Gdzie poznajecie kobiety?

Dobra, dobra, mnie już dawno kupiłaś!

2 polubienia

Nie wiem od jakiego, na pewno nie od naszego. XD. Spoko nikt tu nie ma spiny, chyba ze cos sie dzieje za kuluarami… :wink:

Mnie też <3

1 polubienie

:heart:

Szczodryś! Ukłony! A tak btw, ej, mam nieodparte wrażenie, wynikające jedynie z wadliwości mego ómysłu [!], że zwracasz na mnie uwagę, gdy napiszę coś durnego i zawrze hucznie za tymi, no..

discorda!

I proszę, mamy winowajcę:

Tak, Marcin, to było głupie z mojej strony. Oszczędnie się tu udzielam, a z rozpędu napisałam, jakby miała Was opuścić moja wielce szanowna aktywność. Pod zniknięciem miałam na myśli brak odświeżania tej stronki. Wypowiedzenie publicznie, że założyłam plan pomóc rozwinąć to miejsce, w mojej świadomości było zobowiązaniem, zdeklarowaniem się na coś. Niestety, dobre intencje nie zawsze zdążają za możliwościami. Pozostaje posypać głowę popiołem.

Mam też zasadę, żeby nie posiłkować się ej aj, piszę z serca, a to trochę ssie czasu.

@Jesse_James:

Pomyślałam ten post jako syntezę paru odczuć, które pojawiły się we mnie pod wpływem lektury wątku - od strony drugiego “gracza” - kogoś, kto ma na koncie zagadujących mężczyzn, kogoś, kto wychował się w babińcu, kto, ostatecznie, wie, jak myśli, czego się skrycie boi. Nie wiem właściwie, czy to pisarstwo w czymś Ci pomoże :face_with_peeking_eye: . Mogę też chybić w czymś.

Let’s begin. Po pierwsze.. Kobiety to po prostu ludzie. Kryją po zakamarkach umysłu swojskie lęki i wybujałe fantazje na ich uzdrowienie, marzą, by dorosnąć do Ja idealnego, są “animal sociale”, więc czerpią, jak faceci, budulce do podtrzymania swojej tożsamości z otoczenia społecznego, unikając sytuacji, które rodzą dyskomfort i dysonans poznawczy. Podchodząc do nieznajomej, najpewniej zobaczysz przed sobą kogoś, kto się chociaż trochę przestraszy, kogo psychika również poczyta tę scenkę za społeczny test swojej wartości, kto z ulgą przyjmie rozładowanie napięcia sytuacji, niezależnie, czy będzie ona oznaczać skuteczne spławienie Cię, czy Twoje wprawne obniżenie ładunku emocjonalnego. Nie wiem, jak Ty to odczuwasz, ja jakoś w teorii, może na wyrost, zakładam, że wahadło ‘straszno i śmieszno’ niezręcznego zaczepiania obcej osoby przechyla się w stronę śmieszno, jeśli się pojmuje, że naprzeciw jest kruchy, stremowany człowiek. Niech Cię nie zwiedzie ewentualna pozorna wyniosłość - wierz mi, dziewczyny czasem ukrywają się pod fałszywą dumą, odrzucają i przeczesują włosy, zadzierają bródkę, kiedy czują się niepewne.

Dwa. Być może przydatnym byłby jakiś skąpy, ale brutalnie szczery opis Twoich realnych perspektyw, jeżeli czujesz się na siłach i w gotowości, bez presji i przymusu [zupełnie bez konieczności]. Zauważyłam na przykład, że polubiłeś mój post o psychoterapii. Zastanawiałam się, w jakim momencie życia jesteś, z jakimi potencjalnymi obciążeniami się ścierasz. Stany depresyjne, traumy, fobie, ..spektrum neuroatypowości…? Jak oceniasz się na skali kompetencji społecznych - piszę o tym tak otwarcie, bo dla mnie to nie jest w żaden sposób komiczne, deprecjonujące, myślę, że to forum pomieściłoby taką informację, zaś rady byłyby ewentualnie bardziej skrojone, dostrojone pod Twoje położenie. Forsowne stosowanie się do prawideł dobrych dla ludzi w normie psychicznej przez osobę choćby z fobią społeczną w najlepszym przypadku doprowadzi do poważnego zniechęcenia, w najgorszym - wtórnie zaburzy. Zdarzyło mi się wystawiać się na coś, co w danym czasie plasowało się ponad mój dostępny kurs lotu i to było naprawdę kiepskie doświadczenie. Twarda rzeczywistość zwykle się o nas upomni. Dobrze jest ocenić realia na trzeźwo i działać stopniowo, po kolei. Tak wynika w każdym razie z moich doświadczeń.

Trzy. Jeżeli przygodne zagadanie do dziewczyny daje Ci poczucie, że będziesz dygotał - to to może jeszcze nie być ten etap. Niemniej - to nie znaczy, że nic nie możesz zrobić. Polecałabym wdrożenie się w zaczepianie ludzi niezobowiązująco. W drogerii pytasz, czy jest na stanie produkt, gdy okazujesz nazwę i kod, na ulicy zagadujesz nieznajomą, czy poratuje godziną, bo telefon Ci się rozładował etc… Możesz rzucić nawet żartem, jak się poczujesz pewniej, ale nie prosisz o numer. Dlaczego?

Prócz powyższego przesuwania granicy komfortu w nieprzemocowy dla siebie sposób - wyobraź sobie to tak: większość dziewczyn ma doświadczenie bycia podrywaną, zaliczyła jakiegoś natręta, kogoś, kto nie szanował granic, nie rozkodował słowa “nie”, ale i wrażliwego chłopaka, któremu trzeba było zwyczajnie sprawić przykrość. Wbrew pozorom to nie w każdym przypadku jest takie superprzyjemne, kiedy znikąd wyrasta Ci przed oczami [czasem za plecami] jakiś gostek. Kobiety, moim zdaniem, mają też odrobinę zaprogramowanego lęku przed nieznajomymi mężczyznami, takiego podprogowego, który nie zawsze jest aktywowany, ale gdzieś tam majaczy. Zdecydowana większość to nie są też psychopatki i odrzucanie drugiego człowieka nie sprawia nam przyjemności. Dążę do tego, że dużo, dużo lepiej odbieramy mężczyzn, którzy okazują zainteresowanie, ale nie sprzedają nam tego ciśnienia, że numer być musi, bo on włożył tyle wysiłku. Nieprzesadnie dbały luz, życzliwość, przestrzeń na to, że small talk pójdzie poza planem i elastyczność są naprawdę OK - konieczność niedecydowania od razu też! Mówię o Day Game, nie o klubach, gdzie konwencja jest jasna. Przypuszczam, że niejednokrotnie jest tak, że facet dostaje kosza, bowiem dziewczyna nie miała czasu sobie przeprocesować, co się właśnie stało i zachowawczo się wycofała. Sądzę, że to dobra i zła informacja: z jednej strony uzyskujesz świadomość, że nie zawsze dynamika i konsekwencje interakcji są jakoś spowinowacone stricte z Tobą, z drugiej - wypływa stąd wniosek, że dodatkowa praca wiąże się z wyrobieniem w sobie luzu, swobody, przestrzeni na odmowę, bez wygórowanego napięcia. Na przykład weźmy na warsztat tę rzeczoną drogerię: podchodzisz do dziewczyny i pytasz o cokolwiek, nie zachodzisz od tyłu, gdy Ciebie nie zanotowała wcześniej, nie zachodzisz jej drogi, tylko normalnie podchodzisz, z uśmiechem dopasowanym do sytuacji, pytasz o coś sytuacyjnego, uzyskujesz odpowiedź, obserwujesz sygnały i właściwie możesz się oddalić. Zachodzi bardzo duża szansa, że mijając ją kolejny raz w alejce - zauważysz jej spojrzenie → kobiety od zarania ich życia sprowadzane są do swojej fizjonomii, internalizujemy to i uczymy się odbijać się w cudzych oczach, dziewczyna z opowieści może chcieć wyczytać w Twoim spojrzeniu, czy oceniłeś ją jako atrakcyjną. To jest moment, w którym możesz się ukradkowo, niewinnie uśmiechnąć na znak “o, ponownie się spotykamy”. To nie musi skończyć się wnioskowaniem o namiary - po prosu im więcej takich casualowych interakcji, które nie gryzą, tym lepiej widzisz, jak to działa, różnicujesz sobie odmienne reakcje, nabywasz swobody = w żaden sposób nie zostałeś odrzucony - uczysz się zatem, że kontakt z nieznajomą nie musi dla Twojego układu nerwowego wiązać się per se z zagrożeniem. Obniżasz sobie pułap desperacji. Dopuszczasz szanse ewakuacji. Uelastyczniasz.

Cztery. Jak wygląda Twoje zaplecze społeczne? Jak sobie radzisz na tym polu? Jest w manosferze masa facetów, obrażonych na kobiety i równocześnie nieporuszenie nieposiadających żadnych przyjaciół czy nawet znajomych. Powiem to bez ogródek - bardzo trudno jest utrzymać związek, jeśli Twoje zaplecze towarzyskie kształtuje się nijak. Kobieta nie zaspokoi Ci wszystkich potrzeb, nie sprosta byciu Twoją jednoosobową orkiestrą. Pytam, bo mówiłeś, że na domówki nie ma szans. Pomyślałam: nie ma ludzi czy nie ma w otoczeniu właściwych ludzi? Poza tym, moim zdaniem, przez znajomych całkiem dobrze poznaje się partnera; zareklamują Cię odpowiednio, większa celowość doboru, jeżeli szukasz czegoś stałego.

Pięć. Gdy byłam bardzo małą dziewczynką, na wynajętym placu z okazji dnia dziecka rozbił się obwoźny namiot z rozrywkami dla dzieci. Atrakcją był kucyk, zatem dzieciaki skrzyknęły się w tempie ekspresowym. Prócz płatnych rundek na zwierzaku, były jakieś dmuchane zabawki i teatrzyk, repertuar ultranudny. Pamiętam panią brzuchomówcę, która włożyła łapkę pluszowej małpki do słoika orzechów, chcąc dać dzieciakom lekcję, że gdy zbyt wiele dla siebie zapragniesz, tracisz wszystko [zablokujesz dłoń w słoiku]. Jakoś wtarła mi się w pamięć ta niepozorna scenka. Wbrew narzekaniom facetów o friendzonie, polecam Ci z głębi serca kumpelstwo z dziewczyną/-ami, jeżeli potrafisz zapanować nad zakochiwaniem się po okazanych: cieple i zainteresowaniu [i jeśli masz taką perspektywę]. Nie zgarniasz całej puli, ale pozostajesz w zysku. NIKT Cię tyle nie nauczy o kobiecości, jak przyjaźnie z samymi kobietami. Oswajasz się. Załapujesz, co jest w nich powtarzalne, a co różne. No i tracisz ciśnienie, szepczące Ci do ucha, że po odrzuceniu ‘z rąk’ jednej kobiety, przekreślił Cię cały rodzaj żeński i werdykt brzmi: nie nadajesz się. Zawsze masz za sobą jakieś kobiety, które Cię znają i cenią.

Znajomy ze studiów był wychowywany przez samotną matkę-psycholożkę. Tabun koleżanek i przyjaciółek. Nigdy sam, pomimo, że w moim odczuciu niespecjalnie atrakcyjny. Choć był w związku z jedną dziewczyną, jego ściany zdobiły artystyczne zdjęcia poprzednich, osobiści wykonane… Rozstawał się tekstem: już się przy tobie nie rozwijam - i przeskakiwał na kolejną kandydatkę. Feminista. Świetnie operował na tym, co kobiety lubią.

Sześć. Dziewczyna i jej reakcja na Twoje wysiłki podrywu niekoniecznie jest Twoim lustrem i ekranem. Zdarzyło mi się, gdy miałam depresję, odwrócić mimowolnie głowę, kiedy na przystanku nawiązał kontakt wzrokowy, uśmiechnął i wypowiedział do mnie “cześć” nieznajomy mężczyzna. Kątem oka zobaczyłam przykrość malująca się na jego twarzy - było mi cholernie wstyd. Nie chciałam go zranić, nawet nie wiem, jak mogłam tak panicznie zareagować. Potrzebowałam, żeby wszyscy dali mi spokój.

Siedem. Kobiety są różne. Mój znajomy kisi się na rencie inwalidzkiej, ale obskakuje biblioteki i ma łeb pełen woluminów. Gdy otwiera usta, dzieje się muzyka. Zakochują się w nim niektóre intelektualistki i zaburzone alternatywki.

Osiem. Redpill i blackpill to przedramatyzowana wersja rzeczywistości, ale moim zdaniem kobieca miłość ma taki człon w sobie, w którym jest wolne miejsce do zagospodarowania przez doświadczenie zaimponowania. W moim odczuciu kobiety częściowo zakochują się przez podziw. Tyle, że rozciąga się całe, bujne spektrum tego, co je kręci i podnieca. Blachara przekalkuluje Cię przez kółka, na których wozisz cztery szanowne, ale dziewczyna, która siedzi w psychologii może już windować w ocenie mężczyznę o wyróżniającej samoświadomości. Zresztą Warszawski mówi, że hipergamia ma dotyczyć dowolnej właściwości ważnej dla danej pani [co, swoją drogą, się samoośmiesza, bo definicja bez ostrych granic pojęciowych staje się koncepcyjnym śmietnikiem, terminologia nie spełnia już swojej funkcji reprezentatywnej, pozostaje bezużyteczna. Hipergamia w świetle socjologii przecież =/= “O rany, ale on jest cudowny!”.].

Dziewięć. Rozwijaj się. Żyjemy w epoce, w której szumny rozwój jednostek rozgłaszany jest tu i ówdzie, obfetowany, obwieszony instalacją świetlną i sołszialmediowym brokatem. Ludzie otoczeni są kołczingowym szitem, który każe im metaforycznie wygłaszać przed własną podobizną w lustrze, jacy są zajebiści - nigdy nie dziwiła mnie plaga współczesnych prokrastynatów, skoro najpierw masz się erotyzować do siebie, prospektywnie gratyfikować siebie, a dopiero potem zmierzyć z jakąś wymagającą dziedziną. Prawda jest taka, że kiedy przystępujesz do poważnej lektury, masz prawo czuć się głupszy od niej w jej zakresie przedmiotowym, kiedy stajesz pierwszy raz przed sztangą, możesz czuć się wymownie mały, że wkraczając na nową ścieżkę zawodową, możesz [i będziesz] doświadczać siebie jako tworzywo niedostateczne. Trzeba sobie chyba umeblować świat psychiki, nie tworząc niemego getta dla tak ludzkich i nieusuwalnych doznań, jak pokora, brak permanentnego szczęścia, małość i zwątpienie własne. Cierpienia nie da się uniknąć. Za późno to zrozumiałam. Prawdziwy rozwój jest raczej cichy, brakuje mu splendoru i nawet chybiasz w spostrzeganiu, by coś się w Tobie przekonwertowało. Po prostu ciułasz.

Dziesięć. Daj sobie czas. Samotność rozwija charakter, jeśli jej na to pozwolisz. Największy przypływ fajnych ludzi, ciekawych, często starszych, z wyższą pozycją życiową, przybył do mnie po okresie samotności i rozpadu. Większość z nich założyła, ze czytałam mądrzejsze książki, a ja się po prostu rozwinęłam humanistycznie pod wpływem szczerości z samą sobą.

Jedenaście. Rozważ pójście na terapię, jeśli jej obiektywnie potrzebujesz.

Tyla na ten moment.

Ej, bo się rozpłynę! :slight_smile:

6 polubień

Dzięki za podzielenie się uwagami. Bardzo cenna perspektywa i bardzo rezonująca z moimi doświadczeniami. W sumie można by założyć osobny temat dla każdego tego punktu. Dlatego twoja obecność na forum jest istotna i zapewnie czarną owcą ani winną nie jesteś. Głowy popiołem nie posypuj tym bardziej, bo ten bezużyteczny gest jest pusty jak butelka pod łóżkiem alkoholika. Pisz co ci do głowy przyjdzie i nie tylko w tematach czy pytaniach założonych przez facetów.

Ale wracając do tematu @Jesse_James. Myślę, że wiele facetów boi się podchodzić do kobiet do kobiety z racji poczucia bycia odrzuconym lub odbranym jako creepy. I pewnie często tak jest, kiedy zagaduje się obcą osobę na podstawie zaledwie wyglądu zamiast kontekstu danej sytuacji. A to drugie ma większe znaczenie jak i dystans do siebie. Łatwiej się robi, że reakcja drugiej strony niekoniecznie świadczy o osobie zagadującej, bo czynników trzymania dystansu może być wiele. Dlatego nie powinno się odmów traktować jako świadectwo swojej wartości, ani atrakcyjności. Tym bardziej jak owa odmowa będzie delikatnie mówiąc nieuprzejma.

Myślę, zę dobrym miejscem są warsztaty nastawione na rozwój, jak już wspomniano działalność charytatywna i/lub wspierająca. To świadczy o umiejętności zajrzenia w głąb swojej osoby i próby zrozumienia i nauki siebie.

2 polubienia

@zodiac Pisz więcej, bardzo lubię czytać Twoje posty. :slightly_smiling_face:

Jest coś takiego. Niektóre kobiety zachowują się wyniośle, a tak naprawdę są niepewne siebie - wyniosłość daje im “sztywną szybę” którą mogą odgrodzić się od świata.

Inne odlatują w myślenie życzeniowe i wyobrażanie sobie, że są wielkimi pięknościami i “księżniczkami”…

Inne po prostu są przebojowymi cwaniarami i przez przyjęcie wysokiej “pozycji negocjacyjnej” otrzymują w życiu różne profity.

Niestety wszystkie te postawy mogą ranić psychicznie młodych, niedoświadczonych facetów którzy wezmą te pozy na poważnie, jako istotną ocenę ich atrakcyjności/wartości.

Co do wyniosłości i niepewności:

Ja wspólnie z moją partnerką straumatyzowaliśmy młodą sąsiadkę… :roll_eyes:

Mam stosunkowo nową sąsiadkę w wieku może około 25-26 lat. Jest nawet ładna - jak dla mnie 6/10, ale może być dla kogoś 7/10. W każdym razie na pewno dziewczyna nie jest brzydka lub przeciętna, ale też nie jest super ładna.

Ja mam 40+, ale wyglądam na 35, podobam się wielu kobietom, w tym nawet nastolatkom :joy:(wiem o tym ponieważ czasami przechodzę koło liceum i łapię zainteresowane spojrzenia od kręcących się tam licealistek). Tak więc kobiety 25-26 lat spokojnie mieszczą się w moim “polu rażenia”.

Partnerka nieco ponad 30, ekstremalnie atrakcyjna - najpiękniejsza kobieta jaką widziałem w życiu. I nie piszę tego dlatego, że to moja partnerka, ani dlatego, że “gestapo” może przeczytać to co napisałem. :joy: Ona obiektywnie wygląda super dobrze i co chwila ktoś się na nią gapi - ciężko byłoby tego nie zauważyć.

Pewnego dnia jadę sobie windą z sąsiadką - która wówczas jeszcze nie widziała mojej partnerki. Sąsiadka ubrana w futerko, wymalowana… Mina wielkiej księżniczki… Ja jestem trochę rozbawiony, bo z całym szacunkiem dla jej urody, ale jest 6/10, może 7/10, nie jest żadną wielką pięknością. Przy czym dla mnie to jest zwyczajna jazda windą, bez żadnych podtekstów. Za to sąsiadka zachowuje się nerwowo, jest wpatrzona w telefon, dziwnie spięta… Zaczyna to wyglądać tak, jakby ona - maksymalnie “odstawiona” - oczekiwała z mojej strony zachwytu jej urodą, a może i…zagadania? To wygląda tak, jakby to “księżniczkowanie” nie było po to, żeby mnie odstraszyć, tylko żeby zrobić na mnie wrażenie, zachęcić mnie do zajęcia się nią? To było trochę dziwne, nieporadne.

Później pewnego dnia sąsiadka widzi mnie z moją partnerką… I wygląda jakby czuła się skopana. Odebrałem to tak, że sąsiadka poczuła się boleśnie zdeklasowana wyglądem mojej partnerki. Co tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że dziwna atmosfera w windzie nie była przypadkowa.

Później sąsiadka zawsze robi się dziwnie spięta, “sztywna” w mojej obecności. A jej koleżanki patrzą się na mnie z niechęcią, jak na…krzywdziciela?

Myślę, że mogła się we mnie zakochać i cierpieć, zwierzać się z tego koleżankom - i stąd ich krzywe spojrzenia na mnie.

Sąsiadka zachowuje się jak “sztywna”, nadęta, a tak naprawdę jest wstydliwa, nieporadna towarzysko. Bo nawet gdybym był nią zainteresowany, to ciśnienie na to, żebym z nią zagadał w windzie - i jednoczesne księżniczkowanie + nerwowe gapienie się w telefon nie było najlepszym podejściem do sprawy. Obawiam się, że ona mogła myśleć, że to będzie scena jak z filmu - ona wejdzie do windy wystrojona, ja się nią zachwycę i to będzie początek wielkiej miłości…

Zmierzam do tego, że sąsiadka może robić wrażenie wyniosłej, pewnej siebie dziewczyny… A tak naprawdę jest niepewna, wrażliwa, nieporadna, nieco…niedojrzała?

To smutna historia, bo dziewczyna chyba się nacierpiała. To co dla mnie było drobnostką, dla niej chyba było źródłem dużego cierpienia - na co wskazują dziwne spojrzenia koleżanek.

Puenta jest taka, że ładne i zachowujące się wyniośle kobiety mogą mieć swoje problemy, deficity i sercowe tragedie - których nie widać na pierwszy rzut oka. Na mnie sąsiadka zrobiła na początku wrażenie dość pewnej siebie, asertywnej i ogarniętej dziewczyny - kompletnie nie spodziewałem się późniejszego “cichego dramatu”.

Też uważam, że to jest dobry pomysł. To by mu dało doświadczenie, wyczucie w interakcjach z nieznajomymi kobietami, bez ciężaru psychicznego związanego z narażeniem się na odrzucenie.

Z tym friendzone to są chore, szkodliwe wymysły. Przecież mnóstwo par zawiązuje się w szkole, na uczelni, w miejscu pracy - gdzie ludzie najpierw są znajomymi.

Pomysł z kumpelstwem popieram - to powinno “odczarować” kobiety.

Takie myśli to masakra…

Ja zdecydowanie mam atrakcyjność powyżej średniej, a w czasach zajmowania się PUA i masowym podchodzeniem, dostałem kosza od kilku tysięcy kobiet. :joy: Co brało się w ogromnej mierze z wiary w głupie teorie na temat kobiet i z wynikających z tego głupich zachowań.

Ale nawet patrząc na moją atrakcyjność “wzrokową”, to widzę, że część kobiet na mnie leci, niektóre wręcz się “ślinią” na mój widok, a inne…nie zwracają na mnie uwagi. Czyli nawet czysto wzrokowo jest ogromna rozbieżność, nie ma żadnego “jednolitego werdyktu płci żeńskiej”.

Moja partnerka była w związkach z bardzo atrakcyjnymi mężczyznami…moim zdaniem o wiele bardziej atrakcyjnymi niż ja. Ale ona woli mnie - i jej zdaniem porównywanie mnie z nimi jest “bluźnierstwem”.

Znam przypadki gdy kobiety o mocnej urodzie 8/10 lub lepszej - mające możliwość dobrania sobie mężczyzn z górnej półki - były z jakimiś przeciętnymi lub wręcz “kiepskimi” facetami.

Co robił? Rozmowy o emocjach? :slightly_smiling_face:

Są niszowe, “wyspecjalizowane” gusta.

Tak.

BTW Znałem kiedyś jednego z najbardziej znanych polskich coachów. Gość jest dobry w marketingu i w robieniu z ludzi idiotów. Regularnie wypowiadał się na temat na których się nie znał - robił z siebie geniusza od wszystkiego. W życiu osobistym był tak “wspaniały”, że matka jego dziecka nie chciała zostawiać z nim dziecka sam na sam, bo bała się, że nawet na własnym dziecku będzie budował swój kult jednostki. A ludzie przychodzili do niego z nadzieją, że on im poukłada życie… :face_with_spiral_eyes:

Wspólny znajomy, również coach-oszust, powiedział o tym pierwszym, że on kiedyś był normalny, ale później “zwariował” - najprawdopodobniej przez zagłębianie się w jakieś klimaty “samorozwojowe”. Sam znam ludzi którym zbyt mocne zaangażowanie się w PUA skrzywiło na trwale psychikę, więc jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że to samo miewa miejsce w “samorozwoju”.

Jak to brzmi… Możesz napisać więcej o co chodzi?

Ja mam inne spojrzenie na cierpienie - moim zdaniem zdaniem ogromna większość cierpienia w dorosłym życiu jest do uniknięcia, jeżeli ma się odpowiednie informacje, dobrych doradców, wzorce, jeżeli zachowuje się adekwatny rozsądek i ostrożność, etc etc.

Coś w tym jest. I ważne jest to, aby ciułać, a nie czekać na nie wiadomo co. Ale też niekoniecznie harować z zapałem. Raczej właśnie “ciułać”.

W moim życiu postęp często przychodził nieoczekiwany - a nie wtedy gdy tego chciałem i gdy najbardziej się starałem.

To brzmi bardzo ciekawie i chętnie usłyszałbym więcej. :slightly_smiling_face:

A jest jeszcze porcja “simpowania” ode mnie. :grin:

Bardzo Ciebie lubię, moim zdaniem jest jesteś bardzo inteligentna i “czuję” w Tobie bardzo fajną osobę. Mam wrażenie, że jest w Tobie…dobro, przyzwoitość, a jednocześnie coś bardzo kobiecego… Taka “słodycz”, “słodki charakter”, ale nie ujmujący w niczym potencjałowi intelektualnemu, ani powadze wygłaszanych myśli. Mam na myśli “słodycz” w postaci dobrej moralnie, bardzo wyraźnie kobiecej osobowości. Mam wrażenie, że jesteś osobą, kobietą idealną.

Możesz pomysleć, że przesadzam lub że sobie żartuję, ale ja napisałem to wszystko 100% szczerze i bez przesadzania. Odbieram Ciebie dokładnie tak jak napisałem. Spodziewam się, że będzie Ci się przyjemnie czytało to co napisałem i moim celem jest sprawienie Ci przyjemności - ale jednocześnie moje słowa są 100% szczere.

Jeżeli uważasz, że posiadasz jakieś wady, to możesz je wymienić i spróbować zmienić moje zdanie. :wink:

Pamiętam Twój wątek o psychoterapii… Nie wiem o jaki problem chodzi, ale dziwi mnie to, ponieważ robisz na mnie wrażenie bardzo poukładanej i zdrowej emocjonalnie osoby. Z chęcią usłyszałbym więcej na ten temat.

Nie wiem ile masz lat, ale chyba pisałaś coś co brzmiało jakbyś była jeszcze na studiach lub krótko po skończeniu? Ja jeszcze na początku studiów byłem mocno zakompleksiony (w czym ogromną rolę odegrało dzieciństwo z toksycznym ojcem z objawami narcystycznego zaburzenia osobowości) i ogólnie mój poziom zadowolenia z siebie był bardzo niski. W tamtych i wcześniejszych latach wiele się przez to niepotrzebnie nacierpiałem. Tym co mi pomogło była “rynkowa weryfikacja” własnej wartości. Głównie przez kobiety, przez uwodzenie i seks. Gdy zaczęło do mnie docierać, że w oczach kobiet mój profil to coś w stylu “przystojny, bardzo inteligentny, super w łóżku”, to mój poziom zadowolenia z siebie zaczął wzrastać.

Zastanawiam się czy przypadkiem nie masz mniej lub bardziej podobnej sytuacji - czy przypadkiem nie “wisi” na Tobie coś z wcześniejszych lat, coś co utrudnia Ci docenianie siebie takiej jaką jesteś naprawdę? Może u Ciebie jeszcze nie miała miejsce taka “rynkowa weryfikacja” w jakiejś ważnej dla Ciebie dziedzinie? A może miała miejsce i to właśnie miałaś na myśli pisząc:

Tak czy inaczej, jestem ciekaw jak to u Ciebie wygląda. :slightly_smiling_face:

Twój wierny simp, Hodowca.

2 polubienia

No jesteś po prostu super - taka mądra, wrażliwa, empatyczna i pełna ciepła. Dobry człowiek. Dobrze, że tu jesteś. Dzięki serdeczne za Twój wpis, pomyślę nad nim.

1 polubienie

A jakże!

Zwizualizowałem sobie!

Mówiłem już, że mnie kupiłaś?

kompletnie nietrafione spostrzeżenie! Zabolało mnie serduszko, że możesz tak o mnie pomyśleć!

oh :heart_eyes:

Tak!

1 polubienie

Dzięki za wiadomości zwrotne! :slight_smile: Odpowiem na raty.

Już pominęłam wspomnienie, że 3 razy [słownie: trzy!] zakochaliśmy się w sobie z przyjacielem [3 inne egzemplarze], z czego wyszedł jeden związek [i to nie związek nad wyraz geometryczny - komunia dwóch zaledwie dusz - żeby nie było ;D ]. Moja psyche ma taką właściwość, że musi poobserwować sobie mężczyznę w jego habitacie, a potem stworzyć z nim więź, żebym zapragnęła czegoś więcej, więc dla mnie to najlepszy motyw. Potrzebuję solidniejszych fundamentów.

Emocje, samoświadomość, psychologia, nauka, literatura, sztuka, w ogóle kultura i kontrkultura, zwłaszcza muzyka, jakieś spędy semi-historyczne. Więcej nie pamiętam. Trudno mi powiedzieć, jak dokładnie sobie radził z dziewczynami, bo gdy się znaliśmy zawsze już jakąś miał, jego podrywów nie widziałam i było jasne, że między nami nic, mnie zupełnie nie kręcił. Był typem artystycznego intelektualisty, całkiem dobrze się z nim rozmawiało, ale nie czułam mięty, bo nie rezonowaliśmy emocjonalnie. Trochę mi pomógł, wysłuchał smutów, gdy potrzebowałam. Szalenie komunikatywny i przyjazny w kontakcie. Praktycznie każda dziewczyna go lubiła. Sieć żeńskich kontaktów mu kwitła.

Oj są. Choć kanon tego, co estetyczne wizualnie jest względnie stały.

Ostatnio komuś ważnemu wspominałam o tym kolesiu - nie chcę tu robić na niego nagonki, ale uczulam, że jest psychiatrą. Ja zapewne nie wzbiłam się jeszcze poza najwyższe piętro duchowej atmosfery, będącej wspólnym siedliskiem wszystkich niskowibracyjnych bytów, stąd moja lekkomyślna konsternacja, niemniej, mimo, że pojmuję przekaz, czuję niepokój, gdy to oglądam:

Jasne. Gonienie za iluzją - zaliczone. Próby wygrania akceptacji przez perfekcyjność - zaliczone. Ucieczka przed lękiem - tyż. Czekanie na właściwy moment i marazm. Postawa “wszystko albo nic” w psychoterapii. Oczywiście, było tam też za mało danych, za mało zasobów, by coś wiedzieć / udźwignąć. Brak zaufania do siebie, ale zaufanie wymagało poznania. Nadal nie ze wszystkim sobie radzę, używając eufemizmów.

Pytanie, czy zabezpieczanie się przed cierpieniem jest unikaniem cierpienia. Zabrzmiało fatalistycznie, ale już tłumaczę. Któregoś dnia do moich uszu dotarło urocze zdanie [parafraza]: “Ludzie mają dwa podstawowe biegi: pomnażanie przyjemności i uchylanie się przed dyskomfortem.”. I jeju, …to jest tak surowo prawdziwe. Już minimalny dyskomfort wystarczy wielu ludziom [w tym czasem mnie], by spieprzać przed sobą i prawdą w podskokach.

Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale ludzki mózg brak nagrody skłonny jest interpretować jako karę. Użyłam zatem słowa cierpienie w szerokim spektrum znaczeniowym, gdzie dyskomfort jest punktem startowym, przynależnym do tej skali.

No bo - jak to brzmi: “Nawet, jeśli to jest dobre, to może nie być dla mnie na teraz.”? Jak pieprzony smutek, skondensowany w poprawnej politycznie oprawie. Ja czuję bunt. Chcę latać, wirować, bo to tchnie życiem. Tyle, że w wirze natychmiast na salony wchodzi mój wierny przyjaciel, domyślny autopilot.

Przyjaciel swego czasu próbował mną potrząsnąć, żebym nie była taka dobra [jego wizja], bo życie przetrzepuje takie niewinne jednostki, pragnął, bym wykrzesała z siebie energię do przejawiania egoistycznych, ludzkich cech. Pewnego razu powiedział, że jeżeli przyzwyczaję ludzi do wysokiej szczodrości w dowolnej formie i domenie - raz nie dowiozę i zgarnę opr., jak najgorszy abnegat zasad. A gdybym od razu wyznaczyła zdrowy dla mnie, realistyczny standard, albo zarysowała granicę, limity - byłabym szanowana - żadnych pretensji. [To jest absolutna prawda.]

Niemal nikt nie mówi jednak, że nie jedynie wynik obejścia tej zasady boli, ale samo jej zaaplikowanie do życia jest jakoś.. niemiłe [jeśli nie jest się psychopatą]. I kolejno - że wytyczanie, egzekwowanie granic, że opór w relacji, odmawianie sobie życiowych iluzji, twarda dyscyplina w dziedzinie, którą obraliśmy, plaskacz w twarz na otrzeźwiałkę, akceptacja rzeczywistości takiej, jaką ona się bezczelnie zasadza, a nie malowanej lękowymi, życzeniowymi farbkami → to są, kurczę, zabiegi, które rodzą co najmniej, co najmniej dyskomfort, a często coś znacznie nieprzyjemniejszego.

Podam rozrzucone, losowe przykłady, żeby pokazać, że te mechanizmy są spójną uniwersalną matrycą, bez specjalnej specyficzności:

Dziewczyna pakuje się w relację z zamiarem stałym z gościem, o którym niewiele wie, który nic jej nie obiecuje, nonszalancko zbija jej nieśmiałe, acz żarliwe aluzje o tym, że z nikim się tak nie czuła i po jego twarzy widzi, że on również jest wielce szczęśliwy, to musi być przeznaczenie! Facet wpada zawsze do jej miejscówki, obsypuje ją słownym bukietem, lądują w pościeli, rano budzi go wykwintnym śniadaniem z dowozem do pieleszy i opowiada wszystkim koleżankom, że po takim seksie i zaopiekowaniu, jakie mu serwuje, on musi dostrzec, że nie warto jej tracić. Nie warto, istotnie. Gość ma full_serwis_komfort bez żadnych narzekań, by go przypadkiem niefortunnie nie spłoszyć [jest jeszcze niegotowy, miał trudne dzieciństwo! Opowiedział jej o nim, czyż to nie piękne, jak jej ufa?], które jednak powoli skubią od spodu koleżankę. Któregoś dnia postanawia zniecierpliwiona wyłożyć mu sprawę w sms-ach, dodając na końcu, że nie wie, jak przetrwa ten wieczór bez niego. Gość odpisuje lapidarnym: “Wierzę w Ciebie, że sobie poradzisz ;)”, a jego numer milknie na zawsze.. Przykład z życia mojej koleżanki, która nie chciała mnie posłuchać. I teraz, gdyby posłuchała, nie znaczy to wcale, że nie przeżyłaby cierpienia - byłoby go jedynie o połowę mniej, dokładnie o tę drenowaną własną tożsamość, którą opuściła, by jej faworyt nie opuścił jej. Została porzucona podwójnie i z podwójnym odrzuceniem musiała sobie raptem radzić. Niemniej gdyby zakończyła to wcześniej, niepocieszona musiałaby sobie ułożyć w głowie, że nie była dla gościa tak atrakcyjna, jak on dla niej, że przestrzeliła z marzeniami, że znów ten obcy ktoś jej nie kochał. Że może wycofała się zbyt prędko i na pewno ma tu pełne zastosowanie teoria o lęku przed bliskością - to musi być to! To boli. Gdzieś na jutubie usłyszałam takie zdanie: “You don’t need clarity, you are the clarity”. Laska ignorowała samą siebie, swoje spostrzeżenia i wątpliwości. Rzeczywistość i tak ją dopadła.

Moi rodzice mają znajome małżeństwo, w którym ona jest doprawdy wielkim człowiekiem. Podczas każdej gościny gorączkowo i samoczynnie relacjonuje, z jak mocnym nabożeństwem oddała się kolejnej diecie odchudzającej oraz jak bardzo jest zdezorientowana i tyje chyba z powietrza, bo nie je całymi dniami! Wydaje się, że to całkiem uczciwa kobieta, bowiem gdy tylko wychodzi do toalety, jej mąż zapewnia: “Nie wierzcie jej, ona je po nocach.”. Tak się tworzą legendy.

Przykład inny: Byłeś sterowanym dzieckiem. Mamusia i tatuś zawstydzali Twoje potrzeby, Twoja aktywność była hamowana, a autonomiczna inicjatywa kwitowana diagnozą quasi-kliniczną “trudne dziecko”. Zdenerwowałeś tatusia, to dlatego poniszczył rzeczy, rozchorowałeś mamusię, teraz płacze przez Ciebie. Dorastasz, wchodzisz w związki i inne relacje, w których próbujesz odgadywać emocje drugiej strony, by zareagować z wystarczającą przezornością przed hipotetycznym wybuchem. Wkurzają Cię przykre uczucia partnerki, bo czujesz, że wówczas coś się święci. Wszystko, czego chcesz, to przecież, żeby było dobrze, żeby było miło [w deklaracjach, w rzeczywistości jednak pragniesz, by przestało podgryzać Cię znane Ci ciśnienie, które w przeszłości było powodem Twojego unieważnienia], niemniej dochodzi do niespodziewanej eskalacji napięcia - partnerka wkurza się, bo czuje, że próbujesz regulować jej system nerwowy, to zamach na autonomię, atmosfera wyraźnie się psuje, ona czuje się nieakceptowana. Dzieje się dokładnie to, czego się obawiałeś - to paradoks! Twoje próby ucieczki przed napięciem rodzą napięcie!

Zakuwasz do egzaminu. Ni wuja nie rozumiesz tej statystyki [ja akurat lubię]. Zajmujesz strategiczną pozycję przy chipsach, piwku i kolejnym sezonie serialu. Musisz się zrelaksować, by materiał wszedł do głowy! To należy do kanonu praw człowieka! Imprezka też wpadła. I domówka. Gdy przychodzi termin zaliczenia, nie pojawiasz się na wydziale. Z żalem zgrzytasz, że psychiatra powinien wypisać Ci zwolnienie z powodu nieuleczalnej prokrastynacji!

Należysz do… koła gospodyń wiejskich. Kasia, Jasia i Basia to Twoje najlepsze kumy i to one wciągnęły Cię w działalność KGW. Masz z tego niekłamaną frajdę, choć czasem czujesz się przepracowana. Uczynna i pracowita wszak z Ciebie osoba, zawsze starannie dbasz o wszystkich wokół. Po dożynkach zebrałaś moc pochwał za te blachy słodkości, rozpłynęłaś się w uczuciu bycia potrzebną i docenioną, postanowiłaś więc utrzymać zwycięski kurs. Tyle uśmiechów i nikt nie ma do Ciebie pretensji! Martwi Cię tylko jedno - ostatnio wszyscy Cię o coś proszą, córka częściej podrzuca małą, wcale nie śpieszy się z odebraniem wnuczki, Mirek ciągle mendzi i starasz się ze wszystkich sił mu sprostać, a sąsiadka chce, żebyś znowu przyszła pielić w jej ogródku, nawet nie podziękowała za ostatni raz! Wielkimi krokami zbliża się wiejski festyn, a Ty łapiesz jak na złość jakiś wirus i ostatecznie wreszcie dowiadujesz się, jak to jest usiąść na tyłku. Odmawiasz jeden raz, odmawiasz drugi. Zbolała, nieśmiało mamrotasz w słuchawce: “bo, ja, bo ja… zachorowałam”, na co dostajesz jak w pysk strzelił: “Oj, nie rób już z siebie takiej umęczonej gwiazdy!”. Kiedy Jaśka przestała Cię szanować?

Wszyscy bez zawahania wskażemy błędy bohaterów powyższych historii. W każdym z przykładów inna postać próbowała przed czymś zbiec. Przez wysiłki kontrolowania rzeczywistości, kontrolowania percepcji i emocji innych albo ignorowania czy totalnego załgania prawdy o sobie. W każdej historii ukryty jest pozorny zysk. W każdej koszt za przejazd ciufcią iluzji. Przemilczanym wątkiem jednak pozostaje, że przełożenie wajchy utartych schematów nie ratuje Cię przed zmierzeniem się z napięciem. Ratuje przed wyższą inwestycją i kropka. Nic więcej.

Moim zdaniem nie da się z sukcesem uciec od wszystkich zgrzytów, wysiłków, cierpienia czy zwykłego dyskomfortu w życiu. Nawet, gdy wybierasz mądrze, zawsze są jakieś tarcia - między Tobą a kulturową normą, między Tobą a innymi homo sapiens, ostatecznie między Tobą a Twoimi programami, obsługiwanymi przez iluzję.

Potem odniosę się do reszty, trzeba uszanować swoje paluszki! Pozdrawiam!

5 polubień

Również mam drgawki podskórne, gdy słucham tego filmu.

Z ciekawości - jaka długa znajomość przed przyjaźnią i jaki staż związku po tej przyjaźni? Zastanawiam się, czy to nie kwestia różnicy definicji “friendzone” (który mocno łączy się w mojej głowie z percepcją własnego statusu ofiary).

Również mam doświadczenia w grupie studenckiej (niekoniecznie przyjacielskiej, bo nie szafuję tym określeniem), ale też ciężko było utrzymać znajomość nawet po krótkim zbliżeniu.

Ja bym miał problem. Nie uważam niektórych opisanych zachowań za “błędne”. Bardziej nieprzystające do rzeczywistości (post factum). A gdy wchodzi się w filozoficzne tematy, albo ocenianie niższego poziomu świadomości (nie ogólnej nawet, a kontekstualnej) samemu będąc gdzie indziej w tej konkretnej drabince doświadczeń, łatwo zagubić się w ocenie i dywagacjach.

Konkluzji przyklasnę.

1 polubienie

Bardzo możliwe, że nasze postrzeganie nie pada tak daleko od siebie, natomiast jestem teraz w jakiejś koncentracji nad swoim niedawnym fakapem - przeciążyłam się, wiedziałam, jak wpływa na mnie mój nadmierny wysiłek, pośpiech, wielozadaniowość i ignorowanie siebie, aktualnego stanu i możliwości, a raczej, miałam przebłyski takiej świadomości. Skończyło się, nie wchodząc w szczegóły - kiepsko. Teraz się dość mocno męczę, fizycznie i psychicznie. W teorii nie robiłam nic błędnego, nic niefajnego, nic zdrożnego, ale z perspektywy moich prywatnych realiów było to mocno nieadaptacyjne - na swoich bardzo aktualnych, gorzkich, nie ukrywam, przemyśleniach oparłam swój długi opis z postu wstecz.

Friendzone faktycznie łączy się ze statusem ofiary, dlatego często ironicznie podchodzę do tego określenia. W wielu przypadkach nikt nie zostaje sfriendzonowany, co najwyżej sfriendzonował się sam, oczekując czegoś, czego nikt mu nie jest winny - i nadal ma jakieś pole manewru.

Na Twoje pytanie odpowiem na privie, jeśli to dla Ciebie OK.

1 polubienie

Jak najbardziej.

Zgadzam się. Zresztą nawet jeśli ktoś w ten friendzone został wmanipulowany, raczej nic nie da (albo przyniesie negatywne skutki przez obnażenie “słabości") sygnalizowanie cnoty i wypuszczanie oburzenia moralnego na zewnątrz. Subiektywne rzeczywistości są zazwyczaj obojętne (o ile nie wrogie) dla cudzych moralności.

Też rozpoznaję inne stany wpływające na ocenę u siebie. Nie naciskam. Odpoczywaj.

1 polubienie

Sam miałem takie problemy. W klubach jakoś udawało mi się zagadać dziewczyny, ale prawie zawsze to były kłopoty: nie nadawały się na żadną relację, drama, marnowanie nocy.

Day game był dla mnie totalnym wybawieniem. Oczywiście na początku mega trudne za pierwszym razem udało mi się zdobyc numer ale potem miałem z 10 zlewek jednak jak już wiedziałem że się da to nie poprzesyawałem na tym. – pierwszą randkę miałem dopiero po 1,5 miesiąca regularnego działania . Ale plus był ogromny: spotykałem tam naprawdę wartościowe dziewczyny (normalne, z głową, z pasjami).

Nie będę ukrywał – dopiero po ~200 podejściach (czyli po ok. 8 miesiącach rozwoju) umówiłem się na randkę z takimi dziewczynami, które naprawdę mnie kręciły. To Cię bardzo zmienia jako człowieka – buduje pewność siebie, uczy czytać ludzi, radzić sobie z odrzuceniem.

O dziwo w tym wszystkim nie trzeba mieć jakichś „magicznych tekstów” choć ja musiałem poprawić swoją komunikację samo zwrócenie uwagi na to dużo zmieniło we mnie. Liczy się szczerość i autentyczność. Pewne siebie dziewczyny od razu wyczuwają cwaniaka, kto podchodzi do każdej z tym samym tekstem. Dlatego wielu PUAs ma słabe efekty – nawet ci, co siedzą w tym rok i więcej lat albo poszli na drogie kursy za 5–10k. Łaziłem z takimi i widziałem to na własne oczy :joy: Często boją się podejść do kobiet. Ogólnie jak ktoś wspomniał wcześniej – mało kto to w ogóle robi, a jak robi, to często źle. Więc możesz się łatwo wyróżnić, jeśli nie udajesz palanta i jesteś sobą.

Kobiety naprawdę chcą być zagadywane powiem więcej nie kiedy dziewczyny które miały chłopaka albo nie były zainteresowane bardzo mnie zachęcały bym to dalej robił i motywowały mnie haha. Ja teraz mam raz na tydzień insta-randki po prostu po zagadaniu na ulicy.

Nie jestem jeszcze idealny, mam masę do pracy nad sobą, ale da się – i to jest jeden z lepszych kierunków, jeśli szukasz fajnej dziewczyny. Przy okazji rozwijasz mega umiejętności miękkie (komunikacja, pewność, czytanie sytuacji), więc nie tracisz czasu.

2 polubienia

@Pawel.kato110 dzięki za wpis, brachu. W jakim jesteś wieku?

Nie ma za co. Nie podawaj się. Ja mam teraz 26 lat :wink:

1 polubienie

C.d., teraz “miękka” część postu.. :slight_smile:

@Hodowca , @Jesse_James , @Kasownik , chciałam wrócić do Waszych słów, są dla mnie ważne, przyznaję jednak - napotykam lekką trudność z przyjmowaniem komplementów.. :head_shaking_vertically: Dziękuję życzliwie.

@Kasownik ,

Tak! Bez możliwości zwrotu!

Mea maxima culpa!

W formie płynnej mogę stracić swe walory. Zalecam wstrzemięźliwość, nic nie raduje serca kobiety, jak jędrność [własna, ma się rozumieć].

@Jesse_James ,

Bardzo, bardzo dziękuję za dobre słowo :slight_smile: . Ucieszę się, jeśli moje pisanie coś trwale wniesie.

@Hodowca ,

Szyskie simpy moje som! [Żartuję oczywiście.]

Przyznaję, było mi przyjemnie, czytając, uśmiechnęłam się do monitora. Dzięki wielkie za wysiłek odnotowania tylu miłych spostrzeżeń :slight_smile: .

Starannie pielęgnowane :slight_smile: . Jasne, że mam. Jestem roztrzepana, siedzę po nocach, wylewam kubiki wody w łazience i nie spożywam cukru jakoś od wkroczenia w dorosłość [a dla niektórych to swoisty policzek dla suwerenności ich prawa do smakołyków! - teraz na serio - zdarzało się, że ludzie mi się tłumaczyli albo atakowali moją decyzję, gdy jestem totalnie obojętna i tolerancyjna w tych kwestiach, to zaledwie mój wybór. Można przy mnie do woli pałaszować słodkości, nie mam z tym problemu.]. Ostatnio, spora potrzeba autonomii, co nie każdy polubi. A tak generalnie, wieść niesie, że posiadam szereg drobnych “niedojrzałości” - uczą mnie pokory. Nie chciałabym ich chować w relacji - pracowanie nad czymś, a udawanie, że się jest kim innym to dwie różne rzeczy.

Jak wyżej. Jestem jeszcze w przededniu ułożenia siebie.

Rozumiem. Dużo się wycierpiałeś od ojca, jeśli można spytać?

O, to z całą pewnością.

Często jest tak, że im bardziej czegoś chcę, tym bardziej tego nie mam.

2 polubienia

Kurczę, strasznie przepraszam, pominęłam Cię niechcący, @marcines.

Dzięki wielkie. Noe nie ukrywam, miewam skromne problemy z regularnością. na razie nie chcę obiecywać “poprawy”. Najpierw “szczerość z sobą” w zakresie tego, co mogę, a czego już nie, niemniej, chętnie będę wpadać poza “ogarnianiem” prywatnego podwórka. Pozdrawiam!

co sądzicie o tym filmie? redpill wchodzi do mainstreamu?

Materiał może trafnie identyfikuje realne poczucie frustracji, ale ubiera je w narrację, która mocno upraszcza skomplikowane procesy społeczne, dobierając dane tak, aby pasowały do tezy o “wojnie płci” i “upadku cywilizacji”. Brakuje IMO w nim perspektywy pokazującej, że relacje międzyludzkie ewoluują, a niekoniecznie tylko giną.

Przyczynowość nie jest równa skutkówości. Przesiadywanie przed ekranem powoduje wiele problemów mentalnych, a same aplikacje randkowe nie są tego przyczyną. Szerszy aspekt jest istotny. Nie wspominając ,że hipergamia kolejny raz jest ubrana w dogmat ewolucyjny. Gdzie w apkach może być takie postrzeganie stymulowane, ale jak przychodzi rzeczywistość ona reguluje wizje i sprowadza na ziemię. Obydwie strony.

Szerszy kontekst jest istotny, a często autorzy tego typu filmów zawężają obraz tworząc narrację pod tezę.

Ogólnie przeleciałem szybko i z góry można założyć jak będzie wyglądał scenariusz takiego filmu. Nie pomyliłem się zbyt dużo.

@zodiac Wyszedł mi długi i mocno “biograficzny” post, niekiedy może nieco obleśny. W razie czego: ostrzegałem. :slightly_smiling_face:

:slightly_smiling_face:

Czyli pisząc to pomyślałaś o relacjach grupowych i myśl ta była na tyle wyraźna, że postanowiłaś napisać, że nie chodzi o to o czym pomyślałaś. :wink: To ciekawe, że masz takie myśli w swojej głowie. :wink:

Ok, pewnie to przeze mnie, pewnie kojarzę Ci się z klimatami grupowymi - w końcu wspominałem o takich rzeczach na forum. Ale i tak jest to zabawne. :wink:

Swoją drogą… Być może moje posty tworzą wrażenie, że mam niezdrową obsesję na punkcie seksu, w tym seksu grupowego, na punkcie atrakcyjności i uwodzenia, etc… Moim zdaniem prawda jest bardziej zniuansowana. :slight_smile: Z całą pewnością te rzeczy odgrywają bardzo dużą rolę w moim życiu, o wiele większą niż w przypadku większości ludzi, ale dla mnie to jest najlepsza rzecz w moim życiu, a nie męcząca obsesja. Mam na myśli to, że dla mnie to jest fajny, przyjemny temat, a nie coś w związku z czym mam jakieś niezdrowe napięcie. Ja mam bardzo duże potrzeby, ale te potrzeby są dosłownie ekstremalnie dobrze zaspokajane. To jest inny klimat, inna sytuacja niż w przypadku facetów którzy np. żartują sobie obleśnie na temat seksu, a tak naprawdę są niespełnieni, mniej lub bardziej sfrustrowani.

W obrębie społeczeństwa to jest szersza różnica między “spełnionymi praktykami”, licznymi szczególnie w społecznościach BDSM i swingerskiej, a “niespełnionymi teoretykami” w których kotłuje się frustracja i kompleksy.

Dla mnie więź jest…jedynie dodatkiem. :joy: Miłym, ale dodatkiem. Natomiast co ciekawe rozumiem Ciebie jeżeli chodzi o obserwowanie drugiej osoby w jej habitacie. Często zauważam, że podoba mi się to jak kobieta wykonuje proste codzienne czynności… To jak idzie ulicą, jak ogląda pomarańcze w supermarkecie, jak rozmawia z koleżankami, etc etc.

Tak. Miałem na myśli nisze jeżeli chodzi o osobowosć, zainteresowania. Atrakcyjność fizyczna jest o wiele mniej “niszowa”.

Masakra. :face_with_spiral_eyes::face_with_spiral_eyes::face_with_spiral_eyes: Jak dla mnie gość jest skrajnie creepy, wywołuje we mnie niezwykle nieprzyjemne odczucia. Co on ma w swojej głowie, w swojej osobowości, że wywołuje takie reakcje?

To, że zajmuje się psychiatrią niestety mnie nie zaskakuje. Takie tematy jak psychiatra i psychologia przyciągają wielu ludzi którzy mają problemy ze sobą i chcą się o tym uczyć po to, żeby “zrozumieć samych siebie”. Co później kończy się tak, że im to nie pomaga, nadal mają ze sobą problemy, ale ponieważ mają w ręku dyplom psychologa lub psychiatry, to zaczynają się zajmować tym zawodowo. Z fatalnymi konsekwencjami dla pacjentów.

To samo tyczy się zajmowania rzeczami takimi jak medytacja, “samorozwój” - wiele z takich osób to ludzie mający problem ze sobą.

BTW Jeszcze co do psychiatrii, to przypomina mi się pewna osoba z pewnego innego forum, która również skończyła psychiatrię. I była znana z tego, że czasami wypisywała bełkot którego nikt nie rozumiał. Kiedyś uroiła sobie, że moja dziewczyna to jej koleżanka ze studiów - nie wiadomo dlaczego, bo chyba nic nie pasuje.

Do mnie napisała kiedyś na PW i między innymi:

1- Groziła mi swoim tatą.

2- Groziła, że mnie zniszczy psychicznie.

3- Pisała, że chętnie zawalczyłaby na ringu z moją dziewczyną. (Ok, moja dziewczyna ćwiczy sporty walki, więc niby mogła do tego nawiąząć, ale to i tak jest dziwny - napisać komuś na PW, że chce się walczyć z jego dziewczyną na ringu?) :roll_eyes:

4- Próbowała mi wmawiać, że jest wybitnie inteligentna - choć pisała naprawdę dziwne, nieporadne i dziecinne rzeczy.

W pewnym momencie aż zrobiło mi się jej żal, bo była taka niezdarna, dosłownie upośledzona… Tyle, że pozostaje kwestia jej pacjentów. Głęboko współczuję ludziom którzy będą potrzebować pomocy ze swoją psychiką i trafią na taką upośledzoną, zaburzoną osobą.

Ewidentnie nasze państwo nie filtruje odpowiednio ludzi chcących zostać psychiatrami (czy też szerzej: lekarzami).

Ja zaliczyłem gonienie za iluzją, ucieczkę przed lękiem, a także marazm. Głównie te dwie ostatnie rzeczy.

Natomiast nie próbowałem wygrać akceptacji przez perfekcyność - byłem pełnym złości, mściwym, “psychopatycznym” dzieckiem. :joy: W wieku może około 7-8 lat zastanawiałem się nad praktycznymi aspektami pomysłu zamordowania mojego ojca. Rozważałem dostępne narzędzia zbrodni (trucizna, zadźganie nożem kuchennym podczas snu), potencjalne konsekwencje, w tym konsekwencje finansowe - jak to by wpłynęło na mój poziom życia. Creepy? :wink:

Na psychoterapię poszedłem na zasadzie “zobaczę czy to zadziała” - zostałem namówiony przez psycholożkę z którą sypiałem. Nie miałem ciśnienia, ale miałem pozytywne nastawienie - bo moja kochanka przedstawiła mi to w super dobrych barwach.

BTW To nie było “idź na psychoterapię bo jesteś okropny”. To było “jesteś super, idź na psychoterapię bo będzie to dla Ciebie dobre”. Przy czym jednocześnie ona uważała, że jestem trochę “psychopatyczny” i mam w sobie coś “gangsterskiego”. Nie uważała tego za zalety, tylko za rzeczy do “doszlifowania”. Jednocześnie mnie uwielbiała i chciała ułożyć sobie ze mną życie. To w ogóle jest ciągły motyw w relacjach ze mną “jesteś trochę psychopatyczny, ale ogólnie jesteś taki super, chcę ułożyć sobie z Tobą życie”.

Ta psycholożka poleciła mi też miejsce do którego miałem się udać - uczelnianą poradnię psychologiczną pewnej rozpoznawalnej uczelni o dobrej renomie.

Najpierw miałem rozmowę wstępną z jakąś psycholożką (jeszcze nie z moją terapeutką) - która miała zadecydowac o tym do kogo w obrębie poradni mnie skierować. Opowiedziałem o sobie wspominając o moich cechach psychopatycznych/socjopatycznych i o wszystkich nietypowych, “nieprawidłowych” zachowaniach. Po czym zostałem skierowany do pewnej osoby - do psycholożki z doktoratem i z bogatym dorobkiem terapeutycznym i naukowym. Ta osoba uchodziła za twardą psychicznie i była tamtejszą specjalistką od trudnych przypadków. Nie w sensie pacjentów wymagających specjalnej troski, tylko w sensie pacjentów obciążających psychikę terapeuty. :joy:

Przychodzę na pierwsze spotkanie z wyznaczoną psychoterapeutką… Widzę kobietę w wieku nieco ponad 30 lat (sam miałem wtedy nieco ponad 30 - ona była minimalnie starsza ode mnie) i całkiem atrakcyjną. Nie była super pięknością, ale była ładna, seksowna - dałbym jej 6-7/10.

Ona patrzy na mnie i…widać, że BARDZO MOCNO wpadłem jej w oko. Dosłownie zastyga na sekundę oniemiała. Widać po niej, że instynktownie, fizycznie BARDZO MOCNO na mnie leci. Po czym widać, że dociera do niej to jak to wygląda i robi się na moment zmieszana/zawstydzona. Potem dochodzi do siebie i zachowuje się z uśmiechem, ale normalnie.

Ja czasami wywołuję takie reakcje u kobiet i to wcale nie super rzadko. Jestem przystojny, ale na poziomie 7/10 - nie na poziomie “super ciacho”. Ale niektóre kobiety reagują na mnie od pierwszego wejrzenia tak jakbym był ich największym marzeniem. To są kobiety które lecą na mężczyzn z cechami psychopatycznymi i/lub z seksualnością wysoko powyżej normy. Kobiety z silnymi pragnieniami uległymi BDSM, pragnące “mocniejszych wrażeń”, uważające normalnych facetów za aseksualne ciapy, etc etc.

To ciekawe, że poważna pani psycholog z doktoratem, nauczająca innych o tym jak powinny wyglądać “zdrowe relacje”, sama reaguje na mnie w sposób typowy dla kobiet mających pragnienia uznawane często z “niezdrowe”. :joy:

Ona ogarnęła się po początkowym zmieszaniu i zaczęła się zachowywać miło, ale profesjonalnie. Mnie jest miło z powodu jej początkowej reakcji, ale nie po to tutaj przyszedłem, a kobiet klasy jest 6-7/10 jest mnóstwo i nie ma powodu, abym to ciągnął w tym kierunku.

Zaczynam o sobie opowiadać…trwa to wiele spotkań. Terapeutka jest skupiona na mnie, współczująca, etc etc. Robi to na mnie pozytywne wrażenie, nawet czuję się w jakimś stopniu “wsparty”…emocjonalnie i moralnie, w jakimś stopniu czuję się lepiej, ale… Nie działa to na mnie tak super jak reklamowała mi to moja kochanka-psycholożka (ta która namówiła mnie na psychoterapię). Teraz myślę, że może psychoterapia ma super efekty u osób mniej asertywnych, bardziej “zaszczutych”, potrzebujących żemu ktoś z zewnątrz im powiedział, że to co te osoby spotkało naprawdę się wydarzyło? Nie wiem, ale takie mam wrażenie.

Niestety w moim przypadku psychoterapia zakończyła się pewnym rozczarowaniem. Nie dlatego, że terapeutka na mnie leciała - zachowywała się profesjonalnie. I nie dlatego, że ja to rozwaliłem jakimś seksualizowałem - skupiłem się na psychoterapii, nie na seksualizowaniu (do pewnego momentu).

Co ciekawe, gdy mówiłem terapeutce o moich cechach psychopatycznych/socjopatycznych, to ona miała do tego stosunek przyjazno-bagatelizujący na zasadzie “oj tam oj tam jaka psychologia, Pan jest taki fajny i po prostu potrafi sobie Pan radzić w życiu”. Jednocześnie gdy zdarzyło mi się zażartować i w żartach zaprezentować kawałek “psychopatyczno-badboy’owatej” strony mnie, to psychoterapeutka zaczynała chichotać jak onieśmielona nastolatka.

Psychoterapeutkę bardzo polubiłem - była bardzo inteligentna i była naprawdę fajną osobą.

Później doszedłem do wniosku, że ta psychoterapia nie da mi nic więcej - przy całej sympatii do mojej terapeutki. Tym samym wyłączył się tryb “Hodowca terapeutyczny” i włączył się tryb “standardowy Hodowca”. Co w tym przypadku oznacza, że naszła mnie ochota na przespanie się z moją terapeutką.

Polskie stowarzyszenia psychoterapeutyczne zakazują sypiania z pacjentami. Ale z drugiej strony hormony i osobowość mojej terapeutki były mocno po mojej stronie. Zacząłem ją delikatnie rozmiękczać, rzucać lekko seksualne spojrzenia, trochę więcej żartów i pytań o nią, wreszcie zacząłem to pchać w kierunku nieseksualnych aktywności poza salą gdzie odbywała się psychoterapia. Spotkaliśmy się poza poradnią i sprawy potoczyły się już łatwo.

BTW Ogólnie to nie wygląda tak, że te zasady zakazujące romansów z pacjentami są przestrzegane w 100%. W nich tak naprawdę chodzi nie o dobro pacjenta, a o wizerunek świata psychoterapii - o to, żeby wokół psychoterapii była poważna, profesjonalna otoczka i żeby psychoterapia nie kojarzyła się ze sposobem poznawania partnerów seksualnych. Gdy tak naprawdę niejedna psychoterapeutka znalazła sobie w ten sposób męża. :joy:

Przykład romansu terapeutki z pacjentem: https://kobieta.onet.pl/zwiazek/miala-byc-terapia-a-wyszedl-z-tego-romans-psycholozka-uwiodla-jej-meza/ktwh3yx

Ja z moją psychoterapeutką miałem klasykę mojego życia - ona była mną zachwycona, chciała układać sobie ze mną życie, a ja naprawdę ją lubiłem, ale nie chciałem wiązać się na stałe.

Jeszcze dodam, że ona była w związku i zdradzała go ze mną. Dzisiaj mają co najmniej jedno dziecko, a on jak się domyślam do dzisiaj o niczym nie wie.

Śmieszy mnie to, że opowiadałem jej, że mam tendencje psychopatyczne/socjopatyczne, ona wiedziała, że wychodzi mi to w testach, etc etc… A i tak widziała we mnie jej partnera życiowego. :grin: Śmieszy mnie to w kontekście jej doktoratu z psychologii, aktywności naukowej, pokończonych kursów i certyfikatów, etc etc.

Naprawdę lubię moją dawną terapeutkę, ale moim zdaniem podejście typu “ułożę sobie życie z gościem któremu w testach wychodzi wysoki poziom psychopatii” nie jest najmądrzejsze. :joy: Jej zdaniem ja nie jestem psychopatyczny ani socjopatyczny, tylko “fajny”, “asertywny”, “męski”, etc etc. Ona pracuje na uczelni i uczy studentów. Życzę jej jak najlepiej, ale bawi mnie to wszystko i delikatnie mówiąc mam wątpliwości co do faktycznych kompetencji psychologów/terapeutów. :joy:

Niestety doskonale to rozumiem. Sam często nie miałem za mało zasobów aby sobie z czymś poradzić.

Wiem, że to co piszę kręci się wokół kobiet, seksu i atrakcyjności i wygląda to jak jakieś zaburzenie, ale i tak to napiszę… :joy:

Przeszedłem przez całe liceum i przez 1szy rok studiów nie tylko jako prawiczek, ale także jako ktoś kto nigdy nie całował się z dziewczyną… :frowning:

Nie dlatego, że nie było chętnych. Były i same mnie podrywały. Ale ja byłem tak bardzo nieśmiały, nadwrażliwy, że broniłem się przed ich zalotami jak konserwatywna panienka. Udawałem, że mi się nie podobają, bo nie wiedziałem jak sobie z tym poradzić.

W tym podrywała mnie najładniejsza dziewczyna w klasie, chyba najładniejsza w całej szkole…

Powiem Ci coś obleśnego, mam nadzieję, że wytrzymasz. :joy: Bardzo często masturbowałem się myśląc o niej. Marząc o niej z oddali jako o czymś niedostępnym - gdy tak naprawdę ona była bardzo dostępna - ona mnie chciała i teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie. Teoretycznie nic, bo tak naprawdę miałem bardzo realny brak zasobów psychicznych.

Spotkałem ją kilka miesięcy temu na mieście. Zachowywała się trochę tak jakbym był niespełnioną miłością jej życia…jej niespełnionym marzeniem względem którego dawno straciła nadzieję. Było czuć od niej słodycz, “miętę”, tęsknotę, idealizowanie mnie… Zrobiło mi się jej żal… Co to za chora sytuacja - najładniejsza dziewczyna w szkole zakochuje w się w nieśmałym, zakompleksionym gościu który w domu masturbuje się myśląc o niej i nie jest w stanie dobrać się w parę z laską która sama go podrywa. To jest cyrk.

Ograniczenia emocjonalne, brak zasobów to naprawdę potężna siła - która potrafi wygrywać z obiektywnymi okolicznościami.

:frowning:

W moim przypadku pomogło prawdziwe życie, radzenie sobie z realnymi sytuacjami, uznanie od innych ludzi (kobiet)…

W jakimś stopniu na pewno tak.

Nie mówię, że to zawsze działa ze 100% skutecznością. Ani że jest to łatwe, proste i przyjemne, że nie wymaga pewnych zasobów, etc. Ale zabezpieczanie się przed cierpieniem często działa i faktycznie chroni przed cierpieniem.

Mam tu na myśli kierowanie się zdrowym rozsądkiem, możliwie jak najbardziej racjonalną i obiektywną oceną sytuacji, przewidywaniem konsekwencji i dalszego przebiegu wydarzeń. Bez myślenia życzeniowego i bez niedbałości, bez “jakoś tam będzie”. Z użyciem własnych zasobów analitycznych danej osoby, a także opcjonalnie - zewnętrznych doradców jak znajomi, członkowie rodziny lub psycholodzy, księża, etc.

Obszarem będącym często źródłem cierpienia są relacje damsko-męskie i szczególnie złe małżeństwa/rozwody. W tym obszarze ludzie bardzo często ignorują czerwone flagi, złe zachowania drugiej osoby - bagatelizują lub wypierają lub usprawiedliwiają lub wybaczają… Gdy niezależnie od ich postawy, osobowość drugiej osoby pozostaje taka sama i ta sama osobowość która wcześniej wywołała złe zachowania, najprawdopodobniej wywoła je później w przyszłości - bo ta osoba po prostu taka jest. Druga osoba znowu zachowuje się źle, na co ta pierwsza znowu reaguje tak samo - bagalizowaniem lub wypieraniem lub usprawiedliwianiem lub wybaczaniem… I tak się dzieje latami. Niektórzy ludzie żyją w takim cyklu większą część swojego życia.

Najczęściej jest tak, że złą relację można przerwać niewielkim kosztem na początku, gdy ludzie ze sobą tylko randkują. Koszty rozstania stają się większe gdy już ze sobą zamieszkają, a stają się ogromne gdy pojawia się dziecko i/lub kupiona wspólnie nieruchomość. I wielu ludzi niszczy sobie życie wiążąc się z toksyczną osobą… Gdy mogli tego niskim kosztem uniknąć, rozstając się na etapie randkowania. To jest kwintesencja tego o czym mówię - odrobinka rozwagi na odpowiednim etapie może zaoszczędzić poważnego życiowego dramatu w przyszłości.

BTW Nie bez powodu istnieje powiedzenie “widziały gały co brały”.

Mnie osobiście rzucają się w oczy szczególnie 2 typy sytuacji:

1- Kobieta wiąże się z facetem który lubi imprezować, lubi sobie wypić i o którym wiadomo, albo przynajmniej można podejrzewać, że przespał się z wieloma kobietami. Po czym okazuje się, że gość nie jest zbyt odpowiedzialnym, przykładnym mężem i ojcem i do tego ją zdradza. Czyli jest dokładnie taki jak można się było tego spodziewać od samego początku - ale kobieta zamiast rozsądku wybrała myślenie życzeniowe “będzie dobrze, on się zmieni!”. (Czasami taki facet naprawdę się zmienia, ale to nie jest pewne i przyjmując taką opcję za pewnik kobieta postępuje głupio.)

2- Facet wiąże się z kobietą typu “roszczeniowa księżniczka” - która oczekuje, że będzie się jej usługiwać, obsypywać prezentami i rozrywkami, która ma dwie lewe ręce do pracy, etc etc. A potem okazuje się w małżeństwie, że ona nie jego partnerką i sojusznikiem, tylko roszczeniową “pijawką” która ciągnie od niego pieniądze. Znam małżeństwo w którym kobieta oświadczyła, że ona nie będzie pracować, bo jej utrzymanie jest jego obowiązkiem i w dodatku ona nawet nie chce mu gotować. Nie gotuje pomimo tego, że siedzi cały dzień w domu. Ona ma tylko jedno hobby: kupowanie ubrań. Oczywiście za jego pieniądze. Pamiętam, że gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, to pomyślałem od razu, że jest w niej coś dziwnie zimnego, zdystansowanego i sztucznie wyniosłego. Czyli było widać oznaki, że jest z nią coś nie tak, ale kolega to zignorował.

BTW: Według własnej relacji kolegi, jednego razu żona walnęła mu otwartym tekstem “gdzie ja bym znalazła takiego frajera jak ty”. :joy:

Co zabawne, jego żona pod pewnymi względami dziwnie przypomina…mnie. :joy: Jest tyraniczna, nieustępliwa… Kolega mówi, że ona jest bezwstydna i ma psychikę ze stali…co wygląda na cechy psychopatyczne (które ja też mam w jakimś stopniu). :joy:

Podobnie jest ze znajomymi… Ludzie często się degenerują, a nawet staczają, przez obracanie się w niewłaściwym towarzystwie. Wpadają w alkoholizm lub w narkotyki, albo po prostu wykształca się u nich mentalność nieodpowiedzialnego, olewczego imprezowicza. Co tyczy się i mężczyzn i kobiet. Przez proste unikanie wchodzenia w takie otoczenie, można uniknąć poważnych życiowych problemów.

To samo tyczy się miejsc pracy, czy też utrzymywania lub nieutrzymywanie relacji z członkami rodziny…

“Jeśt nie jest się psychopatą”. :joy:

Ok, ja częściowo jestem psychopatą, więc moja perspektywa może być inna. :joy:

Niemniej jednak uważam, że nawet osoba nie posiadająca cech psychopatycznych ma jakąś możliwość manewru i nawet jeżeli ma nad sobą słabą kontrolę w danym momencie, to może to w sobie wyrobić.

Nie rozumiem Twojego podejścia. :slightly_smiling_face:

Zmiania niekorzystnych schematów może prowadzić do “zysku”, to obniżenia poziomu cierpienia… Nawet jeżeli wiąże się z tym jakaś początkowa “cena”.

100% oczywiście że się nie da. Ale ja napisałem w poprzednim poście o uniknięciu “ogromnej większości” cierpienia, a nie całego cierpienia.

Jeżeli np. ktoś uniknie toksycznego małżeństwa które zrujnowałoby mu życie, to nie jest to drobna różnica, tylko coś naprawdę kluczowego - i to, że jego życie i tak nie będzie 100% idealne, nie zmienia tego, ze to jest dosłownia gigantyczna korzyść dla tej osoby.

Trochę czuć u Ciebie taką “umysłową nadaktywność” - co pewnie nie sprzyja dobrej koncentracji.

Serio to jest dla niektórych ludzi problem? Niesamowite.

Moim zdaniem czuć od Ciebie dobroć, altruizm i to jest fajne. Ale domyślam się, że drugą stroną tego może być tendencja do nadmiernego poświęcania się dla innych.

BTW Mam wrażenie, że mocno przypominasz mi pewną moją byłą. Roztrzepana, altruistyczna intelektualistka… W jej przypadku intelektualizm zaowocował zrobieniem doktoratu. (To nie jest terapeutka z doktoratem wspomniana wcześniej, tylko inna osoba - ta eks gdy się spotykaliśmy była dopiero studentką.) Bardzo spoko osoba i świetny materiał na żonę. Ona pochodziła z wielodzietnej rodziny, gdzie była środkowym dzieckiem… I miałem wrażenie, że była w jakiś sposób niedoceniona, “zaniedbana” nie materialnie, ale emocjonalnie. Oni chyba nie mieli jakichś ostro toksycznych stosunków w rodzinie, ale było tam coś lekko napiętego, “ściśniętego” - może przez tą wielodzietność. Ona tak jakby była mocno uwarunkowana, nawet lekko straumatyzowana (?) na punkcie tego, że koniecznie musi stawiać cudze potrzeby ponad swoje własne.

Z mojego punktu widzenia - bardzo dużo. Chociaż można wskazać obszary w których był ok. Obiektywnie nie była to absolutnie najgorsza sytuacja na świecie, ale dla mnie było to bardzo niszczące i jestem morderczo wściekły z tego powodu.

Oboje rodziców to DDA.

Ojciec ma objawy klasycznego narcyzmu wielkościowego. W jego mniemaniu on jest jakimś geniuszem i wzorem wszelkich cnót… Problem w tym, że jego rzekomy geniusz jest 100% “bezobjawowy”, to znaczy zmyślony. W rzeczywistości on jest durniem, ignorantem, partaczem, kłamcą i mitomanem. Jego rzekomo nieskazitelny, cudowny charakter wygląda tak jak u typowego narcyza wielkościowego - to jest fikcja, nie rzeczywistość.

To jest typ człowieka który po zapoznaniu się z kilkoma podstawowymi informacjami z jakiejś dziedziny, wygłasza je potem z uczoną miną, jakby były to głębokie mądrości wybitnego specjalisty z tego zakresu.

To jest człowiek który uparcie broni swoich pomysłów, nawet gdy są głupie - bo to są jego pomysły, a więc muszą być “genialne”. Człowiek który uparcie krytykuje pomysły innych, nawet gdy są dobre - bo to są pomysły kogoś innego, a nie jego.

(Wyjątkiem są pomysły/opinie jego znajomych - bo to on je przynosi, więc są tak jakby “jego”)

To jest człowiek który będzie się upierał, że ma rację, choć widać czarno na białym, że nie ma racji. I nieważne, że to jest oczywiste, że Ty to widzisz i że upieranie się przy swoim tylko robi z niego w Twoich oczach debila - on i tak będzie się upierał.

Ponieważ jest durniem i partaczem przeceniającym własne kompetencje i trafność swoich pomysłów, to popełnia mnóstwo błędów. Gdy je robi, to się wścieka - pewnie dlatego, że to mu burzy jego narrację o jego “geniuszu” i “wspaniałości”. I zaczyna się agresja do innych, szukanie cudzej winy, złośliwość, docinki, wrzaski, etc etc. Bo wina jest oczywiście kogoś innego, ewentualnie okoliczności - nigdy jego. W świecie jego propagandy jego wina nie jest jego winą.

BTW To, że go zapiekle nienawidzę za określone zachowania, jego zdaniem “oczywiście” też nie jest jego winą (bo nic nigdy nie jest jego winą) - zwala winę na mnie i na mamę.

To nie jest po prostu dureń i mitoman. To jest agresywny, wściekły dureń i mitoman, który wybucha gniewiem z byle powodu. Wrzeszczący warchoł z wykrzywionym od złości ryjem. I ktoś kto wyładowuje swoje frustracje i niepowodzenia na dziecku - bo dziecko jest najsłabsze i mu nie odda.

Zauważyłem, że gdy przydarza mu się coś złego niezwiązanego ze mną, jakieś niepowodzenie, etc to on wyładowuje to na mnie - jest złośliwy, albo wrzeszczy na mnie, robi mi awanturę. I że czerpie z tego jakąś chorą satysfakcję.

Towarzyszyła temu pewna ilość przemocy fizycznej, ale była to głównie przemoc emocjonalna.

Do tego dochodziła propaganda według której ja byłem w jakiś sposób “gorszy”, a on był kryształowym człowiekiem (i geniuszem). On celowo zmawiał mi, że coś jest mną nie tak, że jestem gorszy, etc. I wmawiał mi, ze moja złość na niego brała się nie z tego, że on się źle zachowywał, tylko z tego, że rzekomo ja byłem w jakiś sposób “zły”.

Matka - klasyczny “enabling parent”, niby widziala, że coś jest nie tak, najważniejsze było dla niej ratowanie rodziny, a nie zapewnienie mi zdrowego, spokojnego dzieciństwa. Nawoływała do zgody i pogodzenia się - ignorując to, że winowajcą był ojciec. I w ten sposób zapewniała mu środowisko w którym mógł się na mnie ponownie wyżywać bez konsekwencji - bo matka zamiast reagować na poważnie, powie żebyśmy się pogodzili.

Co więcej, matka mnie umoralniała, że nie wolno mi nienawidzić ojca, bo to rodzina i bo nienawiść jest niedobra. Ale znęcanie się na dzieckiem jest ok i nie wymaga interwencji “na poważnie”? I jak miałem reagować na to, że ktoś sie nade mną znęca? Radością? Matka wpychała mnie na rolę potulnej ofiary - kogoś kto będzie potulnie znosił cierpienie i nie zaburzał patologicznego “spokoju w rodzinie”. Matka utrzymuje, że “nie widziała, że to jest takie poważne”, etc… Jasne - jeżeli dziecko mówi, że gdy dorośnie, to zabije ojca, “wcale” nie jest poważnym sygnałem ostrzegawczym, wcale…

Podejrzewam moją matkę o jakiś poziom narcystycznego zaburzenia osobowości typu “covert” - i robienie z siebie dobrej, wrażliwej osoby, którą nie jest. Moim zdaniem ona zachowywała się tak, jak było to dla niej wygodne - kosztem przyzwalania na moje cierpienie. I stworzyła sobie fałszywą narrację która robi z niej niewinną postronną “ofiarę” - która biedna “nie wiedziała” i w ogóle za nic nie odpowiada. Ona rzekomo jest taka dobra i w ogóle - tyle, że nie pomogła własnemu dziecku w potrzebie.

BTW Pierwsza wymieniona w tym poście psycholożka - ta która namówiła mnie na psychoterapię, powiedziała mi, że w jej pracy non stop spotyka się z tym, że kobiety nie chcą przyznać, że w ich rodzinach dzieją się takie rzeczy.

Ogólnie to wszystko BARDZO we mnie uderzyło. Co prawda w jakimś stopniu obroniłem się przed tą całą propagandą, nie uwierzyłem ani w wielkościową propagandę ojca, ani w pozornie “moralną” propagandę matki, ale zdecydowanie mnie to poraniło. Był w tym element zwątpienia - czy sprawy mają się faktycznie tak jak mi się wydaje, czy też może ja się mylę, a oni (albo jedno z nich) mają rację i ja czegoś nie rozumiem? Dzisiaj wiem, że ojciec ma objawy narcystycznego zaburzenia osobowości - w klasycznym, wielkościowym wydaniu, ale wtedy tego nie wiedziałem - zostałem w to wrzucony jako małe dziecko, bez żadnego objaśnienia. I w dodatku z dezinformującą, gaslightującą matką typu “enabling parent”.

To bardzo mnie poraniło, zaburzyło moje poczucie własnej wartości - przez co przez pierwsze 21 lat życia byłem bardzo mocno zakompleksiony.

Do tej pory boli mnie gdy o tym wszystkim myślę i strasznie mnie to wścieka.

Moja terapeutka twierdziła, że jestem bardzo dzielny i że super sobie z tym poradziłem… Ja mam mieszane odczucia. Z jednej strony domyślam się, że gdybym uwierzył w propagandę ojca, gdybym się poddał, to pewnie teraz byłbym wrakiem człowieka z sieczką w głowie. Ale też nie czuję, żebym to prawdziwie wygrał. Niestety fakty są takie, że narcystyczny śmieć bardzo mocno mnie poranił - pomimo mojego oporu.

Czuję się jak “dziecko-żołnierz” - które zostało brutalnie, podle wrzucone w rodzaj wojny, a nie w normalne dzieciństwo które powinno dostać. W mojej głowie zawsze pozostanie wyryte emocjonalne wspomnienie o “wojnie” którą mimo wszystko przegrałem. Wiadomo, że siły był nierówne i nie miałem realnych szans na wygraną, ale rezultat i tak jest taki jaki jest.

I mam w sobie ogromne pragnienie odwetu, który ciężko byłoby mi zrealizować. (Bez trafienia do więzienia za wyjątkowo okrutne morderstwo.) A i to nie przywróciłoby mi normalnego dzieciństwa.

BTW:

1- Czy moje cechy psychopatyczne to psychopatia pierwotna (wrodzona), czy też wtórna, wykształcona? Być może jedno i drugie?

Może urodziłem się z pewnym poziomem pierwotnej psychopatii - co sprawiło, że oparłem się propagandzie rodziców, ale moje ogólne przykre doświadczenie “wojny” dodało do tego psychopatii wtórnej?

2- Cała moja relacja z ojcem to w pewnym sensie klasyczne spotkanie psychopaty z narcyzem. Narcystyczny debil nie rozumie, że mnie się nie da urobić i że ja operuję na poziomie faktów, a nie narracji. Niestety w tym przypadku zostałem “wrzucony” w sytuację w której ja byłem dzieckiem, a narcyz moim ojcem.

3- Moi rodzice byli za młodu atrakcyjni - zdecydowanie powyżej przeciętnej. I ja odziedziczyłem urodę po mamie.

4- Mama dowiedziała się od znajomego, że ojciec miał okres w którym był wściekły na kobiety i celowo je uwodził, rozkochiwał, a potem olewał - żeby się “zemścić na kobietach”. Gdyby nie to, że miał powodzenie, to bym powiedział, że był ówczesnym redpillowcem.

I to uwodzenie… On obracał kobietami i ja też… Czy to jest w jakimś stopniu dziedziczne?

5- Ojciec pomiata mamą. Ja też pomiatam kobietami… Znowu - czy to jest dziedziczne?

6- Ja lubię dominować, poniżać kobiety w sensie BDSM. Nie czuję do nich nienawiści, po prostu lubię je poniżać, czuć się od nich lepszy, etc… Czy to nie jest w pewien chory sposób podobne do tego jak ojciec odczuwał satysfakcję z poniżania mnie?

Można to interpretować tak, że moje skłonności BDSM to jest trauma, etc etc…

Ale może to jest dziedziczne, tylko ja skierowałem to w kierunku poniżania kobiet które lubią być poniżane, a mój ojciec - będąc śmieciem i debilem, skierował te same impulsy w kierunku wyżywania się na swoim dziecku?

To jest dla mnie obrzydliwa myśl, ale zastanawiam się ile po nim odziedziczyłem.

7- Ojciec ma ponad 85 lat i nie tylko prowadzi bez problemu samochód, ale jeździ na rowerze, na nartach. Przypuszczam, że przekroczy bez problemu 90 lat i to z wysokim poziomem sprawności. Wcale bym się nie zdziwił gdyyby dożył do 100 lat.

Ja mam 45 lat, ale wyglądam na 35, dostaję zainteresowane spojrzenia od dużo młodszych kobiet, nawet od nastolatek… Mam super wysokie libido - na poziomie uznawanym przez większość ludzi za “niemożliwy” - na poziomie dużo wyższym niż normalny, zdrowy 20-latek, nie mówiąc już o normalnym 45 latku.

Mama jest młodsza od ojca o kilkanaście lat…

Moja główna partnerka jest ode mnie młodsza o kilkanaście lat…

To wygląda tak jakbym biologicznie wrodził się w ojca? Jakbym realizował ten sam “genetyczny plan”, pomimo wszelkich różnic w osobowości?

Jaka jest tego puenta? Że koniec końców kierują nami geny? A może dzieje się tak tylko w przypadku ludzi o specyficznym, ponadprzeciętnie “wyrazistym” kodzie genetycznym?