Cześć,
W kolejnej części cyklu rozmów z mężczyznami, którzy wspierają innych mężczyzn przyjrzymy się zjawisku, którego nie sposób ignorować, jeśli funkcjonuje się w męskim środowisku internetowym.
Mowa oczywiście o redpillu.
Mój stosunek do redpillowej perspektywy patrzenia na męskie problemy można zapewne dosyć szybko i łatwo wyinterpretować z moich wpisów na forum i zakładanych przeze mnie wątków - no nie jestem entuzjastą ![]()
Na część moich licznych zastrzeżeń do działalności i wniosków wysuwanych przez ten ruch (trzeba im w tym miejscu oddać to, że niejednokrotnie dobrze diagnozują różne męskie problemy, gorzej jednak moim zdaniem z wnioskami końcowymi wynikającymi z ich obserwacji) próbował odpowiedzieć Johnny Reb. Pasjonat klasycznej motoryzacji, motocykli, amerykańskiego rocka i strzelectwa, prowadzący kanał na YT, na którym omawia różne wydarzenia elektryzujące manosferę.
Dlaczego złożyłem propozycję rozmowy właśnie Johnny’emu? Przede wszystkim dlatego, że nie jest radykałem i potrafi samodzielnie myśleć. Widzę w nim też swego rodzaju autentyczność i to, że realnie jest zainteresowany męskimi problemami, a nie z czystego wyrachowania. Ma podobne spojrzenie do mojego na tzw. wojnę płci - że to po prostu nikomu nie służy (nie licząc radykalnych feministek i kilku jego kolegów z “branży”
).
Zapraszam do lektury i - rzecz jasna - do dyskusji w komentarzach.
Cześć Johnny. Dziękuję, że mimo mojego jasnego stanowiska, że – delikatnie mówiąc – nie należę do zwolenników redpilla (a konkretnie – jego wersji wykładanej przez czołowych przedstawicieli polskiej manosfery) zgodziłeś się ze mną porozmawiać m.in. o tym właśnie zjawisku. Nie jesteś typowym przedstawicielem tego środowiska – nie poszedłeś w monetyzację redpillu, nie prowadzisz konsultacji, szkoleń, nie piszesz książek, często wrzucasz na swój kanał kontent typowo hobbistyczny, który ma małe szanse na duże zasięgi i pomijasz ten bazujący na silnych emocjach, który mógłby się przebić szerzej. Skąd u Ciebie takie podejście?
Ja się w ogóle nie uważam za przedstawiciela „Środowiska Red-Pill” tak szczerze mówiąc - prędzej szeroko rozumianej Manosfery. Poznałem osobiście niektórych z głównych postaci z najpopularniejszych kanałów z tej bańki informacyjnej przy jakichś okazjach, ale nie utrzymujemy kumpelskich relacji. Raczej uważam się za taki plankton komentariatu internetowego, gdzie po prostu szczerze mówię co uważam, co myślę i nie przejmuję się tym, że moje spojrzenie na różne zjawiska przez lata ulega pewnej ewolucji.
Nie bardzo widzę sens ani potrzebę budowania zasięgów na wzbudzaniu silnych negatywnych emocji wyłącznie w celach monetyzacji tej działalności - po pierwsze dlatego, że uważam to za społecznie szkodliwe, a po drugie dlatego, że nie muszę się jakoś bardzo martwić o pieniądze. Radzę sobie w życiu zawodowym na tyle dobrze, że mając umiarkowane potrzeby i aspiracje spokojnie sobie żyję.
Pozwolisz, że Cię trochę w temacie tego redpillu podręczę. Jak w ogóle trafiłeś do tej społeczności i co w niej najbardziej Cię przyciągnęło? Czy pamiętasz konkretną sytuację, w której uznałeś, że świat działa właśnie tak, jak opisuje to redpill?
No cóż, zapewne jak większość mężczyzn w pewnym wieku – miałem w życiu doświadczenie rozwodu i będąc na świeżo próbując sobie poukładać sprawy w głowie trafiłem na jakieś kanały na YouTube i na grupy na FB - notabene ta pierwsza jest od dłuższego czasu tajna i wyłącznie na zaproszenia, a część członków zna się osobiście i z pewną regularnością spotyka. Ja generalnie nie jestem zbytnio łatwowierny – więc nie uważam, że Świat Działa Wyłącznie Tak jak to opisuje Red Pill – natomiast uważam, że prawdopodobieństwo jest na tyle wysokie, pewne schematy w ludzkich życiach się powtarzają na tyle często i wydarzają się w sposób na tyle podobny do schematów przedstawionych w Red Pillu, że trudno jest tą rzeczywistość ignorować.
Co do konkretnych sytuacji – domyślam się, że szukasz jakiejś traumy, ale nie. Moje doświadczenia nie były jakieś dramatyczne, nie złamały mnie – a po prostu zacząłem zauważać korelacje tego, co opisuje Red Pill do tego, co obserwowałem wokół siebie. Ale początki były wiele lat temu, teraz „ta tematyka” jest już tylko jedną z tych, którą się interesuję – i to daleko nie najważniejszą.
Nie da się nie zauważyć tego, że dla osoby wkręconej w redpill jest to po pewnym czasie filtr, przez który przepuszczana jest jej rzeczywistość. Czy i jakie są Twoim zdaniem słabości lub ograniczenia takiego redpillowego światopoglądu?
Coś w tym jest, między innymi dlatego coraz bardziej się odsuwam od tego, a skupiam na rzeczach znacznie przyjemniejszych. Z jednej strony istnieje algorytm, który już sobie zaszufladkował człowieka i przyporządkował do określonych treści, zatem siłą rzeczy te treści będą docierać – ale to oczywiście zależy od medium. Na YouTube faktycznie mi się wyświetla jeszcze sporo tego contentu, ale na Instagramie już na przykład mam w Feedzie praktycznie wyłącznie klasyczne auta amerykańskie, hot rody, podrasowane garbusy, harleye, choppery i broń…![]()
Oprócz kwestii cyfrowych istnieje jeszcze filtr percepcyjny – tzw. paradoks percepcji - co ma swoje wady i zalety. Faktycznie – zauważa się pewne schematy wokół siebie częściej niż zanim człowiek wchłonął tą cała wiedzę. Osobiście nie zauważam u siebie przesadnego filtrowania rzeczywistości pod tym kątem. Przynajmniej nie w stopniu, który by jakoś bardzo wpływał na światopogląd czy bieżące sprawy. Ma natomiast też i swoje niezaprzeczalne zalety – jeśli kumpel Cię zaprasza na piwo i opowiada, że ostatnio coś się żona dziwnie zachowuje… No i niestety, przeczucia były słuszne, a odpowiednio wczesne zadziałanie po tej rozmowie umożliwiło zebranie dowodów i ustawienie się w sytuacji utrudniającej zdemolowanie później w sądzie…
Moim głównym zarzutem w stosunku do redpillu jest to, że często daje bardzo proste odpowiedzi na niejednokrotnie bardzo trudne pytania. Przykładowo – „kobieta przestała z Tobą sypiać po urodzeniu dziecka, bo tak naprawdę nigdy jej się nie podobałeś, związała się z Tobą z braku laku, byłeś jedynie dawcą spermy, a teraz Twoim zadaniem będzie jedynie dostarczanie jej zasobów”. Taka narracja (okrutna przede wszystkim dla mężczyzny!) wyklucza też inne, bardzo przecież możliwe przyczyny takiej sytuacji – np. zmęczenie partnerki obowiązkami rodzicielskimi, oddalenie się od partnera, problemy hormonalne, blokady emocjonalne czy choćby ból po porodzie w trakcie stosunku, o którym wstydzi się ona powiedzieć partnerowi. Czy nie boisz się, że redpill ze swoimi zerojedynkowymi „diagnozami” to trochę ucieczka od złożoności życia?
Jak najbardziej, ale to nie jest wyłącznie moim zdaniem kwestia Red Pillu, a rzeczywistości internetowej w której żyjemy. Red Pill to jest wyłącznie zbiór obserwacji pewnych schematów, które się relatywnie często powtarzają – co absolutnie nie znaczy, że nie ma innych możliwości, albo nawet nie oznacza, że ten schemat zauważony przez Red Pill jest najbardziej prawdopodobny. Większość Tuzów Red Pillu podpiera się psychologią ewolucyjną jako bazą naukową oraz statystyką – co brzmi wiarygodnie, dodaje powagi…. Ale po ostatnich wyborach widać, że z tą statystyką różnie bywa, a przyklejanie motywacji ludzi wyłącznie do psychologii ewolucyjnej jest zbyt dużym uproszczeniem według mnie.
Z Red Pillem jest tak samo jak z bronią. Broń jest takim samym narzędziem jak młotek, maczeta czy nóż. Fizycznym przedmiotem o określonych cechach użytkowych i to od użytkownika zależy czy tą maczetą wytnie sobie przeszkadzające gałęzie w ogrodzie, czy zrobi komuś celowo krzywdę. W internecie ostatnio dużo jest sfrustrowanych młodych ludzi, którzy tego narzędzia używają w bardzo złym celu. A przecież tą samą wiedzę można stosować w celu utrzymania swojego związku czy małżeństwa w dobrej kondycji. Zdecydowanie uważam, że szczególnie znając schematy reakcji psychologicznych kobiet, sposób ich komunikacji i tak dalej – można tego używać tak, by kobieta w związku czuła się szczęśliwa.
Niektórzy komentatorzy, również Ci mainstreamowi, oskarżają ruch redpill o promowanie skrajności, wypychanie pewnej części mężczyzn poza nawias zdrowego funkcjonowania w społeczeństwie czy nawet wprost o negatywne oddziaływanie na psychikę mężczyzn, szczególnie młodych. Jak się na to zapatrujesz?
Mainstreamowi się nie dziwię. Celem istnienia mainstreamu jest usiłowanie wpływania na ludzkie decyzje życiowe w kierunku, jaki jest w interesie właścicieli mediów mainstreamowych, ich mocodawców politycznych, ich reklamodawców i tak dalej. To nie jest wypychanie, a świadome wycofywanie się z pewnych sfer życia przez – było nie było - dorosłych ludzi. Manosfera jest po prostu reakcją określonej grupy mężczyzn (już całkiem zauważalnej) na dekady ich złego traktowania przez – ten właśnie mainstream. Jeśli w mainstreamowych mediach rozhisteryzowane i kipiące nienawiścią do mężczyzn feministki od dekad wmawiają mężczyznom, że mężczyźni nie są kobietom do niczego potrzebni, żeby się od nich odczepili, żeby nie zagadywali na ulicy, że my, mężczyźni jesteśmy winni wszystkich nieszczęść świata z wybuchami wulkanów i plamami na Słońcu włącznie, że każdy mężczyzna to potencjalny sprawca g*ałtu, że przemoc ma płeć (męską) – słowem: Jedyny komunikat jaki płynie od kobiet do mężczyzn to WYŁĄCZNIE krytyka… No to niech sobie tupią tą nóżką dalej. Czy mówisz, że deszcz pada jak Ci plują w twarz? Zatem ja uważam, że ta swego rodzaju alienacja części mężczyzn, że swego rodzaju bunt jest najbardziej potrzebny – ponieważ wszystkie dotychczasowe próby obłaskawiania tej nienasyconej feministycznej hydry zawiodły do tego stopnia, że lista żądań urosła już do takich rozmiarów, że jest niewykonalna dla żadnego mężczyzny.
Jak pisałem wyżej – ostatnio niestety jest sporo komentarzy zwyczajnie hejterskich i ten problem się nasila, nad czym boleję… Ale co jest alternatywą? Podwinięcie ogona pod siebie i grzeczne powiedzenie – „Tak, masz rację, Kochanie”? To chyba już wszyscy wiedzą jak się kończy.
Nie da się nie zauważyć tego, co dzieje się z bardzo wieloma mężczyznami po zażyciu „czerwonej pigułki” – mowa o tzw. redpill rage, który według piewców redpilla ma mieć charakter przejściowy, być jedynie pewnym etapem, fazą, a nie stanem docelowym, stałym. Moje obserwacje są jednak inne – w komentarzach pod filmami na YT widzę od wielu lat te same nicki produkujące ogromne ilości hejtu na kobiety, ich radykalizacja przybiera na sile i dodatkowo jest podgrzewana przez niektórych twórców (wiadomo – rage baiting jest świetnym sposobem zarabiania na zasięgach). Tyczy się to również niektórych czołowych przedstawicieli manosfery, którzy potrafią wręcz nawoływać do nieudzielania pomocy kobietom krzywdzonym przez obcokrajowców, gdy te głosowały na przedstawiciela „niewłaściwej” (ich zdaniem) opcji politycznej. Co tu poszło Twoim zdaniem nie tak? Dlaczego tak wielu mężczyzn w społeczności redpill mówi o „samorozwoju”, a tak naprawdę kończy na narzekaniu na kobiety?
Ale czy ja naprawdę jestem odpowiednim adresem do tego, by na mnie przerzucać odpowiedzialność na złe zachowania innych ludzi, którzy przypadkiem po części zgadzają się co do zasad funkcjonowania pewnego wąskiego wycinka rzeczywistości? Tak. Red Pill Rage istnieje – sam go przechodziłem – i uważam, że dawno już przeszedłem. Ale odmawiam brania odpowiedzialności za wszystkich w tej bańce informacyjnej.
Generalnie ja jestem raczej z tych, którzy zalecają chłodną głowę i raczej namawiają do zgody niż konfliktu. A dlaczego działa rage baiting? Na takiej samej zasadzie jak „księżniczkowy” content na Tik Toku, jak baitowe nagłówki o cenach benzyny po weekendzie, straszenie najpierw grypą, teraz wojną, czy fałszowaniem wyborów, a za jakiś czas pewnie kosmitami albo bombą atomową. To jest ten sam mechanizm bez względu na bańkę informacyjną. A skąd się bierze zapał trolli internetowych do trollowania w dziale komentarzy? Nie mam pojęcia. I szczerze powiedziawszy… Czy to jest mój problem, skoro ja – u siebie na kanale – od bardzo długiego czasu staram się raczej tonować nastroje?
Trzeba Ci oddać to, że faktycznie to robisz. Czy Twoje relacje z kobietami są teraz szczęśliwsze niż przed poznaniem redpillu?
Nie zauważyłem znacznych różnic w poziomie szczęścia w relacji przed poznaniem pewnych zasad działania kobiecej psychologii. To są raczej kwestie techniczne – jak reagować na takie czy inne zachowania – i tak. To instrumentarium w określonych sytuacjach działa, ale człowiek jest człowiekiem, a nie automatem do stosowania wyłącznie zaprogramowanych procedur, a życie nie polega na tym, by żyć każdą chwilą według jakiegoś podręcznika. Kiedy byłem w relacji, to działało. Obecnie dość świadomie nie jestem w żadnym związku, bo skumulowało mi się trochę obowiązków oraz tematów hobbystycznych, że… trochę mi szkoda czasu na jakieś randki itp. Gdybym się lepiej zorganizował, to może bym wykroił jeden wieczór tygodniu, góra dwa. A poza tym…. Wcale nie jest łatwo mając 45 lat trafić odpowiednią osobę, bo każdy ma swoje przyzwyczajenia, które by relacja mogła zdrowo funkcjonować muszą zostać poddane dość bolesnym kompromisom. A ja na dzień dzisiejszy nie jestem gotów na takie kompromisy.
Co dla Ciebie znaczy być silnym mężczyzną? Czy Twoim zdaniem siła to także odwaga w okazywaniu emocji i słabości?
To mi brzmi jakby to pytanie pisała jakaś Maja Staśko czy inna Patrycja Wieczorkiewicz. No, ja myślę, że będąc facetem to się czuje, że nie są to sprawy do jakiejś ideologicznej dyskusji. Siła mężczyzny jest po prostu jego obowiązkiem, zwłaszcza jeśli ma jakichś ludzi, którzy na nim polegają. Jeśli ktoś (kobieta, dzieci, czy pracownicy w firmie) polega na Tobie, to sorry. Musisz trzymać emocje na wodzy, bo taką masz odpowiedzialność – to Ty jesteś tą skałą. Co nie znaczy, że tych emocji nie ma czy masz kisić je w sobie. Ale od tego są przyjaciele. Mężczyźni. Kobiety co do zasady – a contrario do tego co mówią feministki czy inne gwiazdy Internetu czy modne psycholożki z telewizji śniadaniowych – nie są na poziomie podświadomym gotowe by się mierzyć z oznakami męskiej słabości i podświadomie będą takim typem gardzić. Prędzej czy później. Bo nie zapewnia poczucia bezpieczeństwa. Koniec kropka. To całe gadanie o czułej męskości można między bajki wsadzić.
Jak musisz odparować emocje, umawiasz się z przyjacielem polatać na motocyklu, na ryby, na siłownie, czy podłubać w garażu nad jakimś starym gratem czy cokolwiek lubicie. Wymiana zdań jest krótka i służy głównie temu by zasygnalizować wsparcie oraz ewentualnie znaleźć rozwiązanie problemu. I już. Wystarczy poczucie, że nie jesteś z tym problemem sam, przyjaciel doradzi – i tyle jest potrzebne. A potem wracasz do tych, którzy na Tobie polegają już odbudowany. Proste.
Często w wypowiedziach przedstawicieli manosfery można zauważyć tęsknotę za małżeństwami aranżowanymi – postulaty ich przywrócenia uzyskują mnóstwo polubień w komentarzach pod filmami na kanałach redpillowych. Jakie jest Twoje zdanie w tym temacie? Czy Twoim zdaniem kobiety mają prawo do wyboru partnera według własnych kryteriów?
A jakich praw kobiety nie mają? Dlaczego miałyby ich nie mieć? Tylko, że…. Jak równe prawa, to i równe obowiązki i równa odpowiedzialność. A nie tak, że obie płcie mają równe prawa, kobiety wybierają jak chcą, robią co chcą, ale wszelkie konsekwencje tych ich wyborów ponosimy my, mężczyźni. Indywidualnie lub zbiorowo jako podatnicy..… Skoro Pani Żona podejmuje Silną i Niezależną Decyzję, że odchodzi do Alvaro Macho Latino z siłowni i zabiera dzieci, to dlaczego cały koszt tego przedsięwzięcia jest przerzucany na pozwanego? No halo? Skoro już podejmuje tą Silną i Niezależną Decyzję, to na własny rachunek, albo na rachunek Alvaro.
Generalnie aranżowane małżeństwa kiedyś były czymś na kształt fuzji przedsiębiorstw, bo chodziło często o niebagatelny majątek gromadzony przez pokolenia. To była poważna sprawa. A teraz małżeństwo zostało sprowadzone do motylków w brzuchu i zgodności charakterów. Moim zdaniem taka kulturowa zmiana nie wydarzyła się przypadkiem, bo jak kuleje instytucja rodziny, to nie powstają, lub nie utrzymują się majątki rodzinne i dużym kapitałom nie powstaje konkurencja… Wiem, że to pachnie teorią spiskową, ale tak to wygląda.
Zatem pytanie prowokacyjne rzecz jasna, bo jak można ciemiężyć te biedne kobiety… nie dam się wciągnąć w tak zastawioną pułapkę. Jest równouprawnienie przecież. A skoro tak – to i równa odpowiedzialność.
Co sądzisz o mężczyznach, którzy chcą tworzyć partnerskie relacje — czy uważasz ich za naiwnych? Jaką widzisz dla nich alternatywę? Jak w zasadzie wygląda idealna relacja mężczyzny i kobiety według Ciebie — kto decyduje, kto prowadzi, kto ponosi odpowiedzialność?
Czytelnicy są chyba dorosłymi ludźmi i nie oczekują, że jakiś typ z internetu będzie im mówił jak mają funkcjonować w relacji we własnym życiu? To, że na podstawie obserwacji życia statystycznie Tuzom Red Pilla wychodzi jakiś tam model – który zupełnie przypadkowo doprowadza do białej gorączki niebieskowłose Silne i Niezależne – to nie znaczy, że to ma działać w każdym przypadku. Ludzie mają różne charaktery, ciągną za sobą różne doświadczenia i traumy, zatem to, co będzie działać w jednym przypadku, może nie działać w innym. Co do zasady natomiast w większości przypadków kobieta oczekuje poczucia bezpieczeństwa, że pewne decyzje czy pewne sfery będą dla niej zaopiekowane i nie będzie musiała się tym martwić.
Jest alternatywny model życia z babochłopem, który całą rodzinę po kątach rozstawia i każdy z czytelników zapewne takie przypadki widział. Są związki, w których taka kobieta będzie lubić tą swoją sprawczość, a facetowi będzie odpowiadać pewien poziom świętego spokoju. Ale zazwyczaj jeśli kobieta wchodzi w taki tryb niejako z konieczności, bo typ ewidentnie nie dowozi, to nie wróżę długofalowego sukcesu.
Mówicie dużo o „hipergamii” – o tym, że kobiety wybierają tylko „lepszych” od siebie mężczyzn i tylko takimi są zainteresowane. Tylko… czy w rzeczywistości nie jest tak, że większość ludzi łączy się jednak z partnerami o podobnym statusie i wyglądzie? Jeśli kobiety są hipergamiczne to dlaczego wiele z nich zostaje z mężczyznami po utracie przez nich pracy czy w chorobie?
To jest instynkt, dzięki któremu istnieje konkurencja pomiędzy mężczyznami. Gdyby nie hipergamia, to nie latalibyśmy DreamLinerami na drugi koniec świata, nie byłoby internetu, telefonii komórkowej, samochodów sportowych, lodówek, pralek, odkurzaczy automatycznych i tak dalej. Gdyby tego nie było, to księżniczki zakochiwałyby się w żebrakach spod kościoła, wianuszek kobiet zbierałby się przy ostatnim, który przybiegł na metę i tak dalej. Czy na siedzeniach pasażera super sportowych wozów wartych milion czy więcej jeżdżą brzydkie i grube kobiety, czy wręcz przeciwnie? To jest absolutnie naturalne i normalne, że kobieta musi podziwiać mężczyznę by się w nim zakochać – najlepiej by był od niej lepszy we wszystkim, ale w praktyce jak zrobi wrażenie w jakimś jednym czy drugim aspekcie, to też będzie OK.
Problem społeczny jaki obserwujmy nie leży w hipergamii jako takiej, a w niedostosowaniu tego instynktu do aktualnych warunków rynkowych. Nasze matki miały dostęp do takiej ilości mężczyzn w całym swoim życiu, jak dzisiejsza kobieta dzięki socjal mediom i aplikacjom randkowym ma w przeciągu półtorej godziny. I to jeszcze większość tych potencjalnych kontaktów wykazuje zainteresowanie. Zatem - jest ewidentna nierównowaga podaży i popytu na rynku, co winduje „cenę” do poziomów nieosiągalnych dla przynajmniej połowy mężczyzn. Mam nadzieję, że wyjaśniłem. Młode chłopaki tego oczywiście nie rozumieją i się dziwią, że laski nie lecą na nich tylko dlatego, że oni istnieją. To osobny temat.
Co do tych kobiet, które zostają z mężczyznami po utracie pracy czy w chorobie – nie znam statystyk, ale widziałem już tyle przypadków kiedy właśnie w momencie gdy meżczyzna miał jakiś poważniejszy kryzys – i ten kryzys się przedłużał, to Pańcia z czasem „już nie widziała co czuje” i „potrzebowała przestrzeni” – a ta przestrzeń jak wiadomo miała imię i 190 cm wzrostu.
Skoro zdaniem redpillu kobiety są takie emocjonalne, a mężczyźni logiczni to dlaczego największe wybuchy gniewu i przemocy statystycznie częściej pochodzą właśnie od nas, mężczyzn?
Nie jestem psychologiem. Ale każdy dorosły mężczyzna, który kiedykolwiek się spierał czy kłócił z kobietą chyba ten mechanizm zaobserwował. Natomiast – w całej historii ludzkości męska część plemienia zajmowała się wychowaniem chłopców od pewnego wieku i jednym z kluczowych umiejętności wpajanym chłopakom była kontrola nad emocjami. Generalnie pytanie jest na tyle ogólne, że nadaje się na doktorat z psychologii komunikacji, a nie na 4 zdania komentarza. Rozumiem, że masz inną opinię, której jest tak pewny, że tak formułujesz pytania, by wykazać rzekome wady w tym, co się mówi w Red Pillu. Tak ogólne stawianie pytanie jest swego rodzaju manipulacją, co skłania mnie do konkluzji, że próbujesz mnie wciągnąć w pułapkę, bym wyszedł na idiotę. Nie podoba mi się to.
Patrzę po prostu na te sprawy nieco inaczej niż Ty, ale mniejsza o to. W swoich filmach często dystansujesz się od autorów podgrzewających wojnę płci, która z mojej perspektywy jest zjawiskiem głównie internetowym. Czy przedstawiciele ruchu redpill chcieliby w ogóle wejść ze środowiskiem feministycznym w jakiś konstruktywny dialog czy też dużo bardziej opłacalne jest dla nich trwanie w tym konflikcie, bo jego istnienie daje paliwo redpillowcom? Widzę tu trochę analogię do sporu PiS i KO, które niby się zwalczają, a tak naprawdę wzajemnie się potrzebują, żeby uzasadnić swoje istnienie.
Kolejne pytanie - pułapka.
Co poniektórzy już próbowali nawet publicznie w formie lajwów na swoich kanałach. Może to kwestia doboru rozmówczyń, ale zostały merytorycznie rozjechane do spodu. Z całym szacunkiem, ale tam nie ma z kim rozmawiać, bo te wszystkie zawodowe feministki żyją z tego konfliktu. Z podbijania bębenka.
Doskonałym przykładem jest Szanowna Patrycja Wieczorkiewicz, która najpierw próbowała zgłębić zjawisko środowiska inceli i napisała na ten temat książkę. I na początku mi się wydawało, że szczerze próbowała zrozumieć problemy tych ludzi, ale z czasem po prostu wyszło to samo co zwykle – czyli poczucie wyższości, pogarda i zrobienie sobie publicity na czyjejś tragedii.
Takich rozmów mniej lub bardziej bezpośrednio było wiele – i zawsze jest to samo – po drugiej stronie na początku rozmowy w fazie argumentacji nie ma żadnej konsekwencji, są podwójne standardy, odwracanie kota ogonem, potem w trakcie stopniowego zbijania tych ich pseudoargumentów zaczynają psychomanipulacje, shaming, gaslighting, a jak już nic nie działa, to zaczynają się epitety, wyzwanie od “inceli”, „kto Cie skrzywdził”, "dlaczego nienawidzisz kobiet” i albo dyskusja się kończy agresją werbalną z ich strony, albo graniem ofiary. Albo jednym i drugim na raz.
Mam na to moje ulubione hasło – “Logika Narzędziem Opresji Patriarchatu”… ![]()
W jednym z komentarzy na swoim kanale wskazałeś, że „istnienie i wzrost manosfery to zdrowy objaw wybudzania się mężczyzn i rozumienia, że na własne życzenie żyją w świecie podporządkowanym wyłącznie potrzebom, zachciankom i interesom kobiet”. Takie twierdzenie sugeruje jednak, że „świat” to jeden spójny układ, a nie wielość przeciętnych, niejednoznacznych układów zależności, które nie dają się zredukować do jednej osi (kobiety vs. mężczyźni). Zgodzę się z Tobą, że system często zawodzi mężczyzn (np. sądy rodzinne), ale trudno też nie zauważyć, że i kobiety cierpią w tym świecie: od presji urody, przez przemoc domową, po pracę na podwójnych etatach (zawodowym i opiekuńczym). No i powstaje pytanie – skoro mężczyźni „na własne życzenie” podporządkowali się kobietom, to czy można jednocześnie mówić, że zostali zmanipulowani i oszukani? A jeśli tak to konkretnie ich oszukał?
Kto konkretnie? Disneyowski obraz miłości, że żyli długo i szczęśliwie, paradygmat „happy wife happy life” – czyli, że wypełnianie wszelkich zachcianek kobiety jest jedyną drogą do szczęścia. Oraz fakt, że nikt chłopcom nie mówi, że kobiety komunikują się inaczej niż my. Nie wprost. Mówią kodem, czytają między wierszami, dopowiadają sobie rzeczy, których nie powiedziałeś czy nawet nie pomyślałeś…
Nie mam dowodów na to, ale na zasadzie „follow the money” oraz związków przyczynowo – skutkowych dochodzę do wniosku, że dzięki aktualnemu systemowi monetarnemu opartemu na długu generującemu konieczność ciągłego wzrostu gospodarczego, by było za co ten dług rolować – wszyscy jesteśmy zmuszani do biegania jak chomiki w tym kołowrotku, ale to najbardziej kobiety łyknęły ten haczyk Turbo Konsumpcjonizmu. Przekaz reklamowy, marketingowy, instagramowy jest skierowany przede wszystkim do kobiet, które potem wymagają, że my za tym wszystkim nadążymy. Ja się wypisuję z tego wyścigu.
Ale w zasadzie czy nie jest trochę tak, że mężczyźni nie żyją „na życzenie kobiet”, lecz zgodnie z kulturowymi rolami męskości, które inni mężczyźni im przypisali: zarabianie, rywalizacja, tłumienie emocji, a redpillowe wzorce zamiast rozbić ten niekorzystny dla nas model jeszcze go wzmacniają?
Ja mogę mówić tylko za siebie. I ja chce żyć tak trochę na oucie – niczego nie musieć, latać na Harleyu dokąd chcę i kiedy chcę, ścigać się garbusem, jeździć na wycieczki Vanem i spać w nim tam, gdzie się akurat zatrzymam na noc. To co mówisz, to w ogóle nie jest mój świat i uciekam od niego najdalej jak mogę. A co do „programowania” – no nie. Jak ktoś jest kawalerem i nie śpieszy mu się do zakładania rodziny, to nie ma nad nim prawie żadnych presji. Presje się zaczynają właśnie dlatego, że „kochanie, jak my się pomieścimy w kawalerce”, albo ‘moje wszystkie koleżanki już były na Bali, a my jeszcze nie nie…” i tak to się zaczyna.
Ostatnio wpadło mi w oko intrygujące twierdzenie, zgodnie z którym „męskość” jest pewnego rodzaju teatrem, grą odgrywaną przez nas – mężczyzn - przede wszystkim na potrzeby innych mężczyzn, by przypadkiem nie wykreślili nas z męskiego grona. Co o tym sądzisz? Czym w ogóle jest dla Ciebie męskość?
Znowu pytanie na doktorat albo pytanie - pułapka.
Według mnie jak masz dobrych kumpli, to przed nimi nie grasz żadnej roli. Przed nimi jesteś sobą. Ale przed światem – owszem. Zwłaszcza, jak jest gra o grubszą kasę i jest rywalizacja. Czym jest męskość? Każdy musi sobie zadać to pytanie sam – i nie tyle znaleźć odpowiedź na poziomie intelektualnym, według określonego kodu kulturowego – tylko musi to poczuć. Ja uważam, że męskim jest wewnętrzny pociąg do wolności i naturalna skłonność do buntu, wewnętrzne poczucie siły. Ale kimże ja jestem, żeby udawać autorytet na tak wielkie pytania?
Zmieńmy trochę temat i pogadajmy o Twoich zajawkach. Jesteś fanem klasycznej motoryzacji i właścicielem pięknego Volkswagena Garbusa, uczestnikiem wielu zlotów, z których relacje publikujesz na swoim kanale „Johnny Reb Lifestyle” (polecam!). Czemu właśnie ten model i ta marka? Nie myślałeś kiedyś o klasycznym muscle carze z silnikiem V8?
Z garbusem to długa historia. Jak byłem w liceum i oglądałem amerykańskie filmy, to tam właśnie było a to ’72 Malibu w Pulp Fiction, a to ’68 Charger w Bullit, ’50 Mercury Lead Sled w Cobrze ze Stallon’em… chciałem mieć klasyczny wóz. Najlepiej coś najbliżej tych wyżej wymienionych, ale w latach 90-tych dostępny wóz tego typu to był Ford Capri co najwyżej. A miałem znajomego, który miał takie Capri… I jeździł jednym, a na podwórku miał jeszcze trzy inne na części. Nie chciałem czegoś takiego. I na wakacjach po maturze kumpel mnie zaraził pomysłem garbusa, bo wtedy faktycznie części były dostępne wszystkie praktycznie od ręki i to nowe i to był generalnie dość prosty technicznie wóz. Kupiłem po pierwszym roku studiów. I pierwszy rok to było leczenie różnych niespodzianek, a potem zacząłem się interesować tuningiem z epoki. Czyli jak garbusy przerabiali Amerykanie w latach 60tych i 70tych w stylu Cal-look (California Look). Wtedy okazało się, że zmiany stylistycznie są bardzo subtelne – prawie niezauważalne dla laika, ale najważniejsze są zmiany mechaniczne – by tak zmodyfikować układ napędowy na bazie seryjnego silnika, by ten garbus robił dobre czasy na wyścigach na ¼ mili.
I poszedłem na całego w tym kierunku. Byłem jednym z pierwszych w Polsce, który miał przebudowany silnik o pojemności 1.9L, podwójne gaźniki, sportowy wydech, ostry wałek i głowice o większych zaworach. To był wtedy jeden z szybszych garbusów w Polsce, a jak na tamte czasy był całkiem szybkim autem w ogóle, bo robił 100km/h w niewiele ponad 7s, a ¼ mili przejeżdżał w 15.5 sekundy. Teraz zbieram się do kolejnej wersji silnika o jeszcze większej pojemności z potencjałem na powyżej dwukrotność tej mocy, którą ma teraz, co po ustawieniu wszystkiego optymalnie powinno go katapultować na ¼ mili w rejonie 13, może 12 sekund, a od 0-100km/h poniżej 5 sekund.
Szybki garbus ma pewien urok, którego nie mają wozy ostentacyjnie sportowe. Jak widzisz Mustanga, jakąś Beemke Z3, Nissana 350Z itp. – to z daleka krzyczy, że to „mocny” wóz. A wcale nie zawsze taki szybki faktycznie jest. I jak podjedzie taki bufon, któremu się wydaje, że ma „sportowy wóz”, którym w dodatku nie potrafi jeździć i będzie patrzył z pogardą na jakiegoś garbusa na alufelgach… To nie ma pojęcia żadnego, że za chwilę może zostać mocno upokorzony.
A w kwestii amerykańskich V8… Mam Chevroleta z 94 roku z 4,3L V6, ale to kanapa. Van do jeżdżenia w trasy. Kiedyś jeszcze będę pewnie chciał coś klasycznego na żeliwnej V8 ze stajni Chevroleta. Może jakieś Camaro. Ale muszę pokończyć najpierw te projekty, które już mam. Czyli ’71 Fast Cal-Look VW, ’94 Chevrolet Astro i ’94 Harley Sportster Evo.
Mi się marzył swego czasu '71 Chevy Chevelle SS, którym jeździli Samuel L. Jackson i Dwayne Johnson w “Policji zastępczej”, boski wóz. Przejdźmy teraz do muzyki. Ilustracją muzyczną w Twoich filmach są często covery amerykańskich hitów rockowych w Twoim wykonaniu. Jako wielki fan muzyki wszelakiej (ale głównie tej mocniejszej) muszę przyznać, że jest to po prostu sztos. Od zawsze lubiłeś taką muzykę?
Dziękuję. To są często moje autorskie riffy. Tak, Rocka w przeróżnych formach słucham od piątej klasy podstawówki. Zacząłem od metalu, któremu byłem wierny do liceum, potem zacząłem szukać w punk rocku, potem głębiej w rocku klasycznym – Purple, Hendrix, Joplin, Zeppelin, Stonesi (dzięki nauczycielowi, który był też dziennikarzem muzycznym), poprzez blues, aż po country i różne mieszanki tych stylów o zbiorczej nazwie Americana. Generalnie wszystko co gitarowe, oparte na pentatonice od połowy lat 50tych po czasy współczesne. Aczkolwiek nowych Wielkich Grup już nie ma od grubo ponad dekady.