Problemy w rodzinie

Poniższy post w znaczącej przewadze napisałam już dwa dni temu, ale jak to ja, musiałam się przespać. Dodam aktualizację i ponumeruję sobie.

  1. Tylko jako disclaimer - gdyby co, nie trzymam strony Twojej żony, nie czuję / nie obieram wspólnego z nią frontu, nie dotyka mnie solidarność jajników, czuję neutralność emocjonalną, prawdopodobnie nie jesteśmy nawet podobne. Żeby była jasność - Twoja żona wykonuje wiele gestów [opierając się na Twojej relacji], które dla mnie są obce i marszczą mi brew, ale skupiam się ta Tobie, bo tylko za swoją porcję reakcji jesteś odpowiedzialny. Uznaję istnienie Twoich niezaspokojonych potrzeb. Bardzo podoba mi się ostatnia wiadomość Marcina.

2. Poszerzając zakres materiału na studiach, trochę posiedziałam w bibliotekach akademickich, sporo ze mnie wywietrzało, ale pamiętam nadal, jak ciekawiła mnie mechanika systemów rodzinnych, z których najwięcej badań chyba pochodzi z analiz obserwacyjnych dynamiki alkoholowych systemów rodzinnych. Ani diada małżeńska, ani rodzina nie są prostą sumą jej członków - stanowią syntezę wszelkich, wkalkulowanych i niewkalkulowanych, oddziaływań i wewnętrznych sił systemowych, wpływają na nie określone prawa, między innymi zasada homeostazy. To, co włożysz do systemu - nie znika stamtąd, energia krąży w przyrodzie, zmieniając jedynie charakter / formę. Dlatego zgadzam się ze świetną konkluzją Marcina, że zachowanie Waszej córki może być notabene symptomem - dzieci skazane są przepalać energię rodziców, którą Ci ostatni generują, a następnie wytłumiają:

Z tego, co zrozumiałam, kiedy się wkurzasz, stajesz się bierno-agresywny, ciskasz sarkastyczne uwagi i pieklisz się, że nikt nie odbiera ciosów zgodnie z Twoją intencją [wyobrażam sobie Ciebie jako totalnie spiętą osobę], Twoja żona ordynuje sobie czas ucieczkowy, a córka jest jedyną osobą, bardziej otwarcie wyrażającą złość, gniew, agresję i jawnie dążącą do konfliktu, po której następują pyskówki.

Wiesz, obserwowano rodziny alkoholowe i spostrzeżono, że u wielu z nich na co dzień dominowała funkcyjna, techniczna komunikacja [“odebrałam dzieci, trzeba zapłacić za gaz”], stosowano zwroty instrumentalne, informatywne, sterylne. Nie przeżywano bliskości, nie było dozwolenia na otwarte wyrażanie emocji. Sfera przeżywania była zaniedbana, zamrożona. I okazało się, że cała bliskość, cała emocjonalność, doinwestowanie energii, tożsamość rodziny, przejawiana i przeżywana była TYLKO wokół tematu alkoholu - gdy alkoholik ponownie niefortunnie zapił - wracały żywiołowe rozmowy, eksplozje tajonych emocji, wytrącała się jakaś dziwna forma bliskości - na moment poddawało się przecież ekspresji to, co niewyrażone. Rozładowywało się nieznośne napięcie, które okalało uczestników życia domowego, jak mgła. I ten schemat jest dość zrozumiały - trudno, by było inaczej, alkohol dewastuje wiele rodzin. Niemniej badacze wysunęli wniosek z perspektywy systemowej występując, że jeżeli wybuchy pełnią wbrew pozorom funkcję stabilizującą dla systemu, to cykliczność równie dobrze może być używana jako nieświadome narzędzie i prowokowana. System w końcu trwa, nie rozpada się. Piszę o tym jedynie w ramach ciekawostki i aluzji, być może będzie to dla Ciebie obrazowa ilustracja-analogia do czegoś - pamiętam przecież, że Wasza nastolatka była bardziej wymagająca od małości. Nie odrzucałabym jednak kategorycznie nawiązania.

3. Odpowiedzialność. To, co zrobi inna osoba jest jej odpowiedzialnością; za to, jak się zachowasz w reakcji / odwecie i dlaczego, jesteś w głównej mierze odpowiedzialny sam i Twoje uwarunkowania. Narysowałam pomocniczy schemat w paint-cie, ilustrujący zakresy odpowiedzialności, ale głupio mi go tu wstawić.

4. Ktoś zwraca uwagę na formalne komponenty układu pomiędzy Wami. Marcin skonkludował wyżej, że Twoja żona Cię gaslightuje. Pytanie, które nie padło, to - czy nie robicie tego sobie oboje? I przypadkiem od jak dawna? Zaraz to wyjaśnię. Ludzie rejestrują, jak się przy Tobie czują, przesłaniowa treściowość jest jedynie jednym z czynników, jesteśmy uzwojeni, by sczytywać emocjonalny przekaz, aktywnie i na bieżąco oceniać nasze miejsce w relacji, szacować szanse na odrzucenie, które jest głęboko biologicznym stresorem - obawiam się, że u kobiet ewolucyjnie ten instynkt i zmysł może być jeszcze intensywniej uwrażliwiony. Czy bardzo się pomylę, jeśli napiszę, że jesteś osobą, która wie, dokładnie, jakie procedury postępowania są na ogół dobre i słuszne, wiesz doskonale, jak coś powinno zostać zrobione przez innych, no przecież to oczywiste - rzeczy mają po prostu działać. Optymalnie. Jeśli coś nie idzie po myśli i na przewidywalnych warunkach z czyjeś odpowiedzialności, przychodzą Ci do głowy myśli, czy na pewno coś styka w układzie neuronalnym drugiej strony? Nie lubisz głupoty i głupich ludzi, i na usta cisną Ci się zjadliwe uwagi. Burkniesz pod nosem, trzaśniesz drzwiami. Jesteś spięty, jak baranie jaja, Twoje mięśnie twarzy nie są od tego wolne. Wkurwia Cię, że nikt nie reaguje na Twoje bezspornie czytelne komunikaty - czego trzeba więcej? Wszystko się wykrzacza i nikt Cię w tym domu nie docenia!

?

Martwi mnie to:

Wtf. A to nie jest tak, że złośliwość boli bez bycia fanem poradników?

Wy się oboje gaslightujecie.

Widzisz, miałam przyjaciółkę, intelektualistkę, totalnie pochowaną w swoich emocjach. Śmiała się, co robi ze swoimi uczuciami [wypiera]. Na początku było super, z czasem jednak zauważyłam, że jest małą terrorystką. Gdy cokolwiek jej się nie podobało, natychmiast uderzała w sarkazm. Nie mówiła - co czuje, co jej nie odpowiada, jakie ma obawy, o co się troska w naszej relacji - po prostu robiła się spięta, pogardliwa, niezadowolona i sarkastyczna. Nie było to znowu takie częste, ale cokolwiek włożysz do systemu, w systemie zostaje. Kiedyś, gdy byłam w ciężkim stanie emocjonalnym, ale odważnie stawiałam temu czoło i zadałam jej pytanie, czy mogłaby mi pomóc, zareagowała w bardzo wyższościowy sposób. Pamiętam, jak się skuliłam w sobie. Dwa lata później, gdy ona przeżywała kryzys, nasza relacja miała już wiele obić i drobnych rys. Powiedziała coś do mnie uptalkiem, jak ja wtedy do niej - bez tchu odparłam jej d o k ł a d n i e tymi samymi słowami, co ona mi przed dwoma laty, mimo, że kompletnie tego nie chciałam. Ciało pamięta, jestem tego pewna. Przykrości w relacji muszą być uzdrowione, żeby unieruchomiona energia przetransformowała się w coś lepszego. Tu nie było na to miejsca. Gdy wylizałam się z ran i stanęłam na nogach, przestałam się chować po kątach z moimi uczuciami, coraz częściej słyszała głośne “Nie”, wystąpiłam z tej relacji. Podeptała moje uczucia tymi sarkazmami. Nie miałam ochoty się do niej ‘tulić’, była dla mnie kłującym jeżem. ..A przecież obok przykrych chwil, były też te budujące, wznoszące…

I teraz tak sobie myślę o Twoim sposobie komunikacji, o wypraktykowanej złośliwości - mam takie poczucie, że gdybym nie mogła wykroczyć łatwo z układu [dzieci], to zaczęłabym albo nadskakiwać, by złagodzić Twój gniew i pogardliwość, albo się separować [zastrzegam - jedynie w sytuacji, gdybym nie miała pomysłu na zmianę, albo sarkazm i złośliwość byłyby dominującym sposobem komunikowania własnym potrzeb i uczuć partnera]. Dla mnie naprawdę sarkazm to droga, by wypiętralać. Nie warto.

I na koniec: absolutnie zgadzam się z @Ewa.Dubois :

1 polubienie

Jeszcze taka myśl mnie naszła - gdyby coś zabrzmiało zbyt szorstko w mojej wiadomości, @NicolasC - daj mi, proszę, znać - nie taka była moja intencja.

1 polubienie

Dzięki za post, bardzo doceniam zaangażowanie, wiem ile wysiłku trzeba, aby różne rzeczy opisać (ja opisuję swój punkt widzenia) a Ty i inni uczestnicy forum dajecie mi dodatkowo swoją analizę. Dzisiaj trochę na mnie spadło tych analiz i przez chwilę przemknęło mi przez myśl żeby się poddać, że jednak nie podołam i rzucę to wszystko. Byłem nawet umówiony z kolegą na ścinanie drzew. Ale odwołałem, poczułem się zmęczony a tu trzeba być w formie bo można zginąć :grinning_face: . Po zastanowieniu widzę, że te “potworności” nie wypełniają 100% mojego życia i relacji. Upadki, owszem się zdarzają. Reszta rodziny może je nawet sumuje. Koncentruję się na dokonaniu zmiany - to musi boleć.

PS. Czytam Wasze odpowiedzi po kilka razy i się zastanawiam. Chyba o to tu chodzi.

1 polubienie

Dzięki za analizę. Wydaje się momentami, że lepiej mnie rozumiesz niż ja sam siebie. Opisuję niemal suche fakty na temat mojego życia a Twoje wypowiedzi pasują do moich odczuć. Odpowiem na pytania Tobie i sobie jednocześnie.

Propozycja z jej strony, że coś zrobimy razem. Rozmowa w której wyrazi zainteresowanie czymś co dotyczy mnie.

Mobilizacja, czyli raczej pobudzenie.

Wszystko po trochu ale chyba bardziej ukojenie.

Co do córki. Są sytuacje, że ona próbuje nas ewidentnie skłócić. Mi opowiada, że widzi jak matka zachowuje się źle, że mnie wykorzystuje, że udaje delikatną itd. Prowokuje do wypowiedzenia krytycznej opinii. Rejestruje moją reakcję, żeby potem robić to w drugą stronę. To może mieć na celu skupienie uwagi na sobie albo coś innego…

Syn odwrotnie, jest dyplomatą. Wypowiada się z intencją scalenia całego układu.

Zastanawiam się nad wejściem głębiej w świat córki. Ale to jest świat gier, grup, kanałów internetowych, dziwnych shorts-ów, jakiś patologii internetowych. Może to być jakaś platforma porozumienia ale grozi to też zachętą.

Aktualna sytuacja jest taka. Po ostatnim wybuchu córki, żona postanowiła z nią nie rozmawiać. Skutkiem jest poprawa jej zachowania oraz to, że mamy lepszy kontakt (czuje trochę większy respekt).

Gesty moje są naprawdę są drobne. Im bardziej neutralne tym są lepiej przyjmowane, można się pokusić o stwierdzenie, że są wtedy odwzajemniane. Mniej neutralne są kwitowane zdziwieniem. Te bardziej bezpośrednie prowadzą do stwierdzenia w rodzaju “nie tędy droga”.

Chyba tak źle nie jest. Najgorzej jest po przebudzeniu. Wtedy wszystkie problemy dopadają mnie jakby na raz. Próbuję wtedy ułożyć jakiś plan.

Wstaję pierwszy i mam jakieś 2 godziny spokoju. Wychodzę na taras i przyjmuję pozy “władcze” (wziąłem to z książki “Wstań…” Amy Cuddy), to naprawdę działa, błyskawicznie uspokaja - a może to efekt placebo? Potem krótka seria ćwiczeń.

Jeśli jest mój dzień to robię trasę rowerem - najlepsze są z podjazdami. Teraz zima w zastępstwie robię kilka km na biegówkach.

W południe coś gotuję (nawet to lubię), wtedy włączam swoją muzykę i czuję jak dociera do mnie czysta energia (a do innych łomot).

Dobra też jest praca zawodowa. Jak mam w niej problem to wiem, że wystarczy się wysilić i skupić a rozwiązanie się zawsze znajdzie. Jak nie od razu to pojawi się samo w ciągu dnia (inaczej niż w życiu). Jestem wtedy zadowolony. Nie truję o tym domownikom. Już się nauczyłem, że nikt nie chce o tym słuchać. Raz na parę tygodni raportuję przełożonemu.

Robię różne rzeczy takie trochę ekstremalne. Teraz mam pod łóżkiem przygotowany snowboard, w samochodzie skrzydło (tzw. wing). Czekam aż pogoda stanie się paskudna - zacznie sypać śnieg i wiać wiatr - wtedy ruszę w pole.

Dwa dni temu. Doceniła mój telefon do znajomego, którego wyrzucili z kuracji z powodu covida (starszy człowiek). Docenia posiłki, które czasem robię. Docenia jeśli prosi mnie o zrobienie czegoś, czego nie może zrobić sama.

Obawiam się, że on tego nie rozumie. Taka rada może być przydatna dla osób z choćby odrobiną autorefleksji. Z wszystkiego co napisałeś Nicolas wyłowił tylko część wygodną dla siebie i koncentruje się wyłącznie na swoich przywilejach, swoim komforcie i na tym jak odzyskać to co według niego mu się należy. On ma co drugi dzień wychodne, ma mnóstwo pomysłów jak sobie dogodzić, więc ma ogromny luksus czasu dla siebie, a nie jak wcześniej przedstawił - obóz pracy. Ani razu nie padła tu refleksja, troska jak może się czuć żona i dzieci, i czy czasem on też nie dostarcza im cierpienia. Zabrakło choćby wzmianki o jego wdzięczności dla rodziny i zauważenia jak często trudny i bolesny u dzieci jest czas dojrzewania. Jakaś sytuacja, korzystna dla niego się skończyła, więc teraz kombinuje co zrobić żeby odzyskać dawną władzę nad domownikami.

Mam też pytanie do Ciebie Marcin. Czy uważasz, że jeśli nie ma szansy na prawdziwą, szczerą, pełną miłości relację, pełną czułości, bliskości, intymności to trzeba przynajmniej wyszarpać coś dla siebie, jakoś w miarę wygodnie się ustawić, bo to lepsze niż nic?

Nie byłbym tak krytycznie nastawiony. To, co ty nazywasz luksusem, tak naprawdę jest odrobiną czasu na odzyskiwanie siebie i sposobem ukojenia, które najwidoczniej nie są wystarczające. Nie ma innego wyjścia, kiedy druga osoba się oddala i potrzebuje przestrzeni. Nie wiem jak wygląda komunikacja u nich i nie zakładam niczego, ale najwidoczniej kuleje w obydwie strony. Tutaj trzeba by jasno określić swoje oczekiwania, jego żona mogła to zrobić, albo nie. On nie do końca. Ciężko znaleźć korzystne sytuacje dla niego, bo z tego, co rozumiem, on jest niesłyszany i nie wie, co z tym zrobić. Dla mnie to kolejny przykład tańca między dwoma przeciwstawnymi stylami w tej relacji. Tutaj nie chodzi też o władzę, ale potrzeba kontroli wychodzi z fundamentalnego deficytu poczucia bezpieczeństwa. Nie jestem specjalistą, ale w 99% przypadków chodzi o figurę matki. Sprawa dla psychoterapeuty, aby to odkryć, praca dla niego, aby zamknąć temat. Inna sprawa, że wyczuwam kryzys tożsamości. Ma wizję siebie i się jej trzyma, wizja, która po latach zaczyna się sypać, bo ta wizja oparta jest na świecie zewnętrznym, a wglądu w siebie nikt nas nie uczy jako mężczyzn i chłopców. Spychamy te niekomfortowe elementy tworząc cień i mrok wewnątrz w który po czasie boimy się zaglądnąć.

Nic nie trzeba wyszarpywać. To o czym piszesz, to niestety 1%. Relacja dwóch osób, którzy czują się bezpiecznie sami ze sobą i dają od siebie, bo mają wszystkiego w nadmiarze. Jakbyśmy nie myśleli, to relacje romantyczne są w większości transakcyjne, bo rzadko się zdarza, aby ludzie wchodzili w nie z pełną świadomością siebie. Rozumiem, skąd pochodzę i wiem skąd pochodzisz ty. W takich sytuacjach przypominają mi się słowa Tonego.

Nie potrzebuję ciebie, abym był szczęśliwy. Nie jesteś moim szczęściem, nie jesteś moją radością. Wolę raczej swoją wolność niż Twoją miłość. Jeśli masz do wyboru towarzystwo w więzieniu i samotny spacer na wolności, co wybierasz?

@NicolasC Czyli z obiektywnego punktu widzenia nie jest tak źle. Z twojego punktu widzenia może być za mało. Mało może być, kiedy jedynym źródłem dobrostanu świat zewnętrzny. Szczególnie jeżeli chodzi o bliskość. Ludzie z deficytami w tym aspekcie żyją z wieloma konfliktującymi założeniami i oczekiwaniami.

Bliskość jest dla ciebie regulatorem. Nie chodzi wyłącznie o bycie widzianym. Jest w tym potrzeba kojenia, przy której ciało wreszcie może odetchnąć. To nie jest nic dziwnego, jeśli ktoś wychowuje się bez bezpiecznej regulacji emocji. Organizm uczy się szukać jej w relacji, czasem bardzo intensywnie. To może wyglądać jak mobilizacja, którą opisujesz przy konfrontacji. System nerwowy podkręca obroty i sygnalizuje: Hej, to jest moment, od którego coś zależy.

Neutralne gesty twoja żona przyjmuje, bardziej bezpośrednie są już trudne, a próby intymniejszego kontaktu bywają kwitowane komunikatem nie tędy droga. W teorii więzi to zwykle nie wynika ze złej woli. Bardziej z tego, że bliskość uruchamia w takiej osobie nadmiar napięcia i wtedy schowanie się daje poczucie kontroli. Twoje pragnienie ukojenia spotyka się z jej pragnieniem odsunięcia napięcia od siebie, co tworzy klasyczny paradoks im bardziej chcesz, tym bardziej ona się wycofuje, a im bardziej ona się wycofuje, tym bardziej chce twoje ciało.

Opisujesz też kilka przestrzeni, w których twój układ nerwowy wraca do równowagi. Poranki, sport, gotowanie, rower, nawet ten snowboard czekający pod łóżkiem. To wszystko wygląda jak twoje naturalne mechanizmy regulacji, które działają niezależnie od niej. To ważne, bo właśnie w takich chwilach najczęściej widać swoje prawdziwe zasoby, Takie zasoby są kluczowe, bo pozwalają jednemu partnerowi nie obciążać drugiego swoją potrzebą kojenia w każdym momencie. Często dzieje się tak, że gdy osoba z tendencją unikania widzi, że druga strona potrafi się sama uregulować, to napięcie spada i łatwiej jej wyjść z jaskini. Czasem to działa trochę jak przy karmieniu dzikiego zwierzaka, im bardziej machasz rękami, tym szybciej ucieka, a im spokojniej siedzisz, tym bardziej zaczyna podchodzić.

Zwróciłem też uwagę na coś drobnego, ale znaczącego. Mieszankę siły i wrażliwości. Reagujesz pobudzeniem, ale robisz sporty, ogarniasz życie, pomagasz znajomym, gotujesz, a jednocześnie czekasz na prosty sygnał od niej, typu może zrobimy coś razem. Psychoterapeutka mi uświadomiła, że takie sygnały bywają dużo ważniejsze niż wielkie gesty, bo potwierdzają że jest kontakt.

Wg mnie musisz popracować nad stabilizacją emocjonalną i umiejętnością samoregulacji w kluczowych momentach. Musisz mieć też świadomość, że osoba unikająca nie zobaczy w sobie niczego złego, tym bardziej nie otworzy się na zawołanie. Jeżeli to w ogóle jest taka dynamika, to i tak musisz zadbać o siebie. Odplątać się emocjonalnie od partnerki i jej wpływu na twoje zachowanie. Podobnie jak wpływu zachowania córki na ciebie. Rób to co ci daje radość, ładuj baterie i proponuj uczestnictwo w tym innym członkom rodziny.

Zmienić możesz tylko siebie. Żony nie zmienisz. Córki nie zmienisz. Możesz co najwyżej poznać swoje granice i ich przestrzegać, aby stać się spokojniejszym. Najważniejsze jednak, to musisz przyznać przed sobą czego chcesz. Musisz mieć świadomość, co mi chlopaki uświadomili, że nie można mieć wszystkiego od jednej osoby.

Zadaj sobie pytanie. Co jeśli żona i córka są takie jakie być powinny? Że dzięki nim zobaczysz bardziej siebie i czego chcesz i zrozumiesz, w którą stronę musisz się iść, aby się rozwinąć.

1 polubienie

Niestety pisanie na forum nieco zniekształca przekaz. To tzw. wychodne to była jej inicjatywa, zostało to ustalone wspólnie i za porozumieniem. Jestem jej za to wdzięczny i ona mi też. Każde z nas miało poczuć trochę wolności od codzienności, od dzieci, które nie są już malutkie i muszą same się trochę regulować. To jest możliwość głównie potencjalna. Każde z nas ma prawo z niej korzystać. W praktyce nie wygląda to tak, że hasam sobie co drugi dzień. Jest więcej przeszkód niż okazji: coś się w domu zepsuje, wyjazd, delegacja, wideokonferencja, ktoś jest chory, dzieci mają egzaminy, szykuje się po południu ciężka fizyczna praca lub zwyczajnie nie ma pogody. Ta potencjalna możliwość daje nam oddech, wymieniamy wzajemne wrażenia. Ona jak rozumiem chciała się oderwać od stabilizowania nas. Dla mnie miała to być okazja, abym poczuł to co kiedyś dawno robiłem i porzuciłem. Wiem, że to było po to, abym poczuł się dobrze i był znośniejszy w odbiorze.

Realnie to moje wychodne nie zdejmuje ze mnie żadnych obowiązków - wracam, muszę nadrabiać. Ona zamienia siedzenie w “gawrze” na aktywność na powietrzy (co jest lepsze moim zdaniem dla zdrowia fizycznego i psychicznego).

To nie jest luksus. Pomysły żeby sobie dogodzić? Co w tym złego? Jeśli się ktoś zgłasza na forum z problemem to dostaje na początku porady: zadbaj o siebie, rozwijaj się, idź na siłownię, poznawaj ludzi itp. Chyba nie o to chodzi żeby nie daj Boże coś zacząć robić?

Nie wyławiam tylko rzeczy wygodnych dla siebie. Niewygodne odpowiedzi też biorę do siebie, staram się wnioski wprowadzać najpierw w praktyce. Piszę natomiast chętniej o rzeczach prostych, naturalnie tak jest łatwiej i szybciej.

Czy nie stawiasz się czasem z jakiegoś powodu jednoznacznie po drugiej stronie barykady? Co byś odpowiedziała koledze @Hodowca ?

Ten post nie jest tak nie na miejscu jak się na pozór wydaje. Taka wizja rzeczywistości jest jak najbardziej prawdopodobna. Byłem w takim związku. Miałem twarde dowody, że tak właśnie było. Miałem później dobry kontakt ze swoim “następcą” (z następcą następcy już nie), to też były ciekawe rozmowy. Było dawno, minęło, wyleczyłem się z tego, on też.

Ugułem to nie ma czegoś takiego. Tak ją wychowaliście :man_shrugging:

Co do meritum. Dobrze rozumiem, że z Twojego punktu widzenia, tl;dr: zapierdalasz, a żona ma to w dupiu? Słuchaj, żona nie wątroba, nie jest konieczna do życia i dana raz na zawsze.

Tak bywa w związkach, mon. Czasem coś się wypala, coś się kończy. Czasem tego czegoś nie ma od początku.

Życie jest nobelom.

Takie tam wnioski w dżdżyste i ciemne listopadowe popołudnie.

Nie chodzi o odmawianie sobie odpoczynku, nikt nie jest niewolnikiem i nie musi ciągle pracować. Odpoczynek, czas dla siebie jest wręcz niezbędny do życia. Chodzi o to, że aby dodać dramatyzmu swojej historii kolorujesz fakty. Masz czas wolny jak najbardziej i to jeszcze z inicjatywy żony, która przecież jak pisałeś nie jest skora do współpracy. Łaski nie robi, owszem, ale to się kłóci z faktem, że niby Twoje potrzeby są ignorowane.

Tak, stoję po drugiej stronie barykady. Po tej samej gdzie są dzieci. Dzieci w przeciwieństwie do dorosłych nie mają żadnego wyboru i żadnych możliwości poradzenia sobie z sytuacją w domu. Dysfunkcyjnych dorosłych ustawiam po drugiej stronie. I nie chodzi o to, że dysfunkcja to jakieś piętno i obciach. Skoro wszyscy mamy takie ogromne możliwości jakie są obecnie - trochę głupio szukać na zewnątrz winnnych swojego “nieszczęścia”.

@NicolasC

Weź pod uwagę, że jesteś na forum dyskusyjnym i tu każdy będzie oceniał Twoją sytuację z własnej perspektywy, przez pryzmat własnych uwarunkowań, wdruków, przekonań, koncepcji, którymi się na co dzień posługuje. Każdy ma swoją prawdę, standardy i zasady, każdy nieco inaczej interpretuje moralność, każdy ma nieco inną wizję związku.

W efekcie powyższego każda przedstawiona Ci tu wizja i perspektywa jest uprawniona, mimo, że mogą się one od siebie diametralnie różnić. Nie ma jednej prawdy, jednej wersji prawdy - każdy ma ją swoją.

@Hodowca uczciwie poprzedził swój wpis disclaimerem, że ma cechy psychopatyczne/socjopatyczne i zastrzegł, żebyś wziął to pod uwagę podczas lektury jego posta. Bardzo mi się to spodobało - to duża rzadkość na forach internetowych.

Bo czy np. chłopcy, którzy udzielali Ci rad na forum internetowym, z którego do nas przyszedłeś napisali Ci, że większość z nich nie ma żadnych realnych doświadczeń z kobietami, a jeśli już je ma to w zdecydowanej większości negatywne? Pewnie nie. A jest to cholernie istotne - co innego bowiem usłyszysz od osoby, która na kontaktach z kobietami wyłącznie się sparzyła (albo nie ma ich wcale) i tego nie przepracowała w żaden sposób, a co innego od osób, które mają te doświadczenia różne - i dobre i złe.

Ogólnie na forach (czy też ogólnie w internecie) każdy przekazuje prawdę o sobie, nie o Tobie. Jesteś anonimowy, każda Twoja wypowiedź będzie mieć luki, a ludzie (w tym ja) je zapełnią swoimi projekcjami, wyobrażeniami i przekonaniami utkanymi z ich lęków i obaw. Nie da się inaczej i ważne, żebyś o tym pamiętał.

Zadałeś pytanie czy można na Twoją żonę patrzeć jak na “podłego, bezczelnego, cynicznego pasożyta” - pewnie, że można. Pytanie jednak czy jest to perspektywa, która będzie Ci służyć - osobiście nie chciałbym być z podłym, cynicznym i bezczelnym pasożytem i gdybym tak postrzegał moją żonę to rozstałbym się z nią momentalnie. Podejrzewam, że widząc ją w ten sposób zrobiłbyś z czasem to samo - nie miałbyś ochoty niczego naprawiać czy ratować, z takimi osobami się po prostu tego nie da zrobić.

Opiszę Ci moje własne wrażenia, zaznaczając, że to jedynie moje wrażenia, nie prawda objawiona.

Widzę jakieś podobieństwo między Twoim związkiem a związkiem mojego sąsiada. Gość samodzielnie utrzymuje rodzinę (jego żona nie pracuje), a po pracy ogarnia dom, sprząta, gotuje, wynosi śmieci, odbiera dzieci z przedszkola i szkoły i się nimi zajmuje, odrabia z nimi lekcje. Nie ma w ogóle czasu dla siebie (w odróżnieniu od Ciebie). Jest potwornie przemęczony, chodzi po osiedlu jak jakaś łajza. Żona nie okazuje mu żadnej wdzięczności, przeciwnie - non stop go opierdala, nawet przy jego kolegach (byłem tego wielokrotnie świadkiem). Z mojej perspektywy (i nie tylko mojej) okazuje mu jawnie brak szacunku, pogardę. Zjebała go nawet za to, że poleciał na pogrzeb swojej matki. Mówiła mojej żonie, że wielokrotnie chciała się z nim rozwieść.

Gdy człowiek patrzy na to z boku to myśli sobie - “wywaliłbym takiego nieroba i pasożyta za drzwi” :smiley: No ale z drugiej strony i on mnie wkurza - bo przecież na to wszystko pozwala. Irytuje mnie jego bezradność, uległość i służalcza postawa wobec swojej żony, bardzo strachliwa. Boi się jej potwornie, a wydaje się, że nie powinien - bo to przecież on trzyma wszystkie karty w garści, po prostu nie widzi tego, co widzą ludzie stojący z boku całej sytuacji. A może raczej nie widział, bo coraz śmielej zaczyna narzekać na swoją sytuację - tak jak Ty.

Innymi słowy - zarówno ona, jak i on zbudowali sobie taki związek. Tu nic nie działo się bez jego przyzwolenia. Tak jak i w Twoim przypadku - jesteś współtwórcą tego układu.

Nie chcę Ci dawać rad - wolałbym zapytać jakie korzyści dawał Ci ten niewygodny w tej chwili dla Ciebie układ.

Chciałeś czuć się niezastąpiony, ważny, potrzebny, doceniony?

Miałem tak wiele lat temu w mojej pracy, w której tak naprawdę pierwszy raz w życiu poczułem, że ktoś mnie ceni. Brałem wszystko na siebie, odciążałem moich współpracowników z obowiązków, angażowałem się w każde zadanie, pracowałem po godzinach - chciałem bardzo się wykazać, zasłużyć na głaski, pochwały, mieć tytuł niezastąpionego, zajebistego pracownika. Bardzo nie chciałem, żeby ten tytuł został mi zabrany - żeby ktoś pomyślał sobie “e nie, jednak to zwykły przeciętniak” (zawsze czułem, że “zwykły” ja jest niewystarczający). W efekcie dopadło mnie wypalenie zawodowe, stres, potworne zmęczenie. Nie tędy była droga, żeby czuć się ze sobą dobrze.

Związki są trudne, skomplikowane, ale na pewno dużo łatwiej mają w nich osoby, które czują się dobrze z samymi sobą, asertywne i respektujące własne granice. Trudno o to, gdy jesteś w trybie “zasługiwania na miłość”.

Mówi się, że dobrym związku naczynia same się zmywają i coś w tym jest - myślę, że obecnie postawienie sprawy na zasadzie “nie podoba mi się podział naszych obowiązków, chcę, żebyś wzięła ich połowę na siebie” nie przyniesie skutku, a jeśli już to na chwilę. Żona ma do Ciebie jakiś żal, którego nie potrafi wyrazić w konstruktywny sposób - na moje oko irytuje ją to, że Ciebie w tym związku po prostu nie ma, Ciebie prawdziwego - a trudno jest być w bliskiej relacji z kimś, kto operuje wyłącznie na swoich schematach emocjonalnych (u Ciebie - bohater), nie pokazuje się takim jaki jest.

No ale to takie moje odczucia, sprawdź czy to z Tobą rezonuje.

Odnośnie zachowania córki podpisuję się pod tym, co napisała koleżanka @zodiac.

Moim zdaniem tak, @Ewa.Dubois stoi się po drugiej stronie barykady.

Mam wrażenie, że ma jakiś uraz, niechęć do mężczyzn, tendencję do doszukiwania się winy mężczyzny i do obrony “biednej kobiety”.

Oczywiście. Żona zachowuje się w toksyczny sposób - to jest jej zachowanie, płynące z jej osobowości, wystawiające jej określone świadectwo. Nie zachowywałaby się toksycznie gdyby nie była toksyczna.

BTW Podejrzewam, że nie jesteś idealny, że popełniłeś jakieś błędy, czasami mogłeś być dla niej niedobry - jasne. Tak samo jak tysiące, miliony innych nieidealnych mężów - których żony jednak nie weszły z tego powodu w tryb ciężkiej toksyczności.

Chodzi mi o to, żebyś nie dał sobie wmówić, że jakieś Twoje błędy, winy usprawiedliwiają zachowanie żony. Nie usprawiedliwiają - inni mężowie popełniają błędy, miewają różne winy, a ich żony i tak współuczestniczą w obowiązkach.

Niestety może być tak, że masz skłonności do wchodzenia w związki z toksycznymi kobietami. Tak często bywa, że kogoś pociągają kobiety o podobnym “profilu” lub że ktoś przyciąga określony typ kobiet.

Tylko co jeżeli ta perspektywa jest prawdziwa? W wielu przypadkach ludzie próbują się dogadać z toksycznymi osobami które nie chcą się dogadać - co kończy się kłotniami, męczącymi rozmowami, gaslightingiem, przerzucaniem winy, etc etc. Tak mijają męczące lata, a efekty bywają niezadowalające.

Jestem przekonany, że z żony Nicolasa da się coś wydusić - tylko pytanie jakie środki musiałbyby zostać użyte, na ile Nicolas byłby skłonny konsekwentnie tych środków używać, na ile to będzie dla niego emocjonalnie obciążające, na ile efekty będą zadowalające w stosunku do włożonego wysiłku, etc etc.

Moim zdaniem jego żona zalatuje narcyzmem typu “covert” i może być bardzo ciężko do niej dotrzeć.

Spójrz na to:

“Jeśli przedstawiałem mój punkt widzenia to dochodziło do realnej kłótni a w końcu stwierdzała – tak rozmawiać nie będziemy. Miałem natomiast wrażenie, że dobrze odbierane jest przez nią moje przyznawanie się do winy niemal w każdym aspekcie – takie auto-biczowanie. Nie odpowiadało mi to. Nie inicjowałem tych spotkań i pomysł został zarzucony. Na czym polega teraz ta blokada. Nie wolno mi się bronić, odpierać zarzutów. Nie wolno tłumaczyć moich motywów i sposobu myślenia. Próbowałem nawet odwoływać się do swoich odczuć np. czuję że jestem rugany za coś lub atakowany. Podobno z cudzych odczuć nie sposób negować - a jednak, odpowiedź jest, że źle czuję.”

Według mnie w tym wszystkim widać (ukrytą) narcystyczną “księżniczkę” która uważa się za fundamentalnie lepszą, a Nicolasa za fundamentalnie gorszego. “Tak rozmawiać nie będziemy” - bo jak śmie niewolnik krytykować królową i mieć względem niej jakies oczekiwania? I oczywiście, to ona w swoim królewskim autorytecie wyznacza jak Nicolasowi wolno z nią rozmawiać, a jak nie.

Moim zdaniem zajmowałeś się zbyt dużo “pop psychologią” i masz zbyt dużo wiary w to, że winny jest “schemat” który można zmienić - że wystarczy rozpoznać schemat, przepracować i będzie wszystko spoko. To co napisałeś brzmi tak jakby żona nie była zła i raniła Nicolasa bo on rzekomo nie jest prawdziwy emocjonalnie. Z tego by wynikało, że to jest zasadniczo jego wina i że wystarczy, że będzie prawdziwy emocjonalnie i nagle żona cudownie zmieni się na lepsze. To jest narracja jak z “pop psychologii” - gdzie bycie prawdziwym emocjonalnie, rozpoznawanie schematów ma praktycznie magiczną moc i rozwiązuje wszystkie problemy. Moim zdaniem to jest w istocie podejście quasi religijne - w którym psychologia, bycie emocjonalnie prawdziwym, rozpoznawanie i przepracowywanie schematów, etc pełni rolę czegoś w rodzaju “świętego sakramentu” i “drogi duchowej”, “uzdrawiającej duszę i życia człowieka”.

Co jeżeli ona jest covert narcyzem, a Nicolas jest i zawsze był prawdziwy emocjonalnie? Co jeżeli on jest pracowitym, prostolinijnym, uczciwym facetem - kimś nielubiącym intryg i przez to nierozumiejącym intryganctwa? Co jeżeli ona jest narcystyczną manipulantką, która traktuje jego prostolinijność, prawdziwość jako słabość, frajerstwo które należy wykorzystywać?

Przecież Nicolas napisał:

“Jeśli przedstawiałem mój punkt widzenia to dochodziło do realnej kłótni a w końcu stwierdzała – tak rozmawiać nie będziemy. Miałem natomiast wrażenie, że dobrze odbierane jest przez nią moje przyznawanie się do winy niemal w każdym aspekcie – takie auto-biczowanie. Nie odpowiadało mi to. Nie inicjowałem tych spotkań i pomysł został zarzucony. Na czym polega teraz ta blokada. Nie wolno mi się bronić, odpierać zarzutów. Nie wolno tłumaczyć moich motywów i sposobu myślenia. Próbowałem nawet odwoływać się do swoich odczuć np. czuję że jestem rugany za coś lub atakowany. Podobno z cudzych odczuć nie sposób negować - a jednak, odpowiedź jest, że źle czuję.

Z tego wynika, że Nicolas próbował komunikować żonie swoje emocje, ale ona to odrzuca, neguje jego odczucia i próbuje go nagiąć do swojej woli i potrzeb.

To nie brzmi jak chęć obcowania z prawdziwymi emocjami Nicolasa, tylko jak deptanie jego emocji w imię tresowania go na niewolnika.

Taka aktualizacja. Zaczyna się rozmowa. Gadka-szmatka, jakieś nawet żarty. Pytam zaczepnie jak tam jej w tej “gawrze”. Mówi, że bardzo dobrze. Pytam czy izolacja od stabilizacji mnie i dzieci wpływa na nią pozytywnie - mówi, że tak, jak najbardziej. Czasem słyszy jakieś konflikty ale nie wychodzi bo sami mamy sobie regulować. Pytam czy rozważa jakiś większy udział w wspólnym “bytowaniu” - nie, bo tak jest dobrze. (oddaję ogólny sens rozmowy a nie konkretne słowa).

A teraz odniesienie do “legendarnego” wychodnego (wyszło, że mam czas dla siebie). Syn jej mówi, że tata jest “lepszy” jak sobie jedzie na te swoje wypady. Ja mówię, że się cieszę mając taką możliwość nawet jeśli często jest tylko potencjalna. Ona, że też się wybierze na wyprawę.

A za chwilę łup obuchem. Bo ona sobie odpuściła widząc, że jestem ciągle nieszczęśliwy. Tylko żebym absolutnie nie zaprzeczał (!?). Uważa, że jestem nieszczęśliwy - w tym miejscu, z nią i z dziećmi. Uroczyście zaprzeczam! Jest wiele rzeczy, które mnie uszczęśliwiają. One są w większości trywialnie typowe jak na faceta. Rozszyfrowanie ich to nie teoria strun. Poza tym zna mnie chyba.

Ja pier(-niczę). Nie dyskutować, nie zaprzeczać i jeszcze ta interpretacja - wie lepiej co ja czuję. Brak mi sił żeby z tym walczyć.

To jest tak - przypomina mi się sytuacja sprzed 4 lat. Robiłem jej wymarzoną robotę - coś przy pomocy głównie łopaty i innych konkretnych narzędzi. Tak przez parę godzin. Upał, pot lał się wiadomo po czym. Przychodzi do mnie i mówi, że coś byśmy zjedli. No to rzucam, idę i okazuje się, że ten pokarm to trzeba dopiero zrobić! Szczęście rozpierało minie tak, że … trudno to wyrazić.

Nie ma co się wkur… Rozgladasz się po kuchni, żarcia brak, więc całujesz żonkę w nosek, mówisz że ślicznie wygląda i że z wielką radością zrobisz jej ten klomb/murek/podjazd czy co tam sobie wymarzyła, bo bardzo ją kochasz i chcesz żeby była szczęśliwa. A ponieważ roboty dużo, to zmykasz do pracy, wrócisz za 15 minut jak już będzie gotowe jedzenie. I wychodzisz. Z uśmiechem, bez dyskusji, obrażania się i morderczych min. (No chyba, że jednak przy pracy Ci żona pomagała, wtedy solidarnie możecie zrobić żarcie razem.)

Jeśli Twoim językiem miłości jest robienie różnych rzeczy dla bliskiej osoby, to jej mogą być słowa. Nie wiem czy tak jest, ale jest to możliwe. Dopiero jeśli każde z Was dostanie to co uważa za miłość, dopiero wtedy poczuje się naprawdę kochane.

I jeszcze takie ćwiczenie dla Ciebie - oddzielić fakty od interpretacji. Na przykład. Fakt jest taki, że żona siedzi zamknięta w pokoju. To jest fakt. Twoja interpretacja - ma mnie w d./ lekceważy mnie/ nie kocha/ jest leniwa, robi mi na złość .. itd. Może być co najmniej kilka, jak nie kilkanaście powodów zamknięcia w pokoju, jednym z nich jest na przykład depresja, poczucie beznadziei, “samotność we dwoje”, przekonanie, że wali się głową w ścianę, przewlekła choroba… itd. W życiu zawsze lepiej się sprawdza trzymanie faktów i darowanie sobie interpretacji. To trzeba poćwiczyć, żeby weszło w nawyk.

W rodzinie, gdy żyjemy razem wpływamy na siebie, to jasne, ale nie wolno zlewać granic. Zły humor męża /żony nie jest moim złym humorem. To jest kolejne ćwiczenie. Druga osoba ma prawo w jakiś określony sposób się zachowywać, ale to nie znaczy od razu że ma to ze mną związek. To jest typowa omnipotencja dziecka, dziecko zawsze myśli, że wszystko wydarza się przez niego i z jego powodu i w dodatku ma moc sprawczą, żeby na wszystko wpłynąć. Dorosły już tak nie myśli.

2 polubienia

Cześć @NicolasC, jakieś postępy w ustalaniu czego chcesz? Od tego będzie zależało co powinieneś zrobić. W sumie podejście w każdym wypadku powinno być takie samo. Odbudować siebie, żyć niezależnie od niej.

Wg mnie wychodzi kolejny raz zmęcznie materiału, a ona sprawdza jak zareagujesz kiedy się odcina i czy będziesz miał ból dupy o odłączenie emocjonalne.

Niech jedzie, wręcz ją zachęcaj. Imo kolejny test twojej reakcji.

To się nazywa projekcja. Projektuje na siebie co sama czuje w danej chwili. Nie bierz tego do siebie. Nie zaprzeczaj, nie kłóć się, nie przekonuj, nie tłumacz. Raczej potwierdź, uśmiechnij się, zastosuj hiperbole, odwróć się i odejdź pogwizdując albo nucąc sobie coś wesołego.

Nie walcz. Bądź jak gałąź wierzby co poddaje się wiatrowi. Niech podmuch minie.

Granice, granic, granice. Dałeś sobie wejść na głowę z jakiegoś powodu. Spokoju, albo żeby zasłużyć na uczucie i uwagę. Raczej ta sytuacja nie jest wesoła, skoro do tej pory to pamiętasz, również nie powiedziałeś jej, jak się poczułeś.

Nic dodać, nic ująć.

Jestem zdezorientowany. Są rozmowy ale z jej strony jest wywlekanie jakiś żali i sięganie dość daleko w przeszłość. Jest pomieszanie faktów i interpretacji jak pisze @Ewa.Dubois. Wyraża zmęczenie materiału na przestrzeni kilku lat. Choć w tym czasie bywały całkiem dobre okresy. Według niej zrujnowane jakimiś moimi działaniami lub zaniechaniami, którym nie należy zaprzeczać. Mnie one nie wydają się aż tak istotne. Słysząc ten miks wybiórczych faktów i interpretacji czuję wewnętrznie jakąś głęboką niesprawiedliwość, ewidentne pomijanie pozytywów (które były i są - nie zwariowałem). Widzę w tym jakieś celowe działanie abym nie poczuł się przypadkiem przez chwilę dobrze (nie mam wyboru - dobre samopoczucie może u mnie wynikać tylko z przyczyn wewnętrznych).

Jestem obecnie w defensywie - trochę z powodu gorszego samopoczucia, trochę z powodu zbliżających się świąt. Po takich rozmowach, gdzie wylewają się na mnie rożne żale, do których ciężko mi jest się odnieść, jest później trochę lepiej bo ona wyraża swoje emocje (negatywne) i jakoś się rozładowuje. Niestety te jej emocje (ich relacjonowane nie przeżywane) powodują u mnie blokadę - milczę (to jest jeden z zarzutów), czuję się niekomfortowo. Mobilizuję się, próbuję coś powiedzieć ale pole manewru jest jakby zamknięte - nie zaprzeczać, nie tłumaczyć się, nie obiecywać (wiem, już o tym pisałem). Nie przygnębia mnie to jakoś bardzo, wychodzę z tego dużo szybciej niż kiedyś. Ostatecznie te rozmowy kończą się deklaracjami z obu stron o wzajemnym wsparciu i przyjaźni ale nic ponadto. Żadnego dawania nadziei ani określania warunków na powrót do bliższych relacji nie ma.

Wyzwania są takie:

  1. Poradzić sobie ze sobą, bardziej zbudować siebie.
  2. Lepiej radzić sobie z dziećmi, bardziej zadbać o kontakty niż o rzeczy dosłownie materialne.
  3. Relacje z żoną. Trudno mi określić jakiś plan. Postęp w punktach 1 i 2 będzie tutaj pewnie pomocny.

Postanowiłem, że spróbuję terapii. Powiedziałem jej o tym wprost. Dla samego siebie (skoro na poprawę relacji mam nie liczyć) dla lepszego kontaktu z dziećmi. Wybór lokalnie jest niewielki. Liczę jednak na jakieś obiektywne rozpoznanie przede wszystkim moich problemów. Chyba bezpośrednia interakcja z terapeutą będzie bardziej efektywna - na to liczę. Chciałbym “poznać siebie” - jakoś odciąć się od opinii domowników, która w moim odczuciu nie jest obiektywna, a także pozbyć się zniekształconego obrazu samego siebie jeśli taki jest.

Może warto przejść do ofensywy?

Piszesz w taki sposób, że można odnieś wrażenie że jesteś strasznie bierny. Ograniczasz sie do słuchania w negatywnym kontekście- pozwalasz być traktowany negatywnie, przytłaczasz się tym, zaś swoje emocje i punkt widzenia blokujesz.

W tego typu rozmowach, jeśli mają być dojrzałe, nie powinny padać oskarżenia. Powinno się mówić za siebie- w 1 osobie.

Opisywać swoje emocje, odczucia i pragnienia a konkretne sytuacje opisywać jako ich tło. Powinno to wyglądać tak, że robicie to oboje. Oboje macie przestrzeń by się wyrazić i oboje wyciągacie wnioski, zmieniacie zachowanie w sposób mający poprawić stan relacji. Nie możesz tam robić za chłopca do bicia. Gdzie Twoja sprawczość, siła?

Przez ofensywę rozumiem dorowadzenie do sytuacji, gdy KAŻDE z Was ma prawo się wypowiedzieć i zostać wysłuchane. Wypowiedzieć bez oskarżania drugiej strony, bo to żadne wsparcie ani przyjaźń. Te słowa w tej chwili robią za kwiatek do kożucha.

2 polubienia

Podpisuję się pod wszystkim co napisałeś.

Niestety wszyscy wiemy, że opis ten dotyczy sytuacji idealnej. Może zaistnieć wyłącznie w relacji, w której obie strony uleczyły już swoje rany pierwotne. Jeśli rany są nieuleczone, to wszelkie reakcje są bardzo emocjonalne. W poczuciu ogromnej krzywdy i zranienia ludzie dosłownie głuchną na argumenty drugiej strony.

(Żeby nie było - też tam kiedyś byłam ).

Oczywiście, jeżeli słyszymy pod naszym adresem obelgi, poniżające, umniejszające wyzwiska, to nie ma sensu podejmować żadnego dialogu. Szacunek obustronny to warunek sine qua non bliskiej relacji. Jeśli jednak druga strona ma jakieś krytyczne uwagi wobec nas, “czepia się” jakiejś konkretnej rzeczy, to najlepiej od razu przejść w tryb negocjacji. Stwierdzenia, które możemy usłyszeć np. " nie można na ciebie liczyć", " źle się z tobą czuję", "nie dotrzymujesz słowa ", “nie dbasz o naszą relację” niewiele znaczą, dopóki nie ma konkretów. I o te konkrety warto się upomnieć. Wtedy można negocjować. Ile razy, w jakim zakresie, na jak długo, w jakie dni.

Ważne jest żeby spotkać się gdzieś po środku.

Jeśli są w nas te nieuzdrowione rany, to zawsze zatrzymamy się w momencie kiedy w naszym przekonaniu zostaliśmy niesprawiedliwie potraktowani, cierpimy, jesteśmy rozczarowani, skrzywdzeni. Negocjacje wtedy są niemożliwe, bo emocje biorą górę, robi się drama. Problem dalej pozostaje nierozwiązany.

Najważniejsza jest praca nad sobą. Cbdu :wink:

Super decyzja. Terapię z powodzeniem można zrobić online. To i tak jest głównie Twoja własna praca, a terapeuta tylko czuwa nad całym procesem. Fajnie by było gdybyś uwierzył w swoją moc i sprawczość :slightly_smiling_face:

PS Dla mnie osobiście ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem były także spotkania w grupie (też online). Energia grupy daje ogromną siłę i wsparcie. To niesamowite jak wiele sytuacji, o których tam usłyszałam, od różnych osób płci obojga, rezonowało z moimi osobistymi przeżyciami. W takich momentach, gdy ktoś zbiera się na odwagę i opowiada o sobie, gdy słyszysz łamiący się głos, niemal całym ciałem czujesz czyjś ból, rozczarowanie czy smutek. I również to współodczuwanie jest takie bardzo siostrzano-bratersko pokrzepiające.

Ale przecież to prawda co mówi żona :slightly_smiling_face: Nicolas nie jest szczęśliwy w obecnej sytuacji ze swoją żoną, o czym wyraźnie pisze na męskim forum.

Żona też nie jest szczęśliwa. Przypominam, że wycofała wszystkie trzy filary ich relacji : namiętność - intymność - zaangażowanie. Bez tych trzech rzeczy związek praktycznie nie istnieje. Najprawdopodobniej jej chodzi o to, żeby on poczuł się szczęśliwy mimo wszystko. Bez niej i bez relacji z nią. To oczywiście są tylko moje przypuszczenia.

1 polubienie

Rozróżnić trzeba poczucie wewnętrznego spokoju, a zewnętrznego zadowolenia. W jego sytuacji on musi poszukać tego pierwszego. Na początku “fake it till you make it” to jeden że sposobów. Tyle że on musi zrozumieć czego chce.

Brawo dla @NicolasC, że decyduje się na terapie. Pomoże mu znaleźć skąd się to bierze. Kiedyś sam bylem emocjonalnym analfabetą i dopiero kryzys pozwolił mi zrozumieć gdzie mam braki i gdzie sobie robię kuku.

@NicolasC zacznij pisać dziennik i to wszystko co czujesz i jak przetwarzasz. Nawet jak ci się po czasie przypomni. Pisz wszystko. Pisz, pisz i pisz. Wtedy zobaczysz wszystko w innym świetle. Może to pomoże ci odkryć inne rzeczy. Np swoje granice i to co wypierasz.

Obydwoje z żoną macie problemy komunikacyjne. Przynajmniej z tego co piszesz. Do tego jednak musisz stać się szczery sam ze sobą.

1 polubienie