Męskie Rozmowy #3: JOHNNY REB

Cześć,

W kolejnej części cyklu rozmów z mężczyznami, którzy wspierają innych mężczyzn przyjrzymy się zjawisku, którego nie sposób ignorować, jeśli funkcjonuje się w męskim środowisku internetowym.

Mowa oczywiście o redpillu.

Mój stosunek do redpillowej perspektywy patrzenia na męskie problemy można zapewne dosyć szybko i łatwo wyinterpretować z moich wpisów na forum i zakładanych przeze mnie wątków - no nie jestem entuzjastą :slight_smile:

Na część moich licznych zastrzeżeń do działalności i wniosków wysuwanych przez ten ruch (trzeba im w tym miejscu oddać to, że niejednokrotnie dobrze diagnozują różne męskie problemy, gorzej jednak moim zdaniem z wnioskami końcowymi wynikającymi z ich obserwacji) próbował odpowiedzieć Johnny Reb. Pasjonat klasycznej motoryzacji, motocykli, amerykańskiego rocka i strzelectwa, prowadzący kanał na YT, na którym omawia różne wydarzenia elektryzujące manosferę.

Dlaczego złożyłem propozycję rozmowy właśnie Johnny’emu? Przede wszystkim dlatego, że nie jest radykałem i potrafi samodzielnie myśleć. Widzę w nim też swego rodzaju autentyczność i to, że realnie jest zainteresowany męskimi problemami, a nie z czystego wyrachowania. Ma podobne spojrzenie do mojego na tzw. wojnę płci - że to po prostu nikomu nie służy (nie licząc radykalnych feministek i kilku jego kolegów z “branży” :wink: ).

Zapraszam do lektury i - rzecz jasna - do dyskusji w komentarzach.

Cześć Johnny. Dziękuję, że mimo mojego jasnego stanowiska, że – delikatnie mówiąc – nie należę do zwolenników redpilla (a konkretnie – jego wersji wykładanej przez czołowych przedstawicieli polskiej manosfery) zgodziłeś się ze mną porozmawiać m.in. o tym właśnie zjawisku. Nie jesteś typowym przedstawicielem tego środowiska – nie poszedłeś w monetyzację redpillu, nie prowadzisz konsultacji, szkoleń, nie piszesz książek, często wrzucasz na swój kanał kontent typowo hobbistyczny, który ma małe szanse na duże zasięgi i pomijasz ten bazujący na silnych emocjach, który mógłby się przebić szerzej. Skąd u Ciebie takie podejście?

Ja się w ogóle nie uważam za przedstawiciela „Środowiska Red-Pill” tak szczerze mówiąc - prędzej szeroko rozumianej Manosfery. Poznałem osobiście niektórych z głównych postaci z najpopularniejszych kanałów z tej bańki informacyjnej przy jakichś okazjach, ale nie utrzymujemy kumpelskich relacji. Raczej uważam się za taki plankton komentariatu internetowego, gdzie po prostu szczerze mówię co uważam, co myślę i nie przejmuję się tym, że moje spojrzenie na różne zjawiska przez lata ulega pewnej ewolucji.

Nie bardzo widzę sens ani potrzebę budowania zasięgów na wzbudzaniu silnych negatywnych emocji wyłącznie w celach monetyzacji tej działalności - po pierwsze dlatego, że uważam to za społecznie szkodliwe, a po drugie dlatego, że nie muszę się jakoś bardzo martwić o pieniądze. Radzę sobie w życiu zawodowym na tyle dobrze, że mając umiarkowane potrzeby i aspiracje spokojnie sobie żyję.

Pozwolisz, że Cię trochę w temacie tego redpillu podręczę. Jak w ogóle trafiłeś do tej społeczności i co w niej najbardziej Cię przyciągnęło? Czy pamiętasz konkretną sytuację, w której uznałeś, że świat działa właśnie tak, jak opisuje to redpill?

No cóż, zapewne jak większość mężczyzn w pewnym wieku – miałem w życiu doświadczenie rozwodu i będąc na świeżo próbując sobie poukładać sprawy w głowie trafiłem na jakieś kanały na YouTube i na grupy na FB - notabene ta pierwsza jest od dłuższego czasu tajna i wyłącznie na zaproszenia, a część członków zna się osobiście i z pewną regularnością spotyka. Ja generalnie nie jestem zbytnio łatwowierny – więc nie uważam, że Świat Działa Wyłącznie Tak jak to opisuje Red Pill – natomiast uważam, że prawdopodobieństwo jest na tyle wysokie, pewne schematy w ludzkich życiach się powtarzają na tyle często i wydarzają się w sposób na tyle podobny do schematów przedstawionych w Red Pillu, że trudno jest tą rzeczywistość ignorować.

Co do konkretnych sytuacji – domyślam się, że szukasz jakiejś traumy, ale nie. Moje doświadczenia nie były jakieś dramatyczne, nie złamały mnie – a po prostu zacząłem zauważać korelacje tego, co opisuje Red Pill do tego, co obserwowałem wokół siebie. Ale początki były wiele lat temu, teraz „ta tematyka” jest już tylko jedną z tych, którą się interesuję – i to daleko nie najważniejszą.

Nie da się nie zauważyć tego, że dla osoby wkręconej w redpill jest to po pewnym czasie filtr, przez który przepuszczana jest jej rzeczywistość. Czy i jakie są Twoim zdaniem słabości lub ograniczenia takiego redpillowego światopoglądu?

Coś w tym jest, między innymi dlatego coraz bardziej się odsuwam od tego, a skupiam na rzeczach znacznie przyjemniejszych. Z jednej strony istnieje algorytm, który już sobie zaszufladkował człowieka i przyporządkował do określonych treści, zatem siłą rzeczy te treści będą docierać – ale to oczywiście zależy od medium. Na YouTube faktycznie mi się wyświetla jeszcze sporo tego contentu, ale na Instagramie już na przykład mam w Feedzie praktycznie wyłącznie klasyczne auta amerykańskie, hot rody, podrasowane garbusy, harleye, choppery i broń…:blush:

Oprócz kwestii cyfrowych istnieje jeszcze filtr percepcyjny – tzw. paradoks percepcji - co ma swoje wady i zalety. Faktycznie – zauważa się pewne schematy wokół siebie częściej niż zanim człowiek wchłonął tą cała wiedzę. Osobiście nie zauważam u siebie przesadnego filtrowania rzeczywistości pod tym kątem. Przynajmniej nie w stopniu, który by jakoś bardzo wpływał na światopogląd czy bieżące sprawy. Ma natomiast też i swoje niezaprzeczalne zalety – jeśli kumpel Cię zaprasza na piwo i opowiada, że ostatnio coś się żona dziwnie zachowuje… No i niestety, przeczucia były słuszne, a odpowiednio wczesne zadziałanie po tej rozmowie umożliwiło zebranie dowodów i ustawienie się w sytuacji utrudniającej zdemolowanie później w sądzie…

Moim głównym zarzutem w stosunku do redpillu jest to, że często daje bardzo proste odpowiedzi na niejednokrotnie bardzo trudne pytania. Przykładowo – „kobieta przestała z Tobą sypiać po urodzeniu dziecka, bo tak naprawdę nigdy jej się nie podobałeś, związała się z Tobą z braku laku, byłeś jedynie dawcą spermy, a teraz Twoim zadaniem będzie jedynie dostarczanie jej zasobów”. Taka narracja (okrutna przede wszystkim dla mężczyzny!) wyklucza też inne, bardzo przecież możliwe przyczyny takiej sytuacji – np. zmęczenie partnerki obowiązkami rodzicielskimi, oddalenie się od partnera, problemy hormonalne, blokady emocjonalne czy choćby ból po porodzie w trakcie stosunku, o którym wstydzi się ona powiedzieć partnerowi. Czy nie boisz się, że redpill ze swoimi zerojedynkowymi „diagnozami” to trochę ucieczka od złożoności życia?

Jak najbardziej, ale to nie jest wyłącznie moim zdaniem kwestia Red Pillu, a rzeczywistości internetowej w której żyjemy. Red Pill to jest wyłącznie zbiór obserwacji pewnych schematów, które się relatywnie często powtarzają – co absolutnie nie znaczy, że nie ma innych możliwości, albo nawet nie oznacza, że ten schemat zauważony przez Red Pill jest najbardziej prawdopodobny. Większość Tuzów Red Pillu podpiera się psychologią ewolucyjną jako bazą naukową oraz statystyką – co brzmi wiarygodnie, dodaje powagi…. Ale po ostatnich wyborach widać, że z tą statystyką różnie bywa, a przyklejanie motywacji ludzi wyłącznie do psychologii ewolucyjnej jest zbyt dużym uproszczeniem według mnie.

Z Red Pillem jest tak samo jak z bronią. Broń jest takim samym narzędziem jak młotek, maczeta czy nóż. Fizycznym przedmiotem o określonych cechach użytkowych i to od użytkownika zależy czy tą maczetą wytnie sobie przeszkadzające gałęzie w ogrodzie, czy zrobi komuś celowo krzywdę. W internecie ostatnio dużo jest sfrustrowanych młodych ludzi, którzy tego narzędzia używają w bardzo złym celu. A przecież tą samą wiedzę można stosować w celu utrzymania swojego związku czy małżeństwa w dobrej kondycji. Zdecydowanie uważam, że szczególnie znając schematy reakcji psychologicznych kobiet, sposób ich komunikacji i tak dalej – można tego używać tak, by kobieta w związku czuła się szczęśliwa.

Niektórzy komentatorzy, również Ci mainstreamowi, oskarżają ruch redpill o promowanie skrajności, wypychanie pewnej części mężczyzn poza nawias zdrowego funkcjonowania w społeczeństwie czy nawet wprost o negatywne oddziaływanie na psychikę mężczyzn, szczególnie młodych. Jak się na to zapatrujesz?

Mainstreamowi się nie dziwię. Celem istnienia mainstreamu jest usiłowanie wpływania na ludzkie decyzje życiowe w kierunku, jaki jest w interesie właścicieli mediów mainstreamowych, ich mocodawców politycznych, ich reklamodawców i tak dalej. To nie jest wypychanie, a świadome wycofywanie się z pewnych sfer życia przez – było nie było - dorosłych ludzi. Manosfera jest po prostu reakcją określonej grupy mężczyzn (już całkiem zauważalnej) na dekady ich złego traktowania przez – ten właśnie mainstream. Jeśli w mainstreamowych mediach rozhisteryzowane i kipiące nienawiścią do mężczyzn feministki od dekad wmawiają mężczyznom, że mężczyźni nie są kobietom do niczego potrzebni, żeby się od nich odczepili, żeby nie zagadywali na ulicy, że my, mężczyźni jesteśmy winni wszystkich nieszczęść świata z wybuchami wulkanów i plamami na Słońcu włącznie, że każdy mężczyzna to potencjalny sprawca g*ałtu, że przemoc ma płeć (męską) – słowem: Jedyny komunikat jaki płynie od kobiet do mężczyzn to WYŁĄCZNIE krytyka… No to niech sobie tupią tą nóżką dalej. Czy mówisz, że deszcz pada jak Ci plują w twarz? Zatem ja uważam, że ta swego rodzaju alienacja części mężczyzn, że swego rodzaju bunt jest najbardziej potrzebny – ponieważ wszystkie dotychczasowe próby obłaskawiania tej nienasyconej feministycznej hydry zawiodły do tego stopnia, że lista żądań urosła już do takich rozmiarów, że jest niewykonalna dla żadnego mężczyzny.

Jak pisałem wyżej – ostatnio niestety jest sporo komentarzy zwyczajnie hejterskich i ten problem się nasila, nad czym boleję… Ale co jest alternatywą? Podwinięcie ogona pod siebie i grzeczne powiedzenie – „Tak, masz rację, Kochanie”? To chyba już wszyscy wiedzą jak się kończy.

Nie da się nie zauważyć tego, co dzieje się z bardzo wieloma mężczyznami po zażyciu „czerwonej pigułki” – mowa o tzw. redpill rage, który według piewców redpilla ma mieć charakter przejściowy, być jedynie pewnym etapem, fazą, a nie stanem docelowym, stałym. Moje obserwacje są jednak inne – w komentarzach pod filmami na YT widzę od wielu lat te same nicki produkujące ogromne ilości hejtu na kobiety, ich radykalizacja przybiera na sile i dodatkowo jest podgrzewana przez niektórych twórców (wiadomo – rage baiting jest świetnym sposobem zarabiania na zasięgach). Tyczy się to również niektórych czołowych przedstawicieli manosfery, którzy potrafią wręcz nawoływać do nieudzielania pomocy kobietom krzywdzonym przez obcokrajowców, gdy te głosowały na przedstawiciela „niewłaściwej” (ich zdaniem) opcji politycznej. Co tu poszło Twoim zdaniem nie tak? Dlaczego tak wielu mężczyzn w społeczności redpill mówi o „samorozwoju”, a tak naprawdę kończy na narzekaniu na kobiety?

Ale czy ja naprawdę jestem odpowiednim adresem do tego, by na mnie przerzucać odpowiedzialność na złe zachowania innych ludzi, którzy przypadkiem po części zgadzają się co do zasad funkcjonowania pewnego wąskiego wycinka rzeczywistości? Tak. Red Pill Rage istnieje – sam go przechodziłem – i uważam, że dawno już przeszedłem. Ale odmawiam brania odpowiedzialności za wszystkich w tej bańce informacyjnej.

Generalnie ja jestem raczej z tych, którzy zalecają chłodną głowę i raczej namawiają do zgody niż konfliktu. A dlaczego działa rage baiting? Na takiej samej zasadzie jak „księżniczkowy” content na Tik Toku, jak baitowe nagłówki o cenach benzyny po weekendzie, straszenie najpierw grypą, teraz wojną, czy fałszowaniem wyborów, a za jakiś czas pewnie kosmitami albo bombą atomową. To jest ten sam mechanizm bez względu na bańkę informacyjną. A skąd się bierze zapał trolli internetowych do trollowania w dziale komentarzy? Nie mam pojęcia. I szczerze powiedziawszy… Czy to jest mój problem, skoro ja – u siebie na kanale – od bardzo długiego czasu staram się raczej tonować nastroje?

Trzeba Ci oddać to, że faktycznie to robisz. Czy Twoje relacje z kobietami są teraz szczęśliwsze niż przed poznaniem redpillu?

Nie zauważyłem znacznych różnic w poziomie szczęścia w relacji przed poznaniem pewnych zasad działania kobiecej psychologii. To są raczej kwestie techniczne – jak reagować na takie czy inne zachowania – i tak. To instrumentarium w określonych sytuacjach działa, ale człowiek jest człowiekiem, a nie automatem do stosowania wyłącznie zaprogramowanych procedur, a życie nie polega na tym, by żyć każdą chwilą według jakiegoś podręcznika. Kiedy byłem w relacji, to działało. Obecnie dość świadomie nie jestem w żadnym związku, bo skumulowało mi się trochę obowiązków oraz tematów hobbystycznych, że… trochę mi szkoda czasu na jakieś randki itp. Gdybym się lepiej zorganizował, to może bym wykroił jeden wieczór tygodniu, góra dwa. A poza tym…. Wcale nie jest łatwo mając 45 lat trafić odpowiednią osobę, bo każdy ma swoje przyzwyczajenia, które by relacja mogła zdrowo funkcjonować muszą zostać poddane dość bolesnym kompromisom. A ja na dzień dzisiejszy nie jestem gotów na takie kompromisy.

Co dla Ciebie znaczy być silnym mężczyzną? Czy Twoim zdaniem siła to także odwaga w okazywaniu emocji i słabości?

To mi brzmi jakby to pytanie pisała jakaś Maja Staśko czy inna Patrycja Wieczorkiewicz. No, ja myślę, że będąc facetem to się czuje, że nie są to sprawy do jakiejś ideologicznej dyskusji. Siła mężczyzny jest po prostu jego obowiązkiem, zwłaszcza jeśli ma jakichś ludzi, którzy na nim polegają. Jeśli ktoś (kobieta, dzieci, czy pracownicy w firmie) polega na Tobie, to sorry. Musisz trzymać emocje na wodzy, bo taką masz odpowiedzialność – to Ty jesteś tą skałą. Co nie znaczy, że tych emocji nie ma czy masz kisić je w sobie. Ale od tego są przyjaciele. Mężczyźni. Kobiety co do zasady – a contrario do tego co mówią feministki czy inne gwiazdy Internetu czy modne psycholożki z telewizji śniadaniowych – nie są na poziomie podświadomym gotowe by się mierzyć z oznakami męskiej słabości i podświadomie będą takim typem gardzić. Prędzej czy później. Bo nie zapewnia poczucia bezpieczeństwa. Koniec kropka. To całe gadanie o czułej męskości można między bajki wsadzić.

Jak musisz odparować emocje, umawiasz się z przyjacielem polatać na motocyklu, na ryby, na siłownie, czy podłubać w garażu nad jakimś starym gratem czy cokolwiek lubicie. Wymiana zdań jest krótka i służy głównie temu by zasygnalizować wsparcie oraz ewentualnie znaleźć rozwiązanie problemu. I już. Wystarczy poczucie, że nie jesteś z tym problemem sam, przyjaciel doradzi – i tyle jest potrzebne. A potem wracasz do tych, którzy na Tobie polegają już odbudowany. Proste.

Często w wypowiedziach przedstawicieli manosfery można zauważyć tęsknotę za małżeństwami aranżowanymi – postulaty ich przywrócenia uzyskują mnóstwo polubień w komentarzach pod filmami na kanałach redpillowych. Jakie jest Twoje zdanie w tym temacie? Czy Twoim zdaniem kobiety mają prawo do wyboru partnera według własnych kryteriów?

A jakich praw kobiety nie mają? Dlaczego miałyby ich nie mieć? Tylko, że…. Jak równe prawa, to i równe obowiązki i równa odpowiedzialność. A nie tak, że obie płcie mają równe prawa, kobiety wybierają jak chcą, robią co chcą, ale wszelkie konsekwencje tych ich wyborów ponosimy my, mężczyźni. Indywidualnie lub zbiorowo jako podatnicy..… Skoro Pani Żona podejmuje Silną i Niezależną Decyzję, że odchodzi do Alvaro Macho Latino z siłowni i zabiera dzieci, to dlaczego cały koszt tego przedsięwzięcia jest przerzucany na pozwanego? No halo? Skoro już podejmuje tą Silną i Niezależną Decyzję, to na własny rachunek, albo na rachunek Alvaro.

Generalnie aranżowane małżeństwa kiedyś były czymś na kształt fuzji przedsiębiorstw, bo chodziło często o niebagatelny majątek gromadzony przez pokolenia. To była poważna sprawa. A teraz małżeństwo zostało sprowadzone do motylków w brzuchu i zgodności charakterów. Moim zdaniem taka kulturowa zmiana nie wydarzyła się przypadkiem, bo jak kuleje instytucja rodziny, to nie powstają, lub nie utrzymują się majątki rodzinne i dużym kapitałom nie powstaje konkurencja… Wiem, że to pachnie teorią spiskową, ale tak to wygląda.

Zatem pytanie prowokacyjne rzecz jasna, bo jak można ciemiężyć te biedne kobiety… nie dam się wciągnąć w tak zastawioną pułapkę. Jest równouprawnienie przecież. A skoro tak – to i równa odpowiedzialność.

Co sądzisz o mężczyznach, którzy chcą tworzyć partnerskie relacje — czy uważasz ich za naiwnych? Jaką widzisz dla nich alternatywę? Jak w zasadzie wygląda idealna relacja mężczyzny i kobiety według Ciebie — kto decyduje, kto prowadzi, kto ponosi odpowiedzialność?

Czytelnicy są chyba dorosłymi ludźmi i nie oczekują, że jakiś typ z internetu będzie im mówił jak mają funkcjonować w relacji we własnym życiu? To, że na podstawie obserwacji życia statystycznie Tuzom Red Pilla wychodzi jakiś tam model – który zupełnie przypadkowo doprowadza do białej gorączki niebieskowłose Silne i Niezależne – to nie znaczy, że to ma działać w każdym przypadku. Ludzie mają różne charaktery, ciągną za sobą różne doświadczenia i traumy, zatem to, co będzie działać w jednym przypadku, może nie działać w innym. Co do zasady natomiast w większości przypadków kobieta oczekuje poczucia bezpieczeństwa, że pewne decyzje czy pewne sfery będą dla niej zaopiekowane i nie będzie musiała się tym martwić.

Jest alternatywny model życia z babochłopem, który całą rodzinę po kątach rozstawia i każdy z czytelników zapewne takie przypadki widział. Są związki, w których taka kobieta będzie lubić tą swoją sprawczość, a facetowi będzie odpowiadać pewien poziom świętego spokoju. Ale zazwyczaj jeśli kobieta wchodzi w taki tryb niejako z konieczności, bo typ ewidentnie nie dowozi, to nie wróżę długofalowego sukcesu.

Mówicie dużo o „hipergamii” – o tym, że kobiety wybierają tylko „lepszych” od siebie mężczyzn i tylko takimi są zainteresowane. Tylko… czy w rzeczywistości nie jest tak, że większość ludzi łączy się jednak z partnerami o podobnym statusie i wyglądzie? Jeśli kobiety są hipergamiczne to dlaczego wiele z nich zostaje z mężczyznami po utracie przez nich pracy czy w chorobie?

To jest instynkt, dzięki któremu istnieje konkurencja pomiędzy mężczyznami. Gdyby nie hipergamia, to nie latalibyśmy DreamLinerami na drugi koniec świata, nie byłoby internetu, telefonii komórkowej, samochodów sportowych, lodówek, pralek, odkurzaczy automatycznych i tak dalej. Gdyby tego nie było, to księżniczki zakochiwałyby się w żebrakach spod kościoła, wianuszek kobiet zbierałby się przy ostatnim, który przybiegł na metę i tak dalej. Czy na siedzeniach pasażera super sportowych wozów wartych milion czy więcej jeżdżą brzydkie i grube kobiety, czy wręcz przeciwnie? To jest absolutnie naturalne i normalne, że kobieta musi podziwiać mężczyznę by się w nim zakochać – najlepiej by był od niej lepszy we wszystkim, ale w praktyce jak zrobi wrażenie w jakimś jednym czy drugim aspekcie, to też będzie OK.

Problem społeczny jaki obserwujmy nie leży w hipergamii jako takiej, a w niedostosowaniu tego instynktu do aktualnych warunków rynkowych. Nasze matki miały dostęp do takiej ilości mężczyzn w całym swoim życiu, jak dzisiejsza kobieta dzięki socjal mediom i aplikacjom randkowym ma w przeciągu półtorej godziny. I to jeszcze większość tych potencjalnych kontaktów wykazuje zainteresowanie. Zatem - jest ewidentna nierównowaga podaży i popytu na rynku, co winduje „cenę” do poziomów nieosiągalnych dla przynajmniej połowy mężczyzn. Mam nadzieję, że wyjaśniłem. Młode chłopaki tego oczywiście nie rozumieją i się dziwią, że laski nie lecą na nich tylko dlatego, że oni istnieją. To osobny temat.

Co do tych kobiet, które zostają z mężczyznami po utracie pracy czy w chorobie – nie znam statystyk, ale widziałem już tyle przypadków kiedy właśnie w momencie gdy meżczyzna miał jakiś poważniejszy kryzys – i ten kryzys się przedłużał, to Pańcia z czasem „już nie widziała co czuje” i „potrzebowała przestrzeni” – a ta przestrzeń jak wiadomo miała imię i 190 cm wzrostu.

Skoro zdaniem redpillu kobiety są takie emocjonalne, a mężczyźni logiczni to dlaczego największe wybuchy gniewu i przemocy statystycznie częściej pochodzą właśnie od nas, mężczyzn?

Nie jestem psychologiem. Ale każdy dorosły mężczyzna, który kiedykolwiek się spierał czy kłócił z kobietą chyba ten mechanizm zaobserwował. Natomiast – w całej historii ludzkości męska część plemienia zajmowała się wychowaniem chłopców od pewnego wieku i jednym z kluczowych umiejętności wpajanym chłopakom była kontrola nad emocjami. Generalnie pytanie jest na tyle ogólne, że nadaje się na doktorat z psychologii komunikacji, a nie na 4 zdania komentarza. Rozumiem, że masz inną opinię, której jest tak pewny, że tak formułujesz pytania, by wykazać rzekome wady w tym, co się mówi w Red Pillu. Tak ogólne stawianie pytanie jest swego rodzaju manipulacją, co skłania mnie do konkluzji, że próbujesz mnie wciągnąć w pułapkę, bym wyszedł na idiotę. Nie podoba mi się to.

Patrzę po prostu na te sprawy nieco inaczej niż Ty, ale mniejsza o to. W swoich filmach często dystansujesz się od autorów podgrzewających wojnę płci, która z mojej perspektywy jest zjawiskiem głównie internetowym. Czy przedstawiciele ruchu redpill chcieliby w ogóle wejść ze środowiskiem feministycznym w jakiś konstruktywny dialog czy też dużo bardziej opłacalne jest dla nich trwanie w tym konflikcie, bo jego istnienie daje paliwo redpillowcom? Widzę tu trochę analogię do sporu PiS i KO, które niby się zwalczają, a tak naprawdę wzajemnie się potrzebują, żeby uzasadnić swoje istnienie.

Kolejne pytanie - pułapka.

Co poniektórzy już próbowali nawet publicznie w formie lajwów na swoich kanałach. Może to kwestia doboru rozmówczyń, ale zostały merytorycznie rozjechane do spodu. Z całym szacunkiem, ale tam nie ma z kim rozmawiać, bo te wszystkie zawodowe feministki żyją z tego konfliktu. Z podbijania bębenka.

Doskonałym przykładem jest Szanowna Patrycja Wieczorkiewicz, która najpierw próbowała zgłębić zjawisko środowiska inceli i napisała na ten temat książkę. I na początku mi się wydawało, że szczerze próbowała zrozumieć problemy tych ludzi, ale z czasem po prostu wyszło to samo co zwykle – czyli poczucie wyższości, pogarda i zrobienie sobie publicity na czyjejś tragedii.

Takich rozmów mniej lub bardziej bezpośrednio było wiele – i zawsze jest to samo – po drugiej stronie na początku rozmowy w fazie argumentacji nie ma żadnej konsekwencji, są podwójne standardy, odwracanie kota ogonem, potem w trakcie stopniowego zbijania tych ich pseudoargumentów zaczynają psychomanipulacje, shaming, gaslighting, a jak już nic nie działa, to zaczynają się epitety, wyzwanie od “inceli”, „kto Cie skrzywdził”, "dlaczego nienawidzisz kobiet” i albo dyskusja się kończy agresją werbalną z ich strony, albo graniem ofiary. Albo jednym i drugim na raz.

Mam na to moje ulubione hasło – “Logika Narzędziem Opresji Patriarchatu”… :stuck_out_tongue:

W jednym z komentarzy na swoim kanale wskazałeś, że „istnienie i wzrost manosfery to zdrowy objaw wybudzania się mężczyzn i rozumienia, że na własne życzenie żyją w świecie podporządkowanym wyłącznie potrzebom, zachciankom i interesom kobiet”. Takie twierdzenie sugeruje jednak, że „świat” to jeden spójny układ, a nie wielość przeciętnych, niejednoznacznych układów zależności, które nie dają się zredukować do jednej osi (kobiety vs. mężczyźni). Zgodzę się z Tobą, że system często zawodzi mężczyzn (np. sądy rodzinne), ale trudno też nie zauważyć, że i kobiety cierpią w tym świecie: od presji urody, przez przemoc domową, po pracę na podwójnych etatach (zawodowym i opiekuńczym). No i powstaje pytanie – skoro mężczyźni „na własne życzenie” podporządkowali się kobietom, to czy można jednocześnie mówić, że zostali zmanipulowani i oszukani? A jeśli tak to konkretnie ich oszukał?

Kto konkretnie? Disneyowski obraz miłości, że żyli długo i szczęśliwie, paradygmat „happy wife happy life” – czyli, że wypełnianie wszelkich zachcianek kobiety jest jedyną drogą do szczęścia. Oraz fakt, że nikt chłopcom nie mówi, że kobiety komunikują się inaczej niż my. Nie wprost. Mówią kodem, czytają między wierszami, dopowiadają sobie rzeczy, których nie powiedziałeś czy nawet nie pomyślałeś…

Nie mam dowodów na to, ale na zasadzie „follow the money” oraz związków przyczynowo – skutkowych dochodzę do wniosku, że dzięki aktualnemu systemowi monetarnemu opartemu na długu generującemu konieczność ciągłego wzrostu gospodarczego, by było za co ten dług rolować – wszyscy jesteśmy zmuszani do biegania jak chomiki w tym kołowrotku, ale to najbardziej kobiety łyknęły ten haczyk Turbo Konsumpcjonizmu. Przekaz reklamowy, marketingowy, instagramowy jest skierowany przede wszystkim do kobiet, które potem wymagają, że my za tym wszystkim nadążymy. Ja się wypisuję z tego wyścigu.

Ale w zasadzie czy nie jest trochę tak, że mężczyźni nie żyją „na życzenie kobiet”, lecz zgodnie z kulturowymi rolami męskości, które inni mężczyźni im przypisali: zarabianie, rywalizacja, tłumienie emocji, a redpillowe wzorce zamiast rozbić ten niekorzystny dla nas model jeszcze go wzmacniają?

Ja mogę mówić tylko za siebie. I ja chce żyć tak trochę na oucie – niczego nie musieć, latać na Harleyu dokąd chcę i kiedy chcę, ścigać się garbusem, jeździć na wycieczki Vanem i spać w nim tam, gdzie się akurat zatrzymam na noc. To co mówisz, to w ogóle nie jest mój świat i uciekam od niego najdalej jak mogę. A co do „programowania” – no nie. Jak ktoś jest kawalerem i nie śpieszy mu się do zakładania rodziny, to nie ma nad nim prawie żadnych presji. Presje się zaczynają właśnie dlatego, że „kochanie, jak my się pomieścimy w kawalerce”, albo ‘moje wszystkie koleżanki już były na Bali, a my jeszcze nie nie…” i tak to się zaczyna.

Ostatnio wpadło mi w oko intrygujące twierdzenie, zgodnie z którym „męskość” jest pewnego rodzaju teatrem, grą odgrywaną przez nas – mężczyzn - przede wszystkim na potrzeby innych mężczyzn, by przypadkiem nie wykreślili nas z męskiego grona. Co o tym sądzisz? Czym w ogóle jest dla Ciebie męskość?

Znowu pytanie na doktorat albo pytanie - pułapka.

Według mnie jak masz dobrych kumpli, to przed nimi nie grasz żadnej roli. Przed nimi jesteś sobą. Ale przed światem – owszem. Zwłaszcza, jak jest gra o grubszą kasę i jest rywalizacja. Czym jest męskość? Każdy musi sobie zadać to pytanie sam – i nie tyle znaleźć odpowiedź na poziomie intelektualnym, według określonego kodu kulturowego – tylko musi to poczuć. Ja uważam, że męskim jest wewnętrzny pociąg do wolności i naturalna skłonność do buntu, wewnętrzne poczucie siły. Ale kimże ja jestem, żeby udawać autorytet na tak wielkie pytania?

Zmieńmy trochę temat i pogadajmy o Twoich zajawkach. Jesteś fanem klasycznej motoryzacji i właścicielem pięknego Volkswagena Garbusa, uczestnikiem wielu zlotów, z których relacje publikujesz na swoim kanale „Johnny Reb Lifestyle” (polecam!). Czemu właśnie ten model i ta marka? Nie myślałeś kiedyś o klasycznym muscle carze z silnikiem V8?

Z garbusem to długa historia. Jak byłem w liceum i oglądałem amerykańskie filmy, to tam właśnie było a to ’72 Malibu w Pulp Fiction, a to ’68 Charger w Bullit, ’50 Mercury Lead Sled w Cobrze ze Stallon’em… chciałem mieć klasyczny wóz. Najlepiej coś najbliżej tych wyżej wymienionych, ale w latach 90-tych dostępny wóz tego typu to był Ford Capri co najwyżej. A miałem znajomego, który miał takie Capri… I jeździł jednym, a na podwórku miał jeszcze trzy inne na części. Nie chciałem czegoś takiego. I na wakacjach po maturze kumpel mnie zaraził pomysłem garbusa, bo wtedy faktycznie części były dostępne wszystkie praktycznie od ręki i to nowe i to był generalnie dość prosty technicznie wóz. Kupiłem po pierwszym roku studiów. I pierwszy rok to było leczenie różnych niespodzianek, a potem zacząłem się interesować tuningiem z epoki. Czyli jak garbusy przerabiali Amerykanie w latach 60tych i 70tych w stylu Cal-look (California Look). Wtedy okazało się, że zmiany stylistycznie są bardzo subtelne – prawie niezauważalne dla laika, ale najważniejsze są zmiany mechaniczne – by tak zmodyfikować układ napędowy na bazie seryjnego silnika, by ten garbus robił dobre czasy na wyścigach na ¼ mili.

I poszedłem na całego w tym kierunku. Byłem jednym z pierwszych w Polsce, który miał przebudowany silnik o pojemności 1.9L, podwójne gaźniki, sportowy wydech, ostry wałek i głowice o większych zaworach. To był wtedy jeden z szybszych garbusów w Polsce, a jak na tamte czasy był całkiem szybkim autem w ogóle, bo robił 100km/h w niewiele ponad 7s, a ¼ mili przejeżdżał w 15.5 sekundy. Teraz zbieram się do kolejnej wersji silnika o jeszcze większej pojemności z potencjałem na powyżej dwukrotność tej mocy, którą ma teraz, co po ustawieniu wszystkiego optymalnie powinno go katapultować na ¼ mili w rejonie 13, może 12 sekund, a od 0-100km/h poniżej 5 sekund.

Szybki garbus ma pewien urok, którego nie mają wozy ostentacyjnie sportowe. Jak widzisz Mustanga, jakąś Beemke Z3, Nissana 350Z itp. – to z daleka krzyczy, że to „mocny” wóz. A wcale nie zawsze taki szybki faktycznie jest. I jak podjedzie taki bufon, któremu się wydaje, że ma „sportowy wóz”, którym w dodatku nie potrafi jeździć i będzie patrzył z pogardą na jakiegoś garbusa na alufelgach… To nie ma pojęcia żadnego, że za chwilę może zostać mocno upokorzony.

A w kwestii amerykańskich V8… Mam Chevroleta z 94 roku z 4,3L V6, ale to kanapa. Van do jeżdżenia w trasy. Kiedyś jeszcze będę pewnie chciał coś klasycznego na żeliwnej V8 ze stajni Chevroleta. Może jakieś Camaro. Ale muszę pokończyć najpierw te projekty, które już mam. Czyli ’71 Fast Cal-Look VW, ’94 Chevrolet Astro i ’94 Harley Sportster Evo.

Mi się marzył swego czasu '71 Chevy Chevelle SS, którym jeździli Samuel L. Jackson i Dwayne Johnson w “Policji zastępczej”, boski wóz. Przejdźmy teraz do muzyki. Ilustracją muzyczną w Twoich filmach są często covery amerykańskich hitów rockowych w Twoim wykonaniu. Jako wielki fan muzyki wszelakiej (ale głównie tej mocniejszej) muszę przyznać, że jest to po prostu sztos. Od zawsze lubiłeś taką muzykę?

Dziękuję. To są często moje autorskie riffy. Tak, Rocka w przeróżnych formach słucham od piątej klasy podstawówki. Zacząłem od metalu, któremu byłem wierny do liceum, potem zacząłem szukać w punk rocku, potem głębiej w rocku klasycznym – Purple, Hendrix, Joplin, Zeppelin, Stonesi (dzięki nauczycielowi, który był też dziennikarzem muzycznym), poprzez blues, aż po country i różne mieszanki tych stylów o zbiorczej nazwie Americana. Generalnie wszystko co gitarowe, oparte na pentatonice od połowy lat 50tych po czasy współczesne. Aczkolwiek nowych Wielkich Grup już nie ma od grubo ponad dekady.

c.d.

No właśnie. A jak oceniasz ostatnie podrygi takich zespołów jak AC/DC czy Iron Maiden, które w tym roku będziemy mogli oglądać w Polsce? Podzielasz pogląd Johna Lydona (ex wokalista The Sex Pistols), że zespoły, które od lat grają ten sam repertuar i nie mają pomysłu na nowe piosenki powinny zejść ze sceny i ustąpić miejsca młodszym?

To jest ciekawe pytanie. To interesujący paradoks internetu i zmian na scenie muzycznej w ogóle. W czasach świetności tych Wielkich Grup nie było takiego szerokiego dostępu do informacji, a Wielcy potrafili zbierać setki, a przynajmniej dziesiątki tysięcy fanów na stadionach - pomimo równolegle istniejącego planktonu muzycznego - robiąc obiektywnie dobrą muzykę, która była puszczana w prime time w telewizjach całego Wolnego Świata. A przy obecnym nieograniczonym dostępie do informacji selekcja tych Wielkich Gwiazd jest zdecydowanie negatywna, a jak chce się poszukać naprawdę dobrego rocka, czy w ogóle poza mainstreamem - to trzeba szukać właśnie wśród tego planktonu.

Przyznam, że nie śledzę ostatnich wyczynów supergrup, więc nie będę się wypowiadać co do jakości, ale wytworzyła się właśnie taka dziwna sytuacja, że te stare supergrupy w zasadzie nie mają żadnych godnych następców w przynajmniej porównywalnej skali. I idąc tym tropem myślenia - czyli teoretycznej wolności przepływu informacji, niby wolnej konkurencji, uwaga odbiorców kieruje się (czy może jest kierowana) na te współczesne tzw. Gwiazdy, których jakość twórczości oscyluje wokół zera absolutnego, gdzie dawno już przestało chodzić o muzykę czy jakieś wartości, namysł, głębszy przekaz, a popularność robi się przede wszystkim na pokazywaniu d*py oraz spraw obyczajowych zgodnie z zasadą im gorzej tym lepiej, im bliżej do pomarańczowego Youtuba tym lepiej. Monetyzacja ruchu i klików powoduje całkowite ujednolicenie treści i tzw. twórczości właśnie w kierunku turbokonsumpcji oraz już prawie nieodróżnialności tej “twórczości” od filmów dla dorosłych.

A nawet, jeśli istnieją jakieś duże nazwiska młodego pokolenia, którym udaje uniknąć ubabrania się w powyższym, to tego ujednolicenia już uniknąć się nie udaje - w celu gromadzenia jak najszerszego “targetu”. W efekcie otrzymujemy bezpłciową papkę w stylu Podsiadło, Kwiatkowskiego czy Sanah na naszym rynku (z tego co mimowolnie do mnie dociera) - taki produkt, który ma się podobać każdemu, a w efekcie staje się całkowicie przezroczysty. I teraz efekt jest taki, że mainstream zjada większość rynku, Stare Super Grupy zagospodarowują ten segment rynku, który jeszcze czegoś więcej oczekuje od muzyki niż oferuje mainstream w postaci takich boomerów jak my, a młodzi mają do wyboru albo próbować sobie znaleźć miejsce po środku albo się sprzedać i produkować papkę, która jest promowana.

Z obserwacji młodych ludzi, których ten mainstream obrzydza - oni grawitują ku tym starym Grupom, ponieważ jest takie wrażenie chociaż, że w tej starej muzyce jednak chodziło o coś więcej mimo wszystko. Być może rockowy (i pochodne) plankton nie ma za wiele obecnie do zaproponowania w sensie jakiegoś przekazu na poziomie “głosu pokolenia”, a może w zalewie “kontentu” wygrzebanie z ukrytych zakamarków sieci smakowitych rodzynków wymaga jednak większego wysiłku niż bezmyślne scrollowanie? Nie wiem. Fenomen starych Super Grup przypadał na czasy, gdy dla ówczesnej młodzieży nie było miliarda alternatywnych dystraktorów na minutę - tak jak teraz. To takie luźnie przemyślenia, bo przecież nie jestem żadnym autorytetem w tej dziedzinie, ani nie mam w zasadzie narzędzi do dogłębnej analizy tematu.

Aha - na szczęście niedawno od powyższej zasady na rynku amerykańskim pojawił się chlubny i świetlisty wyjątek - samorodek Olivier Anthony, który dzięki utrafieniu dokładnie w zbiorowy ból biedniejszej (i middle class) części społeczeństwa USA w warstwie przekazu w piosence “Rich Men North Of Richmond” z bardzo indywidualistyczną i niesamowicie emocjonalną warstwą muzyczną country/folk w czasie liczonym w godzinach od zupełnie nieznanego nikomu sprzedawcy sprzętu rolniczego i muzyka hobbisty wystrzelił do poziomu ogólnokrajowego fenomenu jako jedyny w historii bez żadnego wsparcia przemysłu muzycznego, bez wydanej płyty, bez oficjalnego singla nawet trafił na pierwsze miejsce Billboard 100. Gość pozostał sobą, nie dał się (dzięki namowie Joe Rogana) sprzedać żadnej korporacji medialnej…

I - wracając jak bumerang do tematyki Red Pill - po roku mniej więcej od tego nagłego sukcesu - żona złożyła pozew o rozwód żądając nie tylko połowy tego, co już zarobił, ale 60% (sic!) od WSZYSTKIEGO, co on do końca życia jeszcze zarobi…

Fajnie, że wspomniałeś o Olivierze Anthony’m - zgadzam się absolutnie, że to prawdziwa perełka współczesnej muzyki. Pozostając przy tematyce muzycznej - muszę przyznać, że nie spodobała mi się Twoja wypowiedź w wywiadzie u Michała Bigoraja, że jazz jest niemęską muzyką. Skąd taka opinia? Czy można w ogóle dzielić muzykę na męską i niemęską?

No stary, nie wiem jak mam Ci to wytłumaczyć. Tak czuję… Rock ma wewnętrzną energię, aż kapie testosteronem, jest prosty i od razu wiadomo o co chodzi, a Jazz – zwłaszcza ten współczesny jest taki… miękki, szukający jakichś natchnień, udziwnień. A poza tym… Chadzałem z kumplem na Jam Session Jazzowe parę lat temu i takiej bufonady nigdzie nie widziałem. Mało tego – utarło się, że ten Jazz to taki „elitarny styl” – a 99 procent publiki nie kuma ni w ząb o co w tej muzyce chodzi – dlaczego ten typ podczas improwizacji zastosował taką skalę, nawiązał do czegoś… Większość słuchaczy na sali jest tam tylko dlatego, że wypada słuchać Jazzu, pić winko, tak samo jak wypada mieć AjFona, AjMaka, mieć SUVa Ałdi i torebkę LV. Dlaczego? Bo wszyscy mają. Jazz kojarzy mi się z najgorszym snobizmem.

Z tym snobizmem faktycznie możesz mieć rację :smiley: Ostatnie pytanie, Johnny - jakie miałbyś rady dla młodego mężczyzny, który wkracza w dorosłość i zaczyna interesować się kobietami?

Hmm…. Żeby oczywiście próbowali, ćwiczyli odpowiednie zachowania, które generują odpowiednie reakcje kobiet, ale niech ten aspekt życia nie stanie się najważniejszym na tym etapie. Kobieta ma być miłym dodatkiem do Twojego życia. Do pewnego momentu rzecz jasna. Ale w młodym wieku trzeba zbudować swoją pozycję, tężyznę, nabrać dobrych nawyków, zbudować charakter, zarabiać. Bo faktycznie – Faceci mocno po 30tce mają dużo większą wartość rynkową niż dwudziestolatkowie, ale pod warunkiem, że po tej 30tce coś ze swoim życiem zrobili, a nie pracują w Żabce czy na magazynie. Na tym etapie życia trzeba pracować też nad tym by wyznaczyć sobie ambitne cele, by nie dryfować od okazji do okazji, od pracodawcy do pracodawcy…

No i niech korzystają, że żyją w czasach, kiedy jeszcze nie zabronili jeździć fajnymi starymi autami, które są jeszcze w miarę tanie… Bo życie jest zbyt krótkie by jeździć nudnymi samochodami.

Dziękuję za bardzo ciekawą rozmowę.

Jak już wspomniałem Johnny Reb jest obecny na YT i tam możecie go śledzić na aż dwóch kanałach:

@JohnnyRebVlog‬ / @johnnyrebvlog

‪@JohnnyRebLifestyle‬ / @johnnyreblifestyle

Fajny wywiad. Z dystansem i z ciekawą perspektywą. Fajne ma Johnny zajawki, szczególnie motoryzacyjna. Jednak co do Jazzu się nie zgodzę. Nie lubię wszystkich jego odmian, ale są też rodzaje które uwielbiam słuchać, uruchamiające inne części mózgu. Klasykow Jazzu szczególnie lubię, bo w czasach dzieciństwa miałem czarne krążki z nimi, a polski bigbeat co moi rodzice słuchali mi nie podchodził w ogóle.

Mam dokładnie taką samą wizję akurat. Widzę to tak, że przypadłością obecnych czasów jest za dużo usprawiedliwiania dla mężczyzn. Za dużo jest zachęt do bycia otwartym, przyznawania się do słabości, pozwalania sobie na okazywanie emocji. Brzmi to wszystko (chyba) fajnie, ale pomija drugą i trzecią stronę medalu:

  • folgując sobie i okazując (pokazując) słabość wysyłasz złe i martwiace sygnały dla tych, którzy na ciebie liczą: głównie do dzieci, ale i do twojej partnerki/żony/dziewczyny,
  • pozwalając sobie na słabość nie kształtujesz charakteru i mocy, ale pielęgnujesz słabość i usprawiedliwienia. W mojej ocenie, jeśli czegoś potrzeba obecnej męskości, to raczej właśnie utwardzenia kursu i retoryki, a nie jego zmiękczania.

No to patrzymy na to inaczej, bo dla mnie wciąż jest ich za mało.

Sam od rodziców w dzieciństwie otrzymywałem wyłącznie zachęty do tego, by być “męskim” w stereotypowym, klasycznym znaczeniu tego słowa. Miałem jasno wskazane, co facetowi przystoi, a co nie.

Ojciec nawet w celach edukacyjnych oglądał ze mną westerny i filmy sensacyjne, mówiąc - “zobacz, tak zachowuje się prawdziwy facet” (mój ojciec sam jest wrażliwcem, ale nigdy się do tego nie przyzna przed nikim, w tym przed sobą - tłamsi to głównie alkoholem). Dalej uwielbiam takie filmy, ale oglądam je już z nieco innym nastawieniem - bo wiem, że Boguś Linda czy Clint Eastwood to prywatnie wrażliwi goście (czytałem kilka ich biografii), a postaci odgrywane przez nich na ekranie to wyłącznie…postaci odgrywane na ekranie. They are not fuckin’ real :grinning_face:

No w każdym razie do 32 roku życia myślałem o sobie, że jestem twardzielem, opoką i skałą. Bardzo lubiłem to wyobrażenie.

Odpowiedzialny za wszystko - w szczególności za emocje kobiet - przede wszystkim za emocje mojej matki i dziewczyn, z którymi się spotykałem (ale i koleżanki potrafiły mocno tą moją właściwość wykorzystywać).

Wyszukiwałem sobie rzecz jasna partnerki z problemami, które przerzucały na mnie odpowiedzialność za te problemy, a ja ją na siebie z chęcią brałem i próbowałem je ratować. Wszystko było moja winą - każde ich złe samopoczucie.

Tego zostałem nauczony - że kobiety są kruche, słabe i nie ponoszą za nic odpowiedzialności. A facet wiadomo - przeciwieństwo.

Te “kruche” i “słabe” kobiety bardzo mi potem dały w kość - ale to taka dygresja :grinning_face:

Opoka, skała, twardziel, którego nic nie rusza, nigdy nie płacze (pierwszy raz zapłakałem w 2011 roku na pogrzebie dziadka - ojciec mnie za to zjebał, że przynoszę mu wstyd, autentyk!), nie narzeka - tylko robi!

Załatwianie, sprawczość, dyscyplina, rozwiązywanie problemów. Kariera, pomnażanie kasy. Hormony pomagały (zawsze miałem - i wciąż mam - testo mocno ponad normę) - lubiłem bardzo rywalizować (dalej lubię!). Do pewnego momentu szło świetnie, a objawy somatyczne po prostu się tłumiło - na refluks tabletka, na ból kręgosłupa tabletka. Ewentualnie alko - oj lubiłem wypić sobie po pracy browara lub dwa. Moje małe niebo.

No ale jebło. Nerwica lękowa pokazała mi moje granice.

Dalej mam powyższe cechy, ale już się nie napinam - zintegrowałem swoją animę, której się panicznie bałem.

Animus - ok. Ale anima? Żeński aspekt męskiej osobowości? Fuj! Mama i tata nie będą zachwyceni!

No bo jak to być chłopem ze słabościami, wrażliwym, takim, który może się rozpłakać jak jakaś pizda?

Wydawało mi się - i myślę, że zwolennicy redpillu mają podobne, podświadome lęki - że jeśli pozwolę sobie na płacz to będę już płakał cały czas.

Tak sobie wyobrażałem wrażliwych facetów - że siedzą ciągle gdzieś w kącie i płaczą. Że nie załatwiają spraw!

No ale tak szczerze to nie pamiętam kiedy ostatnio płakałem (no dobra, na “Lilo i Stich”, który oglądałem w kinie z córką - ale tylko człowiek bez serca by nie płakał na jednej z końcowych scen!). Daję sobie prawo do smutku, złości i pośrednich, lżejszych stanów, jakiejś melancholii czy bezradności. Ostatnio jakaś tęsknota, lubię przyglądać się też różnym swoim lękom i je rozbrajać.

I teraz czas na wielkie odkrycie.

Facet może być i stanowczy i czuły jednocześnie.

To bzdura, że jest się albo alfą albo betą.

Zintegrowany facet pomieści w sobie obie te właściwości.

Możesz być liderem w pracy i jednocześnie czułym partnerem i ojcem.

Podobnie jak @Condottiero wykonuję niełatwy zawód i wiadomo - wtedy trzeba trzymać emocje pod kontrolą i dowozić wyniki. Być czasami chamskim, bardzo bezpośrednim. Czasem przejmować dowodzenie, wydawać polecenia, liderować. Ale nie wyobrażam sobie trzymać gardy w każdej sytuacji, szczególnie w intymnej relacji.

Nie interesują mnie kobiety, które nie chcą brać za siebie odpowiedzialności, za własne zachowania i emocje - z doświadczenia wiem, że takie osoby (bo i znam takich facetów, to nie jest wyłącznie cecha kobieca) manipulują, używają szantaży emocjonalnych, żerują na poczuciu winy, nie rozumieją bezpośredniej komunikacji, są pasywno-agresywne.

Takie osoby to po prostu duże dzieci, toksyczne osoby.

Podziękuję za takie znajomości :slight_smile:

Mogę brać odpowiedzialność jedynie za siebie i własną córkę - bo jest niepełnoletnia i za nią odpowiadam. Nie odpowiadam jednak za drugiego dorosłego człowieka. Oczywiście - w bliskich relacjach jest miejsce na wsparcie i pomoc i bliskie mi osoby wiedzą, że tego nie odmawiam. Niemniej jednak nie będę nikogo ratował ani naprawiał - wystarczająco dużo życia na to zmarnowałem.

Facet powinien mieć zintegrowany i żeński i męski aspekt swojej psychiki i się tych aspektów nie obawiać.

Być całością, a nie wybrakowanym, niepełnym człowiekiem - jak chciał tego patriarchat.

@Johnny Nie będę sprzedawał jednej jedynej wizji życia ani ewangelizował, bo wcale nie uważam, żebym miał monopol na prawdę i sposób postępowania. Nie będę też odwoływał się do argumentu typu “kiedyś to było” i redpillowego bulshitu typu “trad wife i wartości”, bo sam w swojej rodzinie w pokoleniu dziadków (ślub circa 1950) mam przykład wieloletniego romansu mężatki i żonatego i wyboru przez kobietę zupełnego troglodyty nad bardzo porządnego i otwartego, emocjonalnego faceta.

Truizmem jest, że każdy dąży do szczęścia, jakiegoś spełnienia. Cała reszta jest tylko wyborem drogi. Może ktoś z czytających pamięta serię komiksów o Thorgalu, wydawaną u nas w moich czasach przedszkolnych przez KAW a potem, na początku transformacji, przez Orbitę. W “Trzech starcach z krainy Aran” (aka “Nad jeziorem bez dna”) Thorgal ujawniając się odpowiada, że swój cel osiągnie “przez gniew”. Oczywiście, jak to komiksowy bohater, osiągnął:)

Ja, bazując na swoim doświadczeniu, mogę tylko powiedzieć, że w moim życiu najwięcej zmierzalnych efektów osiągam właśnie będąc dla siebie bezlitosnym i bezkompromisowym. Moje uczucia, odczucia, jeśli odwołują się do sygnałów “jest mi źle”, “jestem zły”, “jestem smutny”, “boli mnie” uważam za zachęty do odpuszczenia. Najprostszym przykładem jest trening oporowy, w którym to właśnie, jak mówimy, liczą się te ostatnie powtórzenia. Gdy jest źle i masz dość i boli.

Swoje poglądy opieram też na obserwacji otoczenia. Plaga otyłości, wątłości mężczyzn, ich skrajnej nieatrakcyjności fizycznej bierze się między innymi z uległości i dawaniu sobie przyzwolenia. Ta wszechobecna filozofia “nie dajmy się zwariować”, “możesz sobie pozwolić na…”. Dla mnie jest to fragment większej całości, w której luzujemy wymogi dla mężczyzn (dla nas samych). I w rezultacie niektórzy albo zostają przeciętni, zostają tymi Average Joe, albo obniżają się jeszcze bardziej.

Nie, to mi się po prostu nie podoba i nie kręci. I nie tylko mnie - kryzys relacji damsko-męskich, który obserwuję, to rezultat między innymi zaniedbania mężczyzn. Tego “pozwalania sobie na…”. Dla mnie to “pozwalanie sobie na…” przyjmuje postać ucieczki. Nie ma już retoryki typu: na to po prostu nie ma miejsca, bo skutek jest jeden i wiadomy.

Drugim aspektem jest postrzeganie na zewnątrz i dawanie sygnałów. Nie raz miałem wymianę zdań z kobietą, która postrzega to tak, że moje unikanie pokazywania dzieciom, że mnie boli (a czasem boli), że jestem zmęczony (skoro robię dużo, to bywam) albo zatroskany (skoro myślę o ich utrzymaniu i wychowaniu, to bywam), powoduje, że nie uczę ich emocji itd. Może tak może nie. Jednak zarazem z ich pozycji czuję, ze nie chciałbym mieć ojca takiego, jak mają matkę - choćby niepewną w zakresie utrzymania. Ojciec, żeby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo i poczucie tego bezpieczeństwa, powinien być - a mojej wizji - pewniakiem. Sure bet.

Często piszesz tutaj o kwestiach dobrostanu wewnętrznego, zgodności.

Ja proponuję inną drogę do tego samego celu - a poznasz drzewo po owocach. Jak jest źle, słabo, nie idzie, odpowiedź jest memiczna: “fuck your feelings”. To znowu filozofia z treningu przeszczepiona na życie: niech nie emocje kreują działania, a działania - emocje. Spięcie pośladów i efekt powoduje zadowolenie i gratyfikację i stanowi pochwałę od losu, że nie pozwoliło się sobie na chwilę słabości. Dla mnie nie ma tutaj różnicy między kupieniem sobie ciastek (notabene tragedia naszych czasów - jedzenie, tudzież “jedzonko” stało się nadmiernie emocjonalne) a okazywaniem wątpliwości, frustracji wobec najbliższych. W obydwóch przypadkach nieulegając coś budujesz, a ulegając osłabiasz swoją pozycję.

Był też poruszany na forum temat ojca. Moi (był naturalny, ledwo widziany oraz drugi, drugi mąż mojej matki) byli obydwaj dla mnie antywzorami. I w każdym z nich odstręcza mnie słabość: w pierwszym unikanie odpowiedzialności, pociąg do rozrywki i alkoholu. W drugim też - niepewność, niemożność polegania na nim w kwestiach utrzymania, dokonywanie wyborów podyktowanych wygodą, uderzanie do kobiet z pozycji wyłącznie dowcipnego intelektualisty (a nim był) z zaniedbaniem kwestii ciała, bez dążenia do rozwijania tych atutów - wieczorne piwka i papieroski i wiszenie na telefonie.

Co do finalnego zdania

ja przesuwam akcent gdzie indziej. A bądź sobie (mężczyzno) kim chcesz - ważne, jak manifestujesz się (mężczyzno) na zewnątrz i gdzie Cię to prowadzi. Swoimi działaniami i zaniechaniami kreujesz przyzwyczajenie, swoją osobowość. Inni patrzą i dajesz im sygnały - a oni nie widzą uczuć, a jedynie rezultaty.

@Condottiero - przeczytałem oba nasze posty i myślę, że można nasze postawy skwitować jednym zdaniem - “byle nie być takimi jak nasi ojcowie” :slightly_smiling_face:

Mój był (jest) zbyt surowy dla siebie i nadmiernie odpowiedzialny (pomagał wszystkim wokół, załatwiał pracę moim wujkom, kuzynom, działacz społeczny, polityk na szczeblu lokalnym - przez nadmierne zaangażowanie, próby kontrolowania wszystkiego i stres nabawił się problemów z sercem), Twoi za to za bardzo sobie pobłażali.

Jestem bardzo podobny do swojego ojca - mam tendencję do nadmiernego angażowania się w różne sprawy, przejmowania odpowiedzialności (“ja zrobię wszystko najlepiej”), nauczony zostałem także ogromnego krytycyzmu wobec samego siebie. Muszę na te sprawy uważać - bo po pierwsze ilość energii jest ograniczona, a taka postawa - próba kontrolowania i naprawiania wszystkiego - drenowała mnie z niej skutecznie, a po drugie - bo próbując zbawić świat zaniedbywałem w tym wszystkim siebie.

Myślę, że we wszystkim można przesadzić. Jeśli ktoś odczytał mój wpis jako negowanie wszelkiej dyscypliny to z pewnością nie o to mi chodziło. Są sprawy, w których jestem bardzo zdyscyplinowany - siłownia, obowiązki zawodowe. Są i takie, w których potrafię już sobie odpuszczać i mi to służy.

Patrzę na moją córkę, która pływa w tej chwili już lepiej ode mnie - i cieszę się, że przez ostatnie trzy lata opuściła tylko jedną lekcję basenu. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile razy chciała go rzucić, ile razy musiałem słuchać tego, że jej się nie chce, że “koleżanki nie muszą chodzić na basen”, że “a mogę tym razem nie iść?”.

A teraz nie chce wychodzić z wody - umiejętności sprawiły, że pływanie jest dla niej lekkie, przyjemne, odpoczywa przy nim. Dyscyplina, nie ma zmiłuj - musiałem trzaskać przemowy motywacyjne niczym Goggins, no ale zaprocentowało i wiem, że jakaś malutka część tego sukcesu należy do mnie - bo na każdej jednej lekcji byłem z nią, siedziałem przy basenie, pokazywałem jej kciuk wyciągnięty do góry, mówiłem jej “świetnie, Kochanie”, dopingowałem.

Wiadomo też, że nie obarczam swojego dziecka moimi emocjami, słabościami. Moja matka tak robiła ze mną i wiem, że nigdy nie zrobiłbym tego własnemu dziecku.

A jeśli chodzi o kobiety - no cóż, nie szukam już w ich oczach podziwu, chcę pokazywać się im takim jaki jestem, a nie wpisywać się w ich wyobrażenia jaki mam być. Zależy mi na autentycznych, intymnych relacjach, a w nich trzeba być prawdziwym. Nie widzę innej drogi.

No ale to ja - znam siebie i wiem, co jest dla mnie ważne, ktoś może mieć inaczej i niech mu będzie na zdrowie.

Nie zgadzam się ze wszystkim, co piszesz, ale tutaj masz wg mnie dużo racji. Działania dają dużo i jeszcze więcej mogą zmienić w życiu. Fake it till you make it. Z drobnych sukcesów powstają większe i dają siłę napędową. Ale…

Posłużę się motoryzacyjną analogią. Z drugiej strony niektórym brak tej iskry, z różnych powodów, albo nie mają odpowiedniej mieszanki, by iskra uruchomiła reakcję napędzającą korbowód. Dla jednych będzie pomocne, powiedzieć gdzie tą iskrę znaleźć, inni muszą zmienić skład mieszanki w komputerze, jeszcze inni leją diesel do silnika benzynowego i nie mogą odjechać. Niektórzy mają silnik turbo, inni V8, a jeszcze inni wysokoprężny. Każdy ma inne cele.

Tak trochę podsumowując - ogólnie polubiłem Johnny’ego. To sympatyczny i wrażliwy facet (mam nadzieję, że za tą wzmiankę o wrażliwości się nie obrazi - w moich ustach to komplement), z którym dzielę niektóre zajawki. Ma do redpilla pewien dystans, potrafi na niego spojrzeć krytycznie (nie całkiem, ale zawsze to coś), a to oznaka tego, że nie rozmawiałem z fanatykiem i wyznawcą, a z kimś, kto myśli. Gdyby w manosferze było więcej takich ludzi jak on byłaby ona dużo zdrowszym środowiskiem.

Są jednak rzeczy, które mnie z Johnny’m dzielą (i fajnie, różnice między ludźmi są spoko - nasze życie dzięki temu jest barwniejsze):

  • kwestia dotycząca sięgania po wsparcie i pomoc dzieli nas radykalnie, co opisałem już wcześniej dosyć szeroko w tym wątku:

Dodam w tym miejscu, że facet, który obraca się w gronie mężczyzn gardzących słabością (a takich jest całkiem sporo) i nie potrafiących się otworzyć (takich jest większość) może mieć przerąbane i w sytuacji kryzysu może się to skończyć dla niego bardzo źle.

  • Johnny niejednokrotnie zrównuje wszystkie kobiety z rozhisteryzowanymi feministkami nienawidzącymi mężczyznami i ogólnie lubi operować skrajnymi przykładami - to dosyć typowe generalizacje dla przedstawiciela manosfery, kobiety są różne i warto to podkreślać - dla dobra mężczyzn, szczególnie tych młodszych,

  • nie zgadzam się z narracją (również typową dla manosfery i takich środowisk jak Bracia Samcy), że współczesne kobiety mają wymagania, którym żaden mężczyzna nie jest w stanie sprostać (to kolejna generalizacja - ludzie w każdej chwili łączą się w pary - i to przeróżni ludzie, nie tylko najbogatsi i najpiękniejsi),

  • Johnny typowo dla przedstawiciela manosfery próbuje ją rozgrzeszać widząc całe zło w feminizmie - to “one” ich wyzywają w internecie i używają epitetów, to “one” nie potrafią z nimi rozmawiać - kto kiedykolwiek próbował rozmawiać z jakimś wyznawcą redpilla ten wie, że problem leży po obu stronach (moje porównanie ich do PO i PiS nie było przypadkowe) i obie mają problemy z słuchaniem,

  • nie zgadzam się z Johnny’m, że dawniej chłopcy byli uczeni “kontroli nad emocjami” - ich wypieranie czy tłumienie (bo tego faktycznie większość z nas była “uczona”) nie jest kontrolą, a udawaniem, że nas one nie dotyczą - dopiero obecnie próbuje się to powoli zmieniać, niestety takie środowiska jak Redpill bardzo w tym przeszkadzają, hołdując dawnym, bardzo w tym zakresie szkodliwym dla mężczyzn wzorcom męskości, niczym z jakichś kreskówek,

  • Johnny stwierdził, że kobiety komunikują się inaczej niż my - no bardzo różnie bywa, znam takie, które są bardzo bezpośrednie (to dosyć typowe w mojej bańce), znam mężczyzn, którzy nie potrafią za to mówić wprost.

Generalnie było trochę uproszczeń typu “faceci są super, a kobiety nie bardzo”, ale ogólnie fajna rozmowa.

Fajny, wyważony film naszego niedawnego rozmówcy, warto przesłuchać:

Dokładnie to samo obserwuję wobec kobiet, tylko jeszcze bardziej ekstremalnie. Świadomość własnych emocji to wielki zasób, z tym się chyba wszyscy zgodzą, jednak mało kto mówi o tym, że to w jaki sposób te emocje uzewnętrzniamy wpływa na to jak jesteśmy traktowani. Jeśli zacznę ekspresyjnie wyrażać swoje niezadowolenie, demonstrować płacze, narzekania i żale, to muszę liczyć się z tym, że nie będę brana pod uwagę jako partnerka do rozmowy, negocjacji, wymiany ciekawych myśli czy doświadczeń. Jeśli część kobiet sama przyznaje, że są sterowane hormonami, że są nieprzedwidywalne, i adekwatnie do tego się zachowują, to niestety nie mogą mieć potem pretensji, że mężczyźni chcą nimi zarządzać, prowadzić je i kontrolować. I analogicznie - dla mężczyzn mówiących głośno i często o swoich dramatach, wzruszonych, rozedrganych, charyzma, posłuch czy podziw, to raczej nie dla nich. Nie oceniam tego ani dobrze ani źle, po prostu takie są konsekwencje.

1 polubienie