O odwadze w szukaniu wsparcia i związanych z nim mitach

Jeśli miałbym wymienić tą jedną rzecz, która w manosferze wkurza mnie najbardziej to byłoby to konkretne twierdzenie:

Mężczyzna nie może okazywać słabości partnerce, bo kobieta traci wtedy poczucie bezpieczeństwa, a następnie zaczyna swoim partnerem podświadomie gardzić - należy więc szukać wsparcia wyłącznie u innych mężczyzn.

Według tej narracji kobieta ma czuć „bezpieczeństwo” tylko wtedy, gdy jej partner jest pozbawiony słabości (albo przynajmniej je bardzo starannie przed nią ukrywa), stale stabilny, dominujący i odporny jak skała.

Jest to twierdzenie na tak wielu poziomach szkodliwe, że gdy słyszę podobne gadanie to przysłowiowy nóż mi się w kieszeni otwiera.

Zacznijmy od niewiarygodnego wprost odkrycia, że ludzi pozbawionych jakichkolwiek słabości zwyczajnie nie ma i wie o tym każda minimalnie świadoma siebie osoba.

Ma je nawet mityczny samiec alfa, który w skrajnym wyobrażeniu jest psychopatą niedoświadczającym lęku w żadnej sytuacji (wszyscy inni ludzie ten lęk w sobie w różnym natężeniu już jednak mają) - ma je po prostu na innych poziomach.

Skoro wiemy już, że te słabości ma absolutnie każdy człowiek to jak więc w praktyce wyglądać miałoby to ich nieokazywanie swojej partnerce?

Zazwyczaj przyjmuje to jedną z poniższych postaci:

  • dystansowanie się,
  • zamykanie się,
  • unikanie głębszych rozmów,
  • maskowanie emocji.

Dojrzała, inteligentna emocjonalnie i świadoma swoich potrzeb (moja uwaga - tylko z takimi kobietami warto wchodzić w związki!) partnerka z dużym prawdopodobieństwem to wyczuje lub zauważy. Nawet jeśli nie zna dokładnych powodów takiego zachowania to odczuje zmianę:

  • że się odsuwasz,

  • że nie jesteś w pełni obecny,

  • że nie ma już między Wami tej samej intymności i autentyczności.

W efekcie powstanie w niej niepokój, bo poczuje, że coś się psuje, ale nie będzie wiedziała dokładnie co i często zacznie się zastanawiać:

  • „Czy on mnie już nie kocha?”
  • „Czy ma coś do ukrycia?”
  • „Czy coś zrobiłam źle?”
  • “Czy ma kogoś na boku?”

Tylko osoba, która w ogóle nie zna kobiet nie zgodzi się z tym, że powyższy scenariusz jest bardzo możliwy :slight_smile:

Paradoksalnie więc próbując „chronić” ją przed swoimi słabościami, możesz nieświadomie pozbawić ją poczucia bezpieczeństwa, bo bezpieczeństwo w związku - to prawdziwe - opiera się na zaufaniu i szczerości.

No więc mamy pkt I - próba ukrywania słabości wcale nie chroni relacji, tylko może ją wręcz osłabić

Kolejne pytanie - czy lęki redpillowców (ale nie tylko ich - również twórcy treści dla mężczyzn odcinający się od manosfery potrafią głosić podobne herezje) mają oparcie w badaniach naukowych?

Otóż nie.

Psychologia i badania nad więzią partnerską (np. omówiona w innym wątku przez @marcines teoria przywiązania Bowlby’ego, badania nad intymnością w związkach) pokazują coś odwrotnego:

  • budowanie więzi w związku polega na wzajemnej otwartości i emocjonalnej responsywności,
  • umiejętność ujawniania swoich uczuć — również trudnych, np. lęków, smutku, niepewności — buduje zaufanie i pogłębia bliskość,
  • partnerka, która naprawdę Cię kocha i - przede wszystkim - jest dojrzała emocjonalnie (tj. taka, która rozumie, że jesteś tylko człowiekiem, a nie superbohaterem żywcem wyjętym z hollywoodzkiego filmu akcji), nie odczuje pogardy tylko raczej wdzięczność, że jej ufasz

Oczywiście — forma ujawniania emocji ma znaczenie: jeśli ktoś robi to w sposób przytłaczający, np. wchodzi w roszczeniowe narzekanie i oczekuje, że partnerka go uratuje jak matka dziecko, to może rzeczywiście rodzić dystans. Ale to nie jest kwestia „samego faktu” okazywania emocji, tylko raczej braku umiejętności ich zdrowego wyrażania - i tego warto się po prostu nauczyć, jeśli chcemy, żeby nasze życie relacyjne było udane.

Oto kilka bardzo konkretnych i wiarygodnych źródeł naukowych i psychologicznych, które obalają ten redpillowy mit i wspierają twierdzenie o wartości dzielenia się emocjami w związku:

  • Sue Johnson, “Hold Me Tight” - podstawowa książka oparta na terapii par skoncentrowanej na emocjach (EFT), która pokazuje, że bezpieczne przywiązanie w związku buduje się poprzez wzajemne otwieranie się na swoje lęki i potrzeby emocjonalne. Johnson powołuje się na wieloletnie badania i pokazuje, że dzielenie się emocjami wzmacnia więź, nie osłabia jej,

  • John Bowlby, “Attachment and Loss” - klasyczna teoria przywiązania — pokazuje, że responsywność partnera (czyli reagowanie na emocjonalne potrzeby drugiej osoby) jest fundamentem poczucia bezpieczeństwa w relacji,

  • Philip Shaver & Mario Mikulincer, “Attachment in Adulthood” - analiza tego, jak więzi z dzieciństwa przekładają się na związki dorosłych — pokazuje, że dojrzałe pary opierają się na wzajemnym wsparciu emocjonalnym,

  • Julie Schwartz Gottman & John Gottman, “The Man’s Guide to Women”- bardzo ciekawe źródło, bo pokazuje mężczyznom wprost, że okazywanie emocji nie obniża atrakcyjności ani nie prowadzi do pogardy ze strony kobiety, ale przeciwnie — wzmacnia poczucie więzi. Gottmanowie prowadzą od 40 lat najbardziej znane badania nad stabilnością małżeństw!

  • Brene Brown, “Daring Greatly” - popularnonaukowa, ale oparta na solidnych badaniach książka o wrażliwości. Brown pokazuje, że odwaga otwartości i pokazywania słabości jest fundamentem zaufania i budowania relacji — nie jej zagrożeniem.

  • Gottman, J. M. & Silver, N. “The Seven Principles for Making Marriage Work” - kolejne badania Gottmana, w których wykazano, że pary z trwałą więzią to takie, w których partnerzy są otwarci na swoje emocjonalne potrzeby, również te trudne.

Gdyby komuś było mało to kilka obserwacji z własnego życia.

Jak już niejednokrotnie tu wspominałem w wieku 32 lat dopadła mnie nerwica lękowa. I mimo, że mam naprawdę wielu męskich kolegów i kilku przyjaciół to jasne jest dla mnie to, że gdyby nie pomoc przeróżnych kobiet i ich chęć do słuchania mnie w tamtym okresie byłoby ze mną krucho.

Piszę tu nie tylko o terapeutkach (których miałem ogółem dwie), ale i przyjaciółkach i mojej ówczesnej partnerce. No wyrzygiwałem im wtedy sporo, widziały mnie jak płaczę (płacz to wręcz za małe słowo - kilkukrotnie wyłem jak zwierzę zamknięty w pokoju i moja partnerka to słyszała), jak się wściekam, widziały mnie w skrajnych emocjach.

Do 32 roku życia byłem mężczyzną żyjącym według tego redpillowego wzorca - po prostu udawałem twardziela, byłem chodzącym, zamrożonym betonem. Gdy się odmroziłem to była to po prostu lawina emocji.

One chciały mnie wtedy słuchać, rozmawiać ze mną, były na mnie otwarte i dostępne, nazywały moje emocje, nie bagatelizowały ich, nie wyśmiewały mnie, nie umniejszały mi w żaden sposób. Czułem się widziany i przyjęty w swoim bólu i dzięki temu mogłem go przekroczyć.

Czy którakolwiek z nich straciła do mnie wtedy “szacunek” i zaczęła mną “gardzić”? Wolne żarty :smiley:

Czy moja ówczesna partnerka “straciła poczucie bezpieczeństwa” i odsunęła się ode mnie?

Nie, tworzyliśmy bardzo udany związek jeszcze przez długie lata - po tych wszystkich doświadczeniach staliśmy się sobiedużo bliźsi.

Czy moi męscy przyjaciele udzieliliby mi podobnego wsparcia?

No i tu płynnie przechodzimy do pkt III.

Prawda jest niestety taka, że w tradycyjnych grupach męskich (np. paczka kumpli, środowisko pracy, grupy kolegów na siłowni czy w barze) od pokoleń funkcjonuje kulturowy schemat:

  • mężczyzna nie powinien okazywać słabości
  • emocje są oznaką miękkości lub kobiecości (no chyba, że mówimy o gniewie - on jest “dozwolony”, reszta nie)
  • problemy należy przemilczeć albo rozwiązać „po męsku”, w działaniu

Źródłem takich zachowań jest oczywiście kultura patriarchalna, która przez wieki uczyła, że mężczyzna to „wojownik” i „opoka”, emocje są “dobre dla kobiet”, a empatia wobec innych mężczyzn jest zagrożeniem dla statusu („jeśli okazuję empatię to też mogę być słaby”). Od lat brakowało wzorców jak rozmawiać z mężczyznami o emocjach w sposób konstruktywny. Mężczyźni nawet we współczesnych czasach są zawstydzani na każdym kroku za posiadanie emocji - także, nad czym ubolewam, przez niedojrzałe emocjonalnie kobiety, nie potrafiące wyjść poza schematyczne, patriarchalne kalki. Wielu mężczyzn w ogóle nie potrafi nazywać swoich stanów emocjonalnych - u nich jest tylko “dobrze” albo “chujowo”, operują bardzo wąskimi kategoriami emocjonalnymi.

Jak więc najczęściej takie “męskie wsparcie” wygląda w praktyce?

Gdy jakiś facet próbuje wyrazić, że się boi, czuje lęk, smutek, ma załamanie psychiczne bardzo często słyszy:

  • „nie marudź”
  • „napijmy się, przejdzie Ci”
  • „nie bądź pizdą - faceci nie płaczą”
  • „Stary, musisz wziąć się w garść”
  • „inni mają gorzej”

Przerażające jest to, że słyszałem takie teksty nawet w grupach redpillowych, w których w przeszłości funkcjonowałem - wśród ludzi, którzy na każdym kroku powtarzali, że w razie problemów emocjonalnych należy gadać z facetami!

Gdy ktoś ujawniał się z tym, że posiada jakieś emocje szybko zostawał sprowadzany do parteru - raz usłyszałem wręcz, że powinienem zmienić płeć, bo mam żeńskie cechy :smiley:

To jest mechanizm bagatelizowania, który ma w praktyce funkcję obronną — inni faceci nie muszą wtedy mierzyć się z własnym dyskomfortem emocjonalnym, nie muszą czuć się bezradni wobec cierpienia drugiego faceta, więc szybciej ucinają temat. Jak widać nie ma to nic wspólnego z prawdziwym wsparciem - zamiast pomóc przepracować problem, większość facetów ucisza go, jest on spychany głębiej.

W rezultacie mężczyzna szukający wsparcia w takiej grupie często dostaje tylko powierzchowne odciągnięcie uwagi — czyli właśnie alkohol, żartowanie, czasem przemoc symboliczna („nie jęcz pizdo”), zamiast prawdziwego wysłuchania i empatycznej reakcji.

Efekt uboczny?

Łatwo go przewidzieć i można go zaobserwować w statystykach:

  • chroniczna samotność emocjonalna wielu mężczyzn
  • wyuczone tłumienie emocji
  • wzrost ryzyka zaburzeń psychicznych, uzależnień, a w skrajnych przypadkach samobójstw

Oczywiście to się bardzo powoli zmienia. Coraz więcej mówi się o tzw. nowej męskości, o grupach wsparcia dla mężczyzn, o terapii i o tym, że odwaga to nie tylko znosić ból w milczeniu, ale umieć powiedzieć: „Potrzebuję pomocy”. Dużo jednak jeszcze wody w Wiśle upłynie zanim mężczyźni odważą się mówić o swoich emocjach innym mężczyznom bez strachu przed wyjściem na pizdę i mięczaka, który sobie “nie radzi”.

Nie bójcie się więc w przypadku problemów korzystać ze wsparcia kobiet, szczególnie, gdy sami macie rozwiniętą inteligencję emocjonalną - z doświadczenia mogę zapewnić, że z nimi przeanalizujecie swoje problemy głębiej niż ze zdecydowaną większością facetów. Sam incydentalnie omawiam swoje problemy z jedną przyjaciółką, najmądrzejszą osobą jaką znam i zawsze bardzo mi pomaga popychać tematy do przodu. Wsparcie emocjonalne wśród mężczyzn jest oczywiście ważne, ale w praktyce nadal bardzo zaniedbane, więc nie ma powodu bać się szukania go również w bliskiej relacji partnerskiej czy u przyjaciółek.

Raz jeszcze podkreślę - dzielenie się emocjami w zdrowy sposób zwiększa bliskość i poczucie bezpieczeństwa u większości kobiet, a nie zmniejsza je.

Jeśli partnerka reaguje pogardą na Twoje szczere emocje — to sygnał nie o Twojej słabości, tylko o jej niedojrzałości lub złym dopasowaniu. Wyświadcza Ci w ten sposób przysługę - nie zatrzymuj jej w swoim życiu, nie stworzysz z nią udanej, głębokiej i intymnej relacji (za którą w głębi duszy tęsknisz).

Gdy zaś jakiś facet pokazuje całym sobą, że ma jakieś problemy daj mu sygnał, że jesteś gotowy wysłuchać go bez oceniania, np. "Jak coś cię przygniata, to możesz mi powiedzieć. Nie będę cię wyśmiewał ani moralizował.” Może i brzmi prosto, ale dla wielu facetów to przełomowe zdanie, mega otwieracz.

Naucz się też zadawać pytania otwarte - zamiast “Wszystko ok?” (odpowiedź zawsze będzie twierdząca, tak to już jest w naszej kulturze) spróbuj np. “jak się z tym czujesz?”.

Jeśli masz już w sobie odwagę w byciu autentycznym podziel się swoimi przeżyciami pierwszy - często w grupie mężczyzn nikt nie chce zrobić pierwszego kroku, żeby się otworzyć. Jeśli powiesz o swoich trudnościach (oczywiście w sposób nieprzytłaczający) dasz sygnał, że to normalne i bezpieczne. Mam na swoim koncie takie doświadczenie - mój znajomy terapeuta namówił mnie swego czasu na udział w męskiej grupie wsparcia online (“a bo Ty dużo mówisz” :smiley: ). Moja otwartość bardzo pomogła innym facetom.

Unikaj też dawania typowych rad (szczególnie, gdy ktoś o nie nie prosi) - ludzie ich często nie oczekują, chcą być po prostu wysłuchani - i to jest realna pomoc.

No i tak na koniec - na świecie powstaje coraz więcej męskich kręgów, gdzie w bezpiecznej przestrzeni można mówić o emocjach. W Polsce powoli też ruszają takie inicjatywy (np. męskie warsztaty rozwojowe). To świetna praktyka, bo pokazuje facetom, że w grupie również można być wrażliwym i nie jest to wcale “niemęskie”.

Taką inicjatywą jest również nasze forum - jeśli nie macie tu jeszcze konta dołączajcie :wink:

Super wpis :smiling_face_with_three_hearts:

Zawiera w sobie ziarno prawdy i jest dobrą wskazówką, by nie zarzucać swojej kobiety nadmiarem błota, które w sobie niektórzy noszą.

Moim zdaniem zdrowiej jest informować o problemach, a emocjonalnego wsparcia szukać np wśród kumpli. Nie wymagać go od kobiety, a jeśli będzie chciała zaoferować, super. Ja też bym wolał żeby kobieta ze swoimi babskimi sprawami choć w częsci trajkotała wśród kobiet, bo one się w tym najlepiej rozumieją i wspierają.

Jeśli nie bedzie wspierająca, znaczy słabo się na partnerkę nadaje. Jeśli problemy partnera będą na nią wpływać negatywnie (nie piszę o takich, które są szkodliwe, toksyczne, rozwalają relację), z całą pewnością się nie nadaje.

Tym niemniej, takie kobiety są i mężczyźni wchodzą z nimi w związki. Dla nich to dobra wskazówka, jeśli chcą mieć te kobiety przy sobie. Choć ja sobie nie wyobrażam takiej relacji.

Jeszcze jedno- Twoje przykłady dotyczące koleżanek nie mają nic wspólnego z sednem tej idei. Koleżanka Cię wysłucha, z różnych powodów, pokiwa głową i pójdzie do swojego życia.

Tu chodzi o takie zachowanie w bliskiej relacji, gdzie jest inna dynamika. Na pewno są kobiety, które pociąga typ mężczyzny który nie pokazuje słabości, więc ich okazanie nie wyjdzie na plus. Są inne, niedojrzałe lub skupione na sobie, które nie chcą mieć do czynienia ze słabościami swojego faceta.

Pamiętam kilka sytuacji, kiedy zrobiłbym zdecydowanie lepiej gdybym poszedł do drugiego faceta z czymś, co było dla mnie trudne. Choć czasem bywało i tak, że kobiety stawały na wysokości zadania.

Generalnie, nikt nie lubi problemów w nadmiarze. Nam też laski non stop narzekające, nieogarniające, średnio interesują.

Pytanie, gdzie ktoś definiuje ten nadmiar. Dla jednych to będzie okazanie chwilowej słabości, dla innych coś więcej czy dużo, dużo więcej.

Myślę, że generalnie to ludzie dzielą się na dwa typy : “szukający problemów” i “szukający rozwiązań”. Dla tych pierwszych wsparcie będzie oznaczało, że mogą sobie pogadać godzinami i wyżalić się, co przynosi im ulgę i pozwala zmniejszyć napięcie, dla drugich - wsparcie to bycie wysłuchanym aby w efekcie dojść do znalezienia rozwiązania, planu, rady. Pierwsi są w całości skoncentrowani na emocjach, drudzy głównie na działaniu. Ani to dobrze ani źle, nie oceniam tego. Sama jestem w drugiej grupie i zauważyłam, że częściej używam słów “ zadanie do wykonania” niż “problem”, ale tak jak mówię - ludzie są różni i czego innego potrzebują do szczęścia :slightly_smiling_face: