To będzie nieco dłuższe przywitanie

Witajcie, z tej strony Łukasz, lat 32.

Prawdopodobnie nie będzie to dla Was zaskoczeniem: szukam miejsca, gdzie bez wstydu i masek będę mógł opowiedzieć o swojej drodze. Przez lata zmagałem się z różnymi trudnościami. I choć bywały chwile, gdy teoria red pill wydawała się kusić prostymi odpowiedziami, zawsze czułem, że kłóci się ona z moją wrażliwością.

Dziś jestem w punkcie zwrotnym. Po wielu wygranych bitwach z losem, zderzyłem się ze ścianą w kontekście zrealizowanych celów oraz mojego związku. To był sygnały alarmowe, które uświadomiły mi, że to najwyższy czas, aby przestać uciekać i zajrzeć w siebie, szukając odpowiedzi co docelowo ma być punktem wyjścia do nowej jakości w życiu.

Dom, którego nie było

Dzieciństwo miałem skomplikowane. Z jednej strony byłem wesołym, lubianym dzieciakiem, z drugiej – regularnie patrzyłem na przemoc ojca wobec matki. Ojciec był surowym człowiekiem z południa, wywodził się z rolniczej, mało wylewnej rodziny. Zmagał się z alkoholizmem i depresją, co skończyło się jego samobójstwem, gdy miałem 15 lat. Szczerze? Nie przeżyłem tego mocno. Czułem ulgę.

W domu brakowało autorytetu, co przełożyło się na mój brak asertywności, pewności siebie i poczucia własnej wartości. Sport był jedyną przestrzenią, w której odzyskiwałem poczucie sprawstwa. To właśnie ta odskocznia w najtrudniejszych momentach przypominała mi, że jestem coś wart i jednocześnie była moją tarczą przez całe dotychczasowe życie. Mama robiła, co mogła, ale jej własne ograniczenia sprawiły, że startowaliśmy z dość niskiego pułapu. Problemy ojca przelały się na nią - depresja i alkoholizm, z którymi mierzy się już od 15 lat i nic z tymi nie robi. Czasami wjeżdża z drzwiami do mojego życia, co wprowadza na moment chaos, ale jest to coś nad czym pracuję.

Edukacyjny slalom, wejście w dorosłość

Z moją edukacją było różnie. Potencjał był, ale wolałem kumpli i imprezy. Przeszedłem przez rok w zawodówce budowlanej, potem liceum, aż wylądowałem w szkole dla dorosłych, co połączyłem z wejściem na ścieżkę zawodową. Wtedy też zacząłem pracować w sklepie sportowym. I tam po raz pierwszy poczułem, że mam do czegoś smykałkę. W ciągu ponad 4 lat przeszedłem drogę od sprzedawcy do kierownika najlepszego oddziału w Polsce osiągając przy tym fajne wyniki. W tym samym czasie moje życie uczuciowe było katastrofą. Zaliczyłem dwa krótkie związki, z których wyszedłem mocno poobijany. Z jednego z nich narodziła się córka, która jest dziś w wieku szkolnym.

Żona i relacja, która trwa

9 lat temu poznałem swoja żonę. To był punkt zwrotny. Ona – wykształcona pani magister, ja – ambitny, ale surowy „chłopek roztropek”. Zamieszkaliśmy razem po 3 miesiącach. Partnerka zaczęła mnie cywilizować. Do dziś pamiętam wstyd, gdy poprawiała moje „poszłem” na „poszedłem” albo gdy uczyłem się trzymać nóż w prawej ręce, choć od zawsze trzymałem go w lewej - doceniam te nauki, mimo, że było to dla mnie cholernie wstydliwe i źle się z tym czułem. Idąc dalej, To ona pchnęła mnie do matury, przez co pół roku harowałem, żeby nadrobić braki, zdać egzamin i otworzyć sobie drogę na studia. Szło nam dobrze - wspólne mieszkanie na kredyt, zaręczyny po 2 latach, optymizm. Partnerka ceniła moją zaradność i to, że potrafię załatwić wszystko z każdym.

Zawodowe turbulencje i pozytywne zmiany

Moja kariera to nie była tylko linia wznosząca. Po sporcie poszedłem w motoryzację. Początki były obiecujące, ale po roku dostałem wypowiedzenie. To mnie dobiło, popłakałem się (dosłownie). Potem było kolejne miejsce, gdzie nie przedłużyli mi umowy. Dopiero za trzecim razem zapewniłem sobie stabilność na kolejne 4 lata. Zarabiało się fajnie, ale czułem, że stoję w miejscu. Szukałem zmiany przez rok. W końcu trafiłem do wymarzonej branży technologicznej, w której mam prawdziwe poczucie rozwoju i realnego wpływu na to gdzie organizacja może być za 2-3 lata. Tutaj jest wszystko w jak najlepszym porządku.

Dom, studia i… ściana

Ostatnie dwa lata to był czas tytanicznej pracy. Będąc już 3 lata po ślubie, wpadłem na pomysł: sprzedajemy mieszkanie, kupujemy dom (bliźniak). Wbrew przekonaniu mojej żony, że to się absolutnie nie uda, zacząłem zwyczajnie działać. Po miesiącu poszukiwań znalazłem dom i zająłem się w zasadzie wszystkim - formalnościami, “załatwianiem”, negocjowaniem, kontrolowaniem postępów. W tym samym czasie studiowałem zaocznie. Obrona i ukończenie studiów z wyróżnieniem przypadła dokładnie na moment przeprowadzki i zmian zawodowych. No i udało się. Wszystko pięknie, kolejne dwa wielkie cele odhaczone. Ale właśnie wtedy, gdy osiągnęliśmy wszystko to co sobie założyliśmy, coś zaczęło pękać. Mówiąc wprost zaczęliśmy z żoną oddalać się od siebie - skupianie się na sobie, szukanie autonomii, coraz rzadsze dostrzeganie i realizowanie naszych potrzeb - można by rzec klasyka gatunku. Mocno trzymają nas przy sobie nasze psiaki, które absolutnie kochamy, no i rzecz jasna formalnie kredyt, ale to chyba też nic zaskakującego.

Szukanie autentyczności

Aktualny rok jest dla mnie rokiem prawdy. Postawiłem na zdrowie psychiczne. Na terapii rozliczam się z dzieciństwem, które mnie ukształtowało z całym tym bagażem. Ostatnio też zacząłem dużo słuchać Jacka Masłowskiego i przymierzam się do uczestnictwa w męskich kręgach. Jego treści były dla mnie wyzwalające i uświadomiły mi, że jako facet nie mam czego się bać. Że mam pełne prawo być wrażliwym, mieć swoje potrzeby i wyrażać je głośno, zamiast dusić wszystko w środku, żeby „tylko był spokój”. Uczę się godzić z tym, że nie zawsze i nie w każdym aspekcie muszę „dowozić” na 100%. Że mogę odpuścić rolę wiecznego pogromcy problemów i po prostu być sobą. W pewnym stopniu odświeżające są też dla mnie treści podawane przez Marka Mansona, a jego książka “Subtelnie mówię fuck” ułatwiła mi nabrania zdrowego dystansu do postrzegania otoczenia. Aktualnie w ramach autoterapii czytam książkę A. Kozak “Uwięzieni we własnej głowie”, z którą już od pierwszych stron zacząłem się mocno utożsamiać. Równolegle buduję formę życia w sporcie, ale teraz to już nie jest ucieczka, tylko świadomy wybór. Chcę stać mocno na własnych nogach i być gotowym na każdą konsekwencję własnych decyzji, podejmowanych w pełnej zgodzie ze swoimi potrzebami i autentycznością, które szukam.

3 polubienia

Cześć @Istota , miło że wpadłeś. Rozgość się i zapraszamy do lektury. Między czasie daj nam chwilę na ustosunkowanie się, ale muszę powiedzieć, że jesteś w punkcie zwrotnym i trochę zazdroszczę , że już tak wcześnie. Mi zajęło to parę lat dłużej.

Każdy mężczyzna to przechodzi i jak i czy się z tym zmierzy będzie należeć jak będzie odbierał życie. Przede wszystkim nie rób głupich ruchów. Daj sobie czas na pobycie w ciszy.

Zerknij do naszej biblioteki w dziale zasobów. Sporo złota się tam znajduje.

1 polubienie

Dzięki za polecenia. Zajrzałem do biblioteki i złożyłem już zamówienie na trzy pozycje, w dalszej kolejności zajmę się pewnie pozostałymi :slight_smile:

Cześć @Istota, dziękuję za ten kawałek szczerej historii.

Bardzo wybrzmiało u Ciebie to zdanie o „ścianie po odhaczeniu celów”. Wielu facetów trafia dokładnie w to samo miejsce i kompletnie nie rozumie, co się właściwie wydarzyło. A Ty już jesteś o krok dalej, bo zamiast szukać winnych na zewnątrz czy znaleźć sobie wygodne schronienie w ideologii takiej jak redpill, zacząłeś szukać odpowiedzi w sobie.

To jest generalnie to, co nas łączy - sam zacząłem swoje poszukiwania będąc w tym samym wieku co Ty (jestem obecnie prawie o dekadę starszy).

Z tego co piszesz wynika, że masz za sobą kawał ciężkiej historii, ale też kawał sprawczości. I teraz wchodzisz w etap, który jest chyba najtrudniejszy: nie „dowozić”, tylko być.

Pisz, dziel się, zadawaj pytania - dobrze, że tu jesteś.

2 polubienia

Jeszcze raz napiszę, z twojego postu już bije dojrzałość, szczerość wobec siebie. Moje spostrzeżenie na podstawie tego krótkiego fragmentu, więc mogę się mylić, jest takie, że ty jesteś przemęczony rolą którą grałeś większość życia. Przedwczesna dorosłość nauczyła cię jednego: Jestem coś wart, jeśli dowożę, ogarniam, ratuję, robię więcej niż trzeba. Strategia przetrwania, która działała latami. Problem w tym, że strategia przetrwania nie nadaje się do budowania bliskości i sensu. Twój związek był ratunkiem, a kiedy się nim skończył być stał się lustrem. Twoja żona niekoniecznie “oddala się”, „”psuje związek czy “przestaje kochać”. Bardziej prawdopodobne jest to, że przestała wzmacniać Twoją starą strategię, zaczęła widzieć Cię bez zbroi, a Ty po raz pierwszy nie masz czym jej zaimponować. Lustro nie oskarża. Lustro pokazuje.

Szczególnie kiedy osiągnąłeś cele, to nie ma nic więcej do udowodnienia. Jak jeszcze bardziej się postaram, to wreszcie poczuj, że jestem wystarczający. Przestało działać. Uciekałeś w tym od siebie. Identyfikowałeś się jako ktoś kto dowozi, ale teraz nie trzeba już się spinać. Nie ma gdzie uciekać od siebie. Stary sposób bycia już się skończył, a nowy jeszcze się nie urodził. Zadajesz sobie myślę złe pytania na początek. Kim chcę być i czy ten związek ma sens? Są istotne, ale ważniejsze jest inne.

Czy potrafię być w relacji bez zasługiwania, nadrabiania, ratowania?

Masz za sobą ogromną robotę i realny rozwój. Ale teraz wchodzisz w najtrudniejszy etap: życie bez trybu przetrwania. Nie musisz teraz niczego decydować, ani o małżeństwie, ani o przyszłości. Najpierw sprawdź jedno: czy umiesz powiedzieć „to jest dla mnie za dużo” i nie robić nic więcej. Jeśli nauczysz się stawiać granice bez agresji i bez tłumaczenia się, wtedy dopiero zobaczysz, czym naprawdę jest Twoja relacja i Ty w niej.

1 polubienie

Dodam jeszcze. Masz dwie drogi. Idziesz dalej i się rozwijasz.Na początku zwykle nie ma nagrody. Jest dezorientacja, spadek energii, czasem lęk. Znika iluzja kontroli. Ten etap to czyściec. Po czasie zaczyna się klarować tożsamość oparta na byciu, nie na dowożeniu. Mężczyzna:

  • mówi wprost o potrzebach, bez targowania się,
  • stawia granice bez agresji i bez poczucia winy,
  • przestaje skanować partnerkę, żeby zgadnąć, kim ma dziś być.

Sama relacja albo dojrzewa, albo się kończy, ale w obu wariantach znika wewnętrzne rozdwojenie. Jeśli związek trwa, to już nie na zasadzie kontraktu - ja daję stabilność, ty dajesz akceptację, tylko realnego spotkania dwojga dorosłych ludzi. Często wymaga to redefinicji dynamiki, czasem terapii par. Nie zawsze jest ładnie i wygodnie. Jedna strona, ta której zależy bardziej, musi i chce się emocjonalnie odłączyć i połączyć się ze sobą. Nie zerwać połączenia, ale nauczyć się je nawiązywać na nowo kiedy jest potrzeba. Jak ty napisałeś, stanąć na własnych nogach. To jest trudne dla osoby, która dzieciństwo miała trudne i emocjonalnie traumatyczne.

Jeśli związek się rozpada, ból jest realny, ale nie niszczący. Pojawia się za to coś nowego: spójność. Mężczyzna wie, kim jest, nawet jeśli jest sam. Kolejne relacje nie są już próbą naprawienia dzieciństwa.

Cofnięcie się wygląda chwilowo jak “ogarnięcie się”. Jest to powrót do starych metod, nadfunkcjonowania, tłumienia potrzeb, nie sprawiania kłopotów w relacji. Na krótką metę działa. Napięcie w relacji maleje, a partnerka może się uspokoić i “wrócić” do siebie. Świat zewnętrzny znów nagradza skuteczność. Cena przychodzi później. Odczuwa się to samo tylko mocniej i silniej. Związek często trwa formalnie, ale emocjonalnie obumiera.

Nie da się odwidzieć lustra. Cofnięcie się nie przywraca niewinności. Coś już zostało zobaczone. Różnica polega na tym, czy to zostanie zintegrowane, czy znów wyparte, a co wypieramy wraca silniejsze.

Droga do przodu nie obiecuje szczęścia rozumianego jako ciągły komfort. Daje uczciwość wobec siebie. A to dziwnym trafem bywa fundamentem życia, które w końcu nie trzeba znosić. To jest moment, w którym przestaje się pytać jak utrzymać związek, a zaczyna jak nie zdradzać siebie, niezależnie od wyniku.

Cześć, witaj

1 polubienie

Cześć :slightly_smiling_face:

Bardzo dobrze Cię rozumiem. :slightly_smiling_face: I uważam, że odmienne podejście typu “co z tego, że toksyczny - przecież to ojciec!” to rodzaj mentalnego niewolnictwa i krzywdzenia samego siebie.

@Johnny i @marcines dziękuję za Wasze odpowiedzi, to było bardzo budujące.

leto, cześć :slight_smile:

Hodowca, też się z tym utożsamiam i jednocześnie jestem zaskoczony, jak łatwo weszło mi to w krew.

Jeśli chodzi o moją przygodę, to dopiero start, więc momentami czuję zagubienie. Sporo się dzieje, ale próbuję dawkować sobie nowości, by zachować wewnętrzny spokój.

Wyjaśniłem już partnerce, że przez moją pracę najbliższy rok może być dla nas wymagający. Mam nadzieję na jej wsparcie, choć liczę się z tym, że ta sytuacja może stać się źródłem napięć. To może być najpoważniejszy sprawdzian, przed jakim dotąd stanęliśmy.

Jeszcze jedno Łukasz, jak tam twój najbliższy krąg kumple, przyjaciele? Co oni mówią na ten temat? Weź pod uwagę, że nie powinno się jednej osoby obarczać rolą kilku osób. Niektóre kobiety np. nie są w stanie zaakceptować jak się facet otwiera, bo je to przytłacza. Nie jest to reguła, ale często tak się zdaża.

1 polubienie

Siema Łukasz, dobrze, że tu dołączyłeś :slight_smile:

Mam bardzo wąskie grono przyjaciół, z którymi rzadko się widuje przez przeprowadzkę. Tutaj też naturalnie krąg kumpli mocno się uszczuplił, stąd ostatnio zacząłem rozważać przystąpienia męskiego kręgu, który jest organizowany w moich okolicach.

1 polubienie

Gdybyś był zainteresowany to mamy wewnętrzną, forumową grupę na discord i łączymy się ze sobą online w każdą niedzielę - taki trochę męski krąg. Poddaję pod rozwagę.

2 polubienia

Podzielę się z Wami jeszcze jedną rzeczą, bo to też ciekawe.

W okolicach września zeszłego roku udało mi się samemu dojść do refleksji: „Łukasz, zdystansuj się i zaangażuj mocniej w to, co sprawia Ci największą przyjemność”. Efektem tego było zapisanie się na kilka ambitnych startów rowerowych na poziomie ultramaratonów i zaplanowanie całego sezonu triatlonowego – tak na marginesie, to jest właśnie mój konik: triatlon.

I pochłonęło mnie to niesamowicie, do stopnia, z jakim się jeszcze nie spotkałem, i czuję, że tym razem jest inaczej. Nie robię tego, żeby zaimponować żonie i po raz kolejny udowodnić sobie swoją wartość. Robię to, bo zwyczajnie sprawia mi to przyjemność, a praca, którą wykonuję w tym obszarze, jest już pewną stałą mojej tożsamości.

5 polubień

Lubię te momenty, gdy facet, który całe życie budował swoją wartość przez “dowożenie” i robił różne rzeczy z lęku i potrzeby udowadniania pierwszy raz mówi - tym razem jest inaczej, tym razem to część mnie, to jest “moje”.

Mam tak z grą na harmonijce ustnej - nikt z mojego otoczenia nie rozumie tego dlaczego akurat wybrałem tak niszowy, mało seksowny instrument. A ja to po prostu lubię - mimo, że nikomu to nie imponuje.

Dzięki, że się tym podzieliłeś.

1 polubienie

@Istota , prosimy o meldunek. Co u ciebie?

Przypominam o spotkaniu we Wrocku.

2 polubienia

@marcines wspominałem ostatnio, że raczej mnie nie będzie i niestety muszę to potwierdzić, tak mi się ułożył kalendarz.

Piszę trochę na gorąco, ale czuję, że tak będzie najlepiej. Ostatni miesiąc stał pod znakiem chłonięcia dużej ilości wartościowych nagrań z kanału Balans na YouTube, ale też zadbania o swoje zdrowie fizyczne. Nie ukrywam, że było dosyć intensywnie i musiałem to sobie jakoś w głowie poukładać, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wnioski, jakie mi się pojawiły po przesłuchaniu niemal kilkudziesięciu godzin rozmów z wieloma fajnymi ekspertami, są dosyć zbliżone: akceptacja siebie, stawianie granic, zadbanie o własne potrzeby i stworzenie fundamentu, który będzie na lata. To wszystko się dzieje, a sam proces nadal jest ekscytujący.

Dzisiaj mnie to w szczególności uderzyło, bo po ponad miesięcznej przerwie widziałem się z terapeutką. Powiedziała mi na starcie, że widzi we mnie dużą zmianę – w mowie ciała, energii i wyłapywaniu wielu niuansów, co możemy nazwać zwiększoną świadomością siebie. Jej plan zakładał intensywną pracę przez najbliższe kilka miesięcy, ale uznała, że biorąc pod uwagę pracę, którą sam wykonałem przez ten czas – za wiele roboty jej tutaj nie zostało.

Natomiast…

Jest jedna kwestia, która jest niezwykle trudna: moja relacja z żoną. Terapeutka jest w miarę na bieżąco w temacie i układając poszczególne klocki w całość, wyszło jej dzisiaj w ramach pewnego podsumowania, że jestem w przełomowym momencie dla naszej relacji, ale przede wszystkim dla siebie.

Ciężko mi przytaczać na tę chwilę różne sytuacje z naszego życia, bo mógłbym tak pisać bez końca, ale ogólnie podsumuję to tak: nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nasz związek jest czysto praktyczny. Mamy wspólny kredyt, dom, dwa psy, ale jednocześnie wszystko robimy osobno. Dodatkowo coraz bardziej przeszkadza mi to, że nie mogę znaleźć z żoną wspólnego zajęcia, w którym moglibyśmy się oboje spełniać. Bardzo chciałbym ją zaangażować w sport, ale po wielu próbach przestałem.

W ogóle na dzień dzisiejszy ciężko mi znaleźć coś, co nas łączy. Do tej pory było to dążenie do wspólnego celu: mieszkanie, psy, dom. To wszystko jakoś nas nakręcało i ułatwiało trzymanie się wspólnej drogi. Dziś niestety się rozmijamy. Nawet planowanie wakacji zaczęło się od tego, że w pierwszej kolejności żona zakomunikowała mi, iż leci z koleżanką na wypoczynek pod palmami (ja niestety jestem kiepskim kompanem, bo lubię aktywnie spędzać czas).

W tym wszystkim nachodzi mnie taka myśl, że w naszej relacji czuję się bardziej samotny niż ze samym sobą, gdy jej nie ma w pobliżu. Według terapeutki jestem na takim etapie, gdzie „dowiosłowałem” na poziomie rozwoju do swojej żony, a teraz nawet delikatnie ją wyprzedzam. Zwyczajnie coraz więcej zachowań przestaje mi odpowiadać, co rodzi przekonanie o byciu nieszczęśliwym w tej relacji.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że my w zasadzie sobie niczego złego nie zrobiliśmy. Nadal się szanujemy, nadal myślimy o sobie (rzadko) i nadal (choć coraz rzadziej) czujemy do siebie w jakimś stopniu pożądanie. Wydaje mi się po prostu, że coś się w tej relacji wypaliło. O ile przez ostatni rok zależało mi na tym, żeby znaleźć rozwiązanie i nad tym pracować, tak aktualnie zaczyna mi zależeć coraz mniej i dopasowuję się w tym do mojej żony. A jeżeli ona nie chce i ja nie chcę, no to dokąd w takim razie zmierzamy?

2 polubienia

Praktycznie wszyscy ludzie zajmujący się na poważnie rozwojem osobistym i pracujący nad sobą dochodzą różnymi drogami do takich właśnie wniosków - akceptacja siebie i świata, stawianie granic, dbanie o własne potrzeby, branie za siebie odpowiedzialności, uważność na siebie, autorefleksyjność, dbanie o fundamenty takie jak relacje, sen, ruch i dieta. Trudno wymyślić tu coś innego - według mnie zresztą nic więcej nie potrzeba.

To wbrew pozorom częsty przypadek, dużo związków tak funkcjonuje - w takim trybie zadaniowym. No ale te cele kiedyś zostają osiągnięte i wtedy często pojawia się pytanie: “Czy my się w ogóle lubimy jako ludzie?”.

Proponowała wcześniej wspólne wyjazdy, a Ty odmawiałeś?

Bolesny stan - znam go z przeszłości, doskonale rozumiem. Trudno o gorsze uczucie.

No czasem tak jest, że ludzie w związku faktycznie zaczynają iść w różne strony życia, mają inne wartości, potrzeby, tempo życia, inne sposoby spędzania czasu - wtedy relacja naturalnie się rozjeżdża i nie ma w tym niczyjej winy. To jest coś, czego nikt nam za młodu nie uświadamia - że ludzie się zwyczajnie zmieniają i ktoś, kto bardzo do nas pasuje na jakimś etapie życia może wydawać się po latach kimś zupełnie nam obcym. To naturalne, nie ma w tym nic złego - no ale rozpad żadnej relacji przyjemny nie jest, szczególnie, gdy trzeba podzielić wspólny majątek.

1 polubienie

@Istota Widzę w twoim poście bardzo wiele podobieństw do tego co się u mnie dzieje.

Nad tym właśnie pracuję.

Różnica jest taka, że mamy dzieci i wszystko jest o wiele trudniejsze. W ciągu ostatniego roku to przyspieszyło - były wspólne zajęcia a teraz jest ich coraz mniej. Był sport ale ja idę w to bardziej a żona od tego odchodzi.

Właśnie pojawiła się propozycja z jej strony o wakacjach osobno.

100%

Moja terapeutka mi tego nie mówi - trudno obiektywnie ocenić poziom rozwoju osoby z którą się nie ma kontaktu. Ale poza poziomem rozwoju jest zwykła niechęć, brak obiektywnej oceny, zawiść, toksyczność, manipulacja, utrzymywanie za wszelką cenę “zdobyczy” i czerpanie korzyści. Ktoś na wysokim poziomie rozwoju nie musi być pozytywnie do Ciebie nastawionym. Tak jest u mnie.

Rozwiązania szukam u siebie, tylko siebie można zmienić.

Masz 32 lata. Ja mam 52. Doświadczasz tego dość wcześnie. Jest to smutne ale i jest to szansa. Może liczy się nie wiek ale czas trwania związku. W wieku 34 lat byłem już po rozwodzie.

1 polubienie

Dzięki za Wasze wpisy. Potrzebowałem chwili, żeby usiąść na spokojnie i wrócić do tego myślami, bo ostatnio żyję w dużym pędzie (choć staram się zwolnić).

@Johnny Dokładnie tak – tryb zadaniowy. Teraz jesteśmy trochę obnażeni; widzimy siebie takimi, jakimi jesteśmy, i być może faktycznie dostrzegamy więcej cech, których w sobie nie lubimy.

Co do wakacji – nie było takiej sytuacji. W ostatnim czasie wielokrotnie to ja wychodziłem z inicjatywą wspólnego spędzania czasu, a same wakacje planowaliśmy zazwyczaj wspólnie. Wydaje mi się, że pokłosiem obecnego stanu może być fakt, że dwa lata temu oznajmiłem żonie, że jadę na cztery dni w góry sam (co zrobiłem) – był to totalny spontan. W tamtej chwili desperacko potrzebowałem pobyć sam ze sobą, wyciszyć się i poszukać radości w drobnych rzeczach. Być może odebrała to w taki sposób, że ona też może zrobić coś podobnego. Temat wyjazdu z koleżanką pojawił się zresztą już w zeszłym roku, a teraz po prostu wraca. Ogólnie nie mam z tym problemu – niech spędzi ten czas zgodnie ze swoimi potrzebami.

Tak, myślenie o rozpadzie relacji nie jest przyjemne i obawiam się, czy oswajanie się z tą myślą to właściwy kierunek. Ostatnio zacząłem nawet przeglądać oferty mieszkań i wizualizować sobie życie samemu w mieście, w 3 pokojowym mieszkaniu. To pozwoliłoby mi też skupić się na spędzaniu czasu z moją 8-letnią córką, z którą widuję się zdecydowanie za rzadko.

Podział wspólnego majątku? Niby nie wydaje się to skomplikowane: sprzedać nieruchomość, podzielić się psiakami i rozstać w zgodzie. Oczywiście wyobrażam to sobie teraz na poziomie faktów; nie wiem, co by się wydarzyło, gdyby doszły do tego silne emocje, pretensje i rozczarowanie.

@NicolasC

Śledziłem Twój wątek i mam podobne odczucia – w wielu sprawach nasze przypadki mają punkty wspólne. Jedynym, co stawia mnie w nieco innej sytuacji (mimo posiadania córki), jest fakt, że wciąż jesteśmy w stosunkowo młodym wieku.

Wiecie co? Zbieram się w sobie do rozmowy z żoną, ale z drugiej strony mam w sobie wewnętrzną niechęć. Niestety moje ostatnie próby inicjowania szczerych rozmów o uczuciach kończyły się tym, że druga strona czuła się przytłoczona i szukała ucieczki od tematu.

Podsumowując: coraz bardziej dochodzę do wniosku, że nie jestem szczęśliwy w tej relacji. Jednocześnie liczę, że “jakoś to się samo poukłada”, jeśli dam nam czas – co jest zwyczajnym myśleniem życzeniowym i próbą życia w kłamstwie. Często łapię się na tym, że wracam wspomnieniami do tego, jak nasz związek wyglądał parę lat temu i zastanawiam się, czy mogłoby być jeszcze tak, jak dawniej.

3 polubienia