Poniższy post w znaczącej przewadze napisałam już dwa dni temu, ale jak to ja, musiałam się przespać. Dodam aktualizację i ponumeruję sobie.
- Tylko jako disclaimer - gdyby co, nie trzymam strony Twojej żony, nie czuję / nie obieram wspólnego z nią frontu, nie dotyka mnie solidarność jajników, czuję neutralność emocjonalną, prawdopodobnie nie jesteśmy nawet podobne. Żeby była jasność - Twoja żona wykonuje wiele gestów [opierając się na Twojej relacji], które dla mnie są obce i marszczą mi brew, ale skupiam się ta Tobie, bo tylko za swoją porcję reakcji jesteś odpowiedzialny. Uznaję istnienie Twoich niezaspokojonych potrzeb. Bardzo podoba mi się ostatnia wiadomość Marcina.
2. Poszerzając zakres materiału na studiach, trochę posiedziałam w bibliotekach akademickich, sporo ze mnie wywietrzało, ale pamiętam nadal, jak ciekawiła mnie mechanika systemów rodzinnych, z których najwięcej badań chyba pochodzi z analiz obserwacyjnych dynamiki alkoholowych systemów rodzinnych. Ani diada małżeńska, ani rodzina nie są prostą sumą jej członków - stanowią syntezę wszelkich, wkalkulowanych i niewkalkulowanych, oddziaływań i wewnętrznych sił systemowych, wpływają na nie określone prawa, między innymi zasada homeostazy. To, co włożysz do systemu - nie znika stamtąd, energia krąży w przyrodzie, zmieniając jedynie charakter / formę. Dlatego zgadzam się ze świetną konkluzją Marcina, że zachowanie Waszej córki może być notabene symptomem - dzieci skazane są przepalać energię rodziców, którą Ci ostatni generują, a następnie wytłumiają:
Z tego, co zrozumiałam, kiedy się wkurzasz, stajesz się bierno-agresywny, ciskasz sarkastyczne uwagi i pieklisz się, że nikt nie odbiera ciosów zgodnie z Twoją intencją [wyobrażam sobie Ciebie jako totalnie spiętą osobę], Twoja żona ordynuje sobie czas ucieczkowy, a córka jest jedyną osobą, bardziej otwarcie wyrażającą złość, gniew, agresję i jawnie dążącą do konfliktu, po której następują pyskówki.
Wiesz, obserwowano rodziny alkoholowe i spostrzeżono, że u wielu z nich na co dzień dominowała funkcyjna, techniczna komunikacja [“odebrałam dzieci, trzeba zapłacić za gaz”], stosowano zwroty instrumentalne, informatywne, sterylne. Nie przeżywano bliskości, nie było dozwolenia na otwarte wyrażanie emocji. Sfera przeżywania była zaniedbana, zamrożona. I okazało się, że cała bliskość, cała emocjonalność, doinwestowanie energii, tożsamość rodziny, przejawiana i przeżywana była TYLKO wokół tematu alkoholu - gdy alkoholik ponownie niefortunnie zapił - wracały żywiołowe rozmowy, eksplozje tajonych emocji, wytrącała się jakaś dziwna forma bliskości - na moment poddawało się przecież ekspresji to, co niewyrażone. Rozładowywało się nieznośne napięcie, które okalało uczestników życia domowego, jak mgła. I ten schemat jest dość zrozumiały - trudno, by było inaczej, alkohol dewastuje wiele rodzin. Niemniej badacze wysunęli wniosek z perspektywy systemowej występując, że jeżeli wybuchy pełnią wbrew pozorom funkcję stabilizującą dla systemu, to cykliczność równie dobrze może być używana jako nieświadome narzędzie i prowokowana. System w końcu trwa, nie rozpada się. Piszę o tym jedynie w ramach ciekawostki i aluzji, być może będzie to dla Ciebie obrazowa ilustracja-analogia do czegoś - pamiętam przecież, że Wasza nastolatka była bardziej wymagająca od małości. Nie odrzucałabym jednak kategorycznie nawiązania.
3. Odpowiedzialność. To, co zrobi inna osoba jest jej odpowiedzialnością; za to, jak się zachowasz w reakcji / odwecie i dlaczego, jesteś w głównej mierze odpowiedzialny sam i Twoje uwarunkowania. Narysowałam pomocniczy schemat w paint-cie, ilustrujący zakresy odpowiedzialności, ale głupio mi go tu wstawić.
4. Ktoś zwraca uwagę na formalne komponenty układu pomiędzy Wami. Marcin skonkludował wyżej, że Twoja żona Cię gaslightuje. Pytanie, które nie padło, to - czy nie robicie tego sobie oboje? I przypadkiem od jak dawna? Zaraz to wyjaśnię. Ludzie rejestrują, jak się przy Tobie czują, przesłaniowa treściowość jest jedynie jednym z czynników, jesteśmy uzwojeni, by sczytywać emocjonalny przekaz, aktywnie i na bieżąco oceniać nasze miejsce w relacji, szacować szanse na odrzucenie, które jest głęboko biologicznym stresorem - obawiam się, że u kobiet ewolucyjnie ten instynkt i zmysł może być jeszcze intensywniej uwrażliwiony. Czy bardzo się pomylę, jeśli napiszę, że jesteś osobą, która wie, dokładnie, jakie procedury postępowania są na ogół dobre i słuszne, wiesz doskonale, jak coś powinno zostać zrobione przez innych, no przecież to oczywiste - rzeczy mają po prostu działać. Optymalnie. Jeśli coś nie idzie po myśli i na przewidywalnych warunkach z czyjeś odpowiedzialności, przychodzą Ci do głowy myśli, czy na pewno coś styka w układzie neuronalnym drugiej strony? Nie lubisz głupoty i głupich ludzi, i na usta cisną Ci się zjadliwe uwagi. Burkniesz pod nosem, trzaśniesz drzwiami. Jesteś spięty, jak baranie jaja, Twoje mięśnie twarzy nie są od tego wolne. Wkurwia Cię, że nikt nie reaguje na Twoje bezspornie czytelne komunikaty - czego trzeba więcej? Wszystko się wykrzacza i nikt Cię w tym domu nie docenia!
?
Martwi mnie to:
Wtf. A to nie jest tak, że złośliwość boli bez bycia fanem poradników?
Wy się oboje gaslightujecie.
Widzisz, miałam przyjaciółkę, intelektualistkę, totalnie pochowaną w swoich emocjach. Śmiała się, co robi ze swoimi uczuciami [wypiera]. Na początku było super, z czasem jednak zauważyłam, że jest małą terrorystką. Gdy cokolwiek jej się nie podobało, natychmiast uderzała w sarkazm. Nie mówiła - co czuje, co jej nie odpowiada, jakie ma obawy, o co się troska w naszej relacji - po prostu robiła się spięta, pogardliwa, niezadowolona i sarkastyczna. Nie było to znowu takie częste, ale cokolwiek włożysz do systemu, w systemie zostaje. Kiedyś, gdy byłam w ciężkim stanie emocjonalnym, ale odważnie stawiałam temu czoło i zadałam jej pytanie, czy mogłaby mi pomóc, zareagowała w bardzo wyższościowy sposób. Pamiętam, jak się skuliłam w sobie. Dwa lata później, gdy ona przeżywała kryzys, nasza relacja miała już wiele obić i drobnych rys. Powiedziała coś do mnie uptalkiem, jak ja wtedy do niej - bez tchu odparłam jej d o k ł a d n i e tymi samymi słowami, co ona mi przed dwoma laty, mimo, że kompletnie tego nie chciałam. Ciało pamięta, jestem tego pewna. Przykrości w relacji muszą być uzdrowione, żeby unieruchomiona energia przetransformowała się w coś lepszego. Tu nie było na to miejsca. Gdy wylizałam się z ran i stanęłam na nogach, przestałam się chować po kątach z moimi uczuciami, coraz częściej słyszała głośne “Nie”, wystąpiłam z tej relacji. Podeptała moje uczucia tymi sarkazmami. Nie miałam ochoty się do niej ‘tulić’, była dla mnie kłującym jeżem. ..A przecież obok przykrych chwil, były też te budujące, wznoszące…
I teraz tak sobie myślę o Twoim sposobie komunikacji, o wypraktykowanej złośliwości - mam takie poczucie, że gdybym nie mogła wykroczyć łatwo z układu [dzieci], to zaczęłabym albo nadskakiwać, by złagodzić Twój gniew i pogardliwość, albo się separować [zastrzegam - jedynie w sytuacji, gdybym nie miała pomysłu na zmianę, albo sarkazm i złośliwość byłyby dominującym sposobem komunikowania własnym potrzeb i uczuć partnera]. Dla mnie naprawdę sarkazm to droga, by wypiętralać. Nie warto.
I na koniec: absolutnie zgadzam się z @Ewa.Dubois :