taką dbałością o detale, że to po prostu mały kawałek sztuki. I wiecie co? Oglądając to, poczułem, jakby obudziło się moje „wewnętrzne dziecko”, które kiedyś żyło swoimi marzeniami, a potem gdzieś to wszystko po drodze zgasło.

Nagle w bardzo krótkim czasie poczułem, że chcę robić milion rzeczy na raz:

  • Kupiłem kurs nauki gry na gitarze i jestem już po pierwszy dwóch lekcjach.

  • Pojawiły się mocne fantazje o podróżach, rzuceniu się w wir doświadczania czegoś zupełnie nowego.

  • Wróciła do mnie stara myśl, żeby zacząć nagrywać swoje wycieczki rowerowe – łapać fajne, klimatyczne kadry, może czasem powiedzieć coś do kamery.

Skończyło się na tym, że miałem dzisiaj leżeć na kanapie przez cały dzień, a zamiast tego siedzę od rana w w internetach. Na jednej karcie przeglądam oferty teleskopów astronomicznych (tak, nie pytajcie), na drugiej czytam recenzje kamerek sportowych, a na trzeciej planuję trasy górskie na rower.

Do tego wszystkiego doszło czytanie. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że kupię „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Kupiłem. I leżą teraz w kolejce za biografiami Leonardo Da Vinci, Einsteina i Benjamina Franklina.

Zresztą, te biografie chyba nie wzięły się znikąd. Od pewnego czasu mam w sobie coraz silniejsze przekonanie, że chciałbym, żeby moje życie miało jakiś głębszy sens. Wiecie, żebym zostawił po sobie chociaż drobny ślad na tym świecie, dał coś od siebie dla ludzi. A to naturalnie prowadzi mnie do ciężkich rozkmin nad tym, co ja w ogóle chcę dalej robić zawodowo.

Odkąd skończyłem 18 lat, siedzę w sprzedaży. Obecnie pracuję w branży IT, w firmie, która rynkowo ma szansę mocno namieszać ze swoimi rozwiązaniami AI , więc na papierze wszystko niby pięknie się zgadza. Gdybym usiadł i zaczął to sobie racjonalizować, bez problemu mógłbym udowodnić, że przecież pomagam ludziom, ułatwiam im codzienną pracę i tak dalej… Ale bądźmy szczerzy – w głębi czuję, że to takie dorabianie ideologii i szukanie tego sensu mocno na siłę.

I tu pojawia się mój największy dylemat. Z jednej strony mega mnie jara to odkrywanie siebie na nowo, a z drugiej… boję się. Mam wrażenie, że chcę złapać zbyt wiele srok za ogon. Pojawiają się myśli, że może jest już na to wszystko za późno, że za bardzo odleciałem w świat fantazji i powinienem po prostu zejść na ziemię i robić swoje.

Zastanawiam się w tym wszystkim, na ile te nowe pomysły i potrzeba zmiany to faktycznie “moje”, a na ile to zwyczajna projekcja pod wpływem chwili i podświadoma ucieczka przed poczuciem braku misji w tym, co robię na co dzień?

Mieliście kiedyś taki nagły wyrzut inspiracji i życiowych dylematów na raz?

2 polubienia

Miałem tak. Podobny wiek, podobne problemy. Dość bycia nerdem, tylko praca-dom-praca, stanie w korkach, problemy domowe itp. Poczułem, że muszę coś zrobić. Najpierw był kurs żeglarski. Niewypał totalny, nuda, rzuciłem to. Zacząłem chodzić na basen. Wciągnąłem się w rolki – jazda po mieście i freestyle. Poznałem bardzo pozytywne towarzystwo. Były wyjazdy na narty. W lecie ktoś zaproponował windsurfing. Nie przyjęło się w towarzystwie ale ja i dwóch kumpli wpadliśmy w to już na zawsze. Różnica w stosunku do zwykłego żeglarstwa ogromna – tzw. „wietrzna przyjemność”. Było śledzenie w pracy prognozy pogody i w razie dobrych warunków gotowość, aby w każdej chwili jechać. Jedną akcję wspominam do dzisiaj.

Odwiedzaliśmy wtedy często taką bazę. Jednego razu przychodzimy a tam baza zamknięta. Wieje że łeb urywa, w porywach do 7B. Pytamy obsługę, a oni że dziś szalejemy sami ale dla was chłopaki otwarte – bierzcie co chcecie. Czuliśmy się wyróżnieni, nasza trójka i sami zawodowcy i cały akwen nasz. Szaleństwo trwało ze 3 godziny do utraty sił.

Dorzucę jeszcze organizowanie spływów kajakowych i prowadzenie drużyny siatkówki.

Jak czasem słyszę, że trzeba chodzić na siłkę to mnie coś skręca.

W tym czasie w pracy też sprawy zaczęły nabierać pozytywnego obrotu.

Jednak nie przyczyniło się to wszystko do ratowania mojego związku – uratowało za to moje zdrowie fizyczne i psychiczne.

2 polubienia

@Istota dzieki za update. To co przechodzisz ze sobą to jest naturalne. Nie daj sobie czasem wmówić, że ten proces jest zły. Niektórzy moga to ubierać w etykietę kryzys wieku średniego, które wiadomo jakie ma znaczenie.

To czego doświadczasz to jest proces indywiduacji, który zaczął się już jakis czas temu, przez co widziałeś jak relacja odbiega od twoich wizji. Teraz czujesz chęć połączenia się z kimś kto długo pozostawał w cieniu. Doświadczaj i ciesz się procesem.

Zawsze się to pojawia i wtedy musisz się zatrzymać i wniknąc skąd ci się to bierze. Co się kryje za tą obawą że za późno, że za dużo że zbyt intensywnie. Co taka chęć zmiany chce osiągnąć w ostatecznym rachunku. Czego ci tak naprawdę brakuje, czy te wszystkie plany i chęci nie są tylko sygnałem potrzeby zintegrowania tego wewnętrznego dziecka, które potrzebuje nie tylko zostać zauważone, ale twojej stałej obecności i opieki nad nim.

Sam przez to przechodziłem i odkąd mam je pod okiem i opieką czuję się dobrze, mimo niesprzyjający wiatrów na tym odcinku życia. To jest moja najważniejsza relacja. Z mojej perspektywy te pomysły zawsze były moje, ale z czasów w których nastąpiło odłączenie części mnie i zastąpione zostało maską.

Taki wyrzut się z czasem zmniejszy im glebiej dotrzesz do tych fundamentalnych i niezaspokojonych wewnętrznych potrzeb. Nigdy się raczej nie skończy, ale zmniejszy intensywność jak bedziesz kontynuował integrację tych części które tak skrzętnie chowamy w cieniu.

Reintegracja siebi daje wiele satysfakcji, ale przynieść może tez sporo ryzyka, bo człowiek moż stac sie i staje się najczęściej inaczej odbierany przez otoczenie, co często wzmacnia obawy do okoła i budzi niepewność. Jak inni to postrzegaią i co z tym zrobią zależy tylko od nich. Ja tylko mogę doradzić, że proces ten jest warty każdego chwilowego kosztu czy cierpienia. Bez bólu nie ma wzrostu, albo jak to mówią bro na siłowni, No pain, no gain.