Problemy w rodzinie

Tak jak wspominałem w Otwieraczu opiszę trochę moje problemy. Opis jest odrobinę chaotyczny ale potrzeba, żeby przełamać paraliż analityczny wzięła górę.

“A Good Plan, Violently Executed Now, Is Better Than a Perfect Plan Next Week.”

Stan obecny.

Jestem w „odstawce”. Żona śpi w swoim pokoju, ja w swoim. Jeszcze kilka miesięcy temu „kontaktowaliśmy się” czasem, ale teraz już nic. Twierdzi, że jestem złośliwy, sarkastyczny, mam niezadowoloną minę, nie potrafię i nie chcę się dogadać z dziećmi. Twierdzi, że męczą ją nasze, czyli moje z dziećmi awantury, że konflikty nie mają wstępu do jej pokoju, że nie musimy sobie ciągle siedzieć na głowie, że dzieci nie są małe a ona potrzebuje swobody. Siedzi tam, czyta książki, rozmawia z koleżanką, z którą odnowiła kontakty po kilku latach. Między nami nie ma bliskości, trudno się rozmawia. Ma pretensje, że przez wiele lat sprawowała opiekę emocjonalną nad całą rodziną (w tym nade mną) a teraz ma dosyć.

Na co dzień jest pokojowo. Spotykamy się na śniadaniu, czasem jest przytulas, jest przyjacielska atmosfera, pijemy kawę. A potem każdy idzie do swoich obowiązków. Czyli ona do swojego pokoju. A ja do… roboty.

Obowiązki. To ja mam ich ogrom (żeby nie używać dosadnego stwierdzenia): ogarniam zakupy, posiłki, drobne i grubsze prace wokół domu, psy, koty, sprzątanie, pracę zawodową.

Mieszkamy na wsi, na głębokiej prowincji, gdzie przenieśliśmy się z dużego miasta. Wybudowaliśmy dom, mamy dużo przestrzeni. Pracujemy oboje w jednej firmie, w domu, całkowicie zdalnie, zadaniowo, twórczo, dużo swobody. Tyle, że pracę zawodową ja ogarniam za nas dwoje – taki układ.

Dójka dzieci w wieku nastoletnim.

Zainwestowaliśmy w ich rozwój, edukację i kapitał kulturowy mnóstwo wysiłku. Nie chodzą do szkoły, są w edukacji domowej. Początkowo podział był taki: ja pracuję zawodowo za nią i za siebie a ona pilnuje edukacji dzieci. To polega na tym, że uczą się same, rodzice nie są nauczycielami, ale pilnować wiadomo trzeba. Też się w to włączałem. Tyle, że teraz wymagają znacznie mniej uwagi jeśli chodzi o szkołę.

W ten sposób metodą gotowania żaby coraz więcej rzeczy spadło na mnie. Nie nadążam. Rano budzę się, układam sobie plan a potem udaje się zrealizować tylko 1/3. To powoduje moje zdenerwowanie. Dodatkowo to, że nikt zdaje się nie dostrzegać moich starań powoduje ogromną frustrację.

Syn jest młodszy, córka starsza i to ona jest źródłem problemów. O początku (od buntu 2-latka) była dzieckiem „drącym się”. Teraz ma wybuchy niekontrolowanej agresji. Wyzwiska i agresję wywołuje już zwykłe zwrócenie uwagi: że wyłącza się światło wychodząc z pokoju, że zamyka się drzwi, że wyciera się po sobie, gdy się coś rozlało itp. Nie do końca wiadomo czy to zwykłe chuligaństwo czy też jakieś poważne zaburzenie. Czytaliśmy sporo książek i poradników na ten temat – nic nie działa. Chodziła do psychologa przez pół roku. Nic to nie dało. Omotała panią psycholog chwytliwymi historyjkami „z życia nastolatka” spychając problem swojego zachowania na plan dalszy. Ponieważ żona od jakiegoś czasu dystansuje się od tego tematu, spada to na mnie. Ja jestem na pierwszej linii frontu. Jest normalnym, że stawiam wymagania córce, oceniam jej zachowanie, ostrzegam a potem wyciągam konsekwencje. Tutaj często dochodzi do eskalacji. Za eskalację w oczach żony odpowiedzialność ponoszę ja. Tutaj fakt, czasem nie udaje mi się sprostać wyzwaniu sytuacji, zapanować na emocjami córki, wyciszyć wybuch. Za to obrywam ale ocena jest ogromnie niesprawiedliwa, nie uwzględnia kontekstu, przyczyn wybuchu i okoliczności. Piszę o tym bo jest to istotny składnik naszych problemów. Niezależnie wobec kogo następują te wybuchy córki (czasem jestem to ja, czasem żona lub oboje) to wyczerpuje nas to fizycznie i emocjonalnie na cały dzień.

Komunikacja z żoną. Tu jest u mnie poważna blokada. Kiedyś mieliśmy takie spotkania nazywane „kłótniami małżeńskimi”. Niestety nie lubiłem tych rozmów. Jeśli przedstawiałem mój punkt widzenia to dochodziło do realnej kłótni a w końcu stwierdzała – tak rozmawiać nie będziemy. Miałem natomiast wrażenie, że dobrze odbierane jest przez nią moje przyznawanie się do winy niemal w każdym aspekcie – takie auto-biczowanie. Nie odpowiadało mi to. Nie inicjowałem tych spotkań i pomysł został zarzucony. Na czym polega teraz ta blokada. Nie wolno mi się bronić, odpierać zarzutów. Nie wolno tłumaczyć moich motywów i sposobu myślenia. Próbowałem nawet odwoływać się do swoich odczuć np. czuję że jestem rugany za coś lub atakowany. Podobno z cudzych odczuć nie sposób negować - a jednak, odpowiedź jest, że źle czuję. W takiej sytuacji nie ma pola do dyskusji.

Moja żona jest osobą bardzo inteligentną, ma dużą wiedzę z zakresu psychologii i inteligencji emocjonalnej. Jeśli tylko ma taką wolę to potrafi wykorzystać tę wiedzę w stosunku do dzieci, rodziny lub do osób obcych. W stosunku natomiast do mnie, to mam wrażenie, że ta wiedza służy głównie do krytyki mnie a na pewno nie ma na celu wsparcia.

2 polubienia

Jeśli dodać do tego pracę zawodową za swoją żonę, zastanawiam się na czym polegają jej obowiązki.

Jedno słowo się nasuwa po przeczytaniu- odpuść.

Odpuść sobie pracę za innych, obowiązki domowe za innych czy parcie na to, by dzieci zachowywały się dokładnie tak jak Ty chcesz.

Co się dzieje w Twojej głowie, gdy wyobrażasz sobie taki scenariusz? Wystarczy usiąść z żoną, wypisać na kartkach swoje obowiązki, a potem je redefiniować.

Jeśli chcesz się wypalić, jesteś na najlepszej drodze. To już się odbija na Twoim zachowaniu, jeśli wierzyć żonie.

Odpuść, poszukaj luzu i hobby. Nie musi być wszystko na Twojej głowie, świat sie nie zawali jesli puscisz kontrolę, matko polko w męskiej wersji;)

Hej!

A, szczerze, jesteś? Bywasz?

Zastanowiła mnie ta część: czy tkwi w tym zarzucie ‘ziarno’ prawdy i nawiązanie do faktycznej dynamiki zdarzeń i wymian pomiędzy Wami / w układzie rodzinnym - czy żona ma zasadny żal lub jej wspomnienia są zakotwiczone w jakimś ‘czarniejszym’ epizodzie w Twoim funkcjonowaniu - typu: stabilizowała Cię emocjonalnie przez pewien czas, opiekowała się podupadłym stanem zdrowotnym, holowała Cię z jakiegoś poważnego / chronicznego problemu?

Zazwyczaj, gdy w trybie chronicznym naginamy własne granice, świadczymy poświęcenie w relacjach, wyłączywszy własne niezrealizowane potrzeby [na ten przykład - odpoczynku] - umysły ich pozostałych uczestników podlegają mechanizmom “habituacji” do status quo - początkowe “Dziękuję, jesteś wielki, byłam dziś taka zmęczona/-y” zamienia się w głuchą ciszę, wysiłek brany jest for granted. Taki układ nie transformuje się od prób kontrolowania partnera [czym jest tłumaczenie, proszenie, nagabywanie, apelowanie do uczuć i rozsądku, prezentowanie zaburzonego dobrostanu własnego, wnioskowanie o odrobinę litości] - to zwyczajnie na ogół nie działa, stawia Cię również na pozycji niepanującej nad własnym położeniem, emanuje zależnością [‘tylko kiedy Ty się zmienisz, moja dramatyczna sytuacja ulegnie poprawie!’]. Raczej - podkreślam, wydaje mi się - włożenie patyczka w szprychy maszyny, którą oliwiłeś zapamiętale od nieokreślonego czasu - czyli postawienie granic i konsekwencja, zadbanie o siebie, może wysłać czytelny i, przede wszystkim, liczący się sygnał, że mechanizmy podlegają modyfikacji. Uprzedzam jednak, że zostanie to odebrane jako kradzież należnej własności z właściwymi jej reakcjami.

Piszę to wszystko, będąc świadomą wielu niewiadomych w Waszym kontakcie - nie mam pojęcia na przykład, jak wyglądają wasze utarczki, czy padają przykre, poniżające i jakie słowa w ogóle, do jakich ‘zagrywek’ jesteście zdolni wobec siebie, jak przedstawiają się proporcje szacunku - r e a l n i e, czy wystąpiły w historii Waszej relacji jakieś poważne zranienia, et cetera.

Jeszcze szczypta pytań:

Jak wygląda życie społeczne Waszej córki przy homeschoolingu?

Czy byłeś w stanie zdetektować jakieś własne trudności, które wyłoniły się już w poprzednim Twoim małżeństwie? Powtarzalne wzorce, coś zagadkowo / załamująco schematycznego?

Cześć Nicolas. Najlepiej nie kładź się spać :wink: Ja tak zrobiłam, pracowałam na nocną zmianę, ciężko, fizycznie, żeby zarobić potrzebną kasę i żeby w dzień wiecej zrobić w domu i na budowie. Rozumiesz jakie to idiotyczne? Bywały takie momenty, że nie wiedziałam czy jeszcze śpię, czy już jestem na jawie, dręczyły mnie też koszmary czy odbiorę na czas dzieci z przedszkola. W takiej sytuacji, to trzeba się mocno puknąć w łeb na otrzeźwienie, nie tylko żeby się obudzić, ale aby powstrzymać swoją galopującą głupotę :slightly_smiling_face:

Czy jesteś absolutnie pewien, że żona wymaga od Ciebie tych wszystkich rzeczy? To jest punkt wyjścia, od tego zacznij, bo może się okazać, że sam sobie ochoczo nawrzucałeś tych kamieni do plecaka. I na logikę - jeśli żona jest niezadowolona, to z pewnością przestrzeliłeś z dawaniem, możesz więc odpuścić, bo i tak jej nie zadowolisz. Na bank to ona chce od Ciebie czegoś innego.

Skoro historia podobna, to zaryzykuję twierdzenie, że chcesz zasłużyć na miłość. Chcesz być doceniony, zauważony. A im więcej się starasz, tym mniej dostajesz z powrotem.

Przypomnij sobie przed którym rodzicem w dzieciństwie “pajacowałeś” w podobny sposób. I czy czasem nie podnoszono Ci poprzeczki, do której nigdy nie mogłeś doskoczyć, albo byłeś zbywany gdy miałeś jakieś potrzeby, żebyś tylko nie przeszkadzał, bo rodzice byli zajęci pracą, chorobą, uzależnieniem, piciem, czy jeszcze czymś innym. Taka sytuacja wykształca przekonanie, że nieważne jest co czujesz, ważne żeby inni nie mieli z Tobą kłopotu.

2 polubienia

Cześć.

Dzięki za podzielenie. Nie ty pierwszy nie ty ostatni masz problemy w domu. Ważne aby się z tym szczerze skonfrontować.

W twoim opisie czuć kogos, kto od dawna niesie ciężar większy niż jakikolwiek pojedynczy mężczyzna jest w stanie udźwignąć bez pęknięcia. Czuć zmęczenie zaciśnięte w klatce, coś między rezygnacją a próbą zachowania sterowności, gdy w środku zaczyna brakować paliwa. I jest jeszcze to poczucie bycia niewidzianym, które potrafi bardziej wyczerpać niż jakakolwiek praca fizyczna.

Mocno wybrzmiewa mi historia z komunikacją. Słychać tam coś, co niestety wielu mężczyzn zna bardzo dobrze. Gdy mówisz o sobie, to robi się awantura. Gdy mówisz to, co ona chce usłyszeć, to jest “spokojnie”, ale wtedy zdradzasz siebie. Wchodzisz w rolę chłopca przepraszającego za swój własny oddech, żeby tylko w domu nie wybuchło. Na dłuższą metę to prowadzi do zaniku głosu, a potem do zaniku poczucia siebie. Na pierwszy plan mi się też wysuwają problemy z ustalaniem granic. To buduje frustrację. I to ona może się wylewać na inne aspekty w rodzinie.

Co do relacji z córką. To może ona ma ADHD? Badaliście to? Mój starszy robi podobnie i po diagnozie jego, poddałem się sam diagnozie i mi wyszło to samo. Poza tym mamy podobne charaktery i tutaj mamy najwięcej bitew, szczególnie jeżeli chodzi o korzystanie z Internetu.

W obydwu przypadkach powinieneś odpuścić. Odpuścić cześć roboty w domu. Jak nie zostanie zrobione, to nie zostanie zrobione. Odpuścić spalanie się na zachowanie córki. Odpuścić zabieganie o miłość. Zastanów się czy Ty nie chcesz zasłużyć na uczucie, robiąc to wszystko. Trochę jak tańczącą małpka. To jest też klasyczne zachowanie “miłego faceta”. Po angielsku “pick me dance”. Skoncentruj się na sobie. Zacznij pracować nad ciałem. Zastosuj się do filozofii Henrego Rollinsa. Siłownia, nawet jak musiałbyś samochodem godzinę jechać.

Kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla siebie? Nie dajesz siebie innym w 100% czasem? Wtedy nie masz miejsca dla siebie, a nie czujesz że otrzymujesz od innych wystarczająco. Co ci kiedyś sprawiało przyjemność i już tego nie robisz, i z jakich powodów przestałeś?

Nie obawiasz się czasem stawiać tych granic, bo boisz się że będziesz musiał je egzekwować? Granice odnośnie tego co akceptujesz u żony.

Jak bardzo ona jest podobna do twojej matki? Czy to o jej miłość też musiałeś zasłużyć? Czy to była jakaś inna relacja w dzieciństwie czy wczesnej młodości? Wchodzimy w związki z naszymi nierozwiązanymi sprawami.

Zastanawia mnie jak u was wynika dynamika stylow przywiązania. Czy jak klasyczny NG masz lękowy lub lękowo-unikajacy, a żona unikajacy. Czy też nie zaczęło się to sypać po krótkim czasie od narodzenia dziecka? Jak bardzo emocjonalnie jesteś nadal związany z żoną? Kiedy kobieta musi zarządzać emocjami partnera, to jest bardzo duże obciążenie. Nie dość, że musi siebie regulować, to jeszcze drugą osobę. Jakbyś się poczuł, gdyby ci powiedziała, że juto o odchodzi? Jakie są twoje największe lęki z tym związane? Co najbardziej boisz się usłyszeć od niej, gdy próbujesz rozmawiać?

Wzorzec małżeński przypomina taniec między lękowym stylem, a unikowym. Jedna osoba niesie tonę odpowiedzialności i próbuje utrzymać system w ryzach, druga wycofuje się, bo emocjonalne przeciążenie dawno przekroczyło próg odporności. W takiej konfiguracji obie strony cierpią, tylko w zupełnie inny sposób. Obraz żony, która odchodzi do własnego pokoju wygląda jak typowa reakcja unikowa. Jej system nerwowy najpierw latami podtrzymywał emocjonalną strukturę rodziny, a potem musiał się wycofać, bo inaczej rozpadłby się całkiem. Osoba o takiej strategii nie komunikuje własnego zmęczenia, tylko przesuwa granicę coraz dalej do środka, aż zostaje samotna wyspa.

Jeszcze jedno lub dwa. To, co twoja żona robi to się nazywa gaslighting. Jedna z podstawowych metod kontrolowania emocjonalnego u osób unikających. Udaje jej się, bo nie masz granic. Twoje wybuchy to z kolei podświadomość ci mówi, że się nie zgadza. Twoja córka z kolei działa jak żywy sejsmograf emocji całej rodziny. Nastolatki często wyrażają to, czego dorośli nie wypowiadają. Jej agresja jest czymś więcej niż złym zachowaniem. To niesie symbolikę pęknięcia w rodzinnej strukturze. Nie jest winą jednego rodzica. Jest objawem systemowym.

Zakładam, że twoje życie towarzyskie się po przeprowadzce na prowincje bardzo skurczyło. W sumie nie napisałeś nic o przyjaciołach i znajomych.

Kilka pytań.

I - najważniejsze, czego oczekujesz? Opisałeś, gdzie jesteś, ale gdzie chciałbyś być? Czego chcesz?

II - Co najbardziej cię boli w tej sytuacji? Czy jest w tobie tęsknota za żoną, czy bardziej za spokojem? Co jest dla ciebie najtrudniejsze emocjonalnie w relacji z żoną w tym momencie?

III - Gdzie w ciele czujesz to wszystko najbardziej, gdy o tym piszesz?

IV - Jak reagujesz wewnętrznie, kiedy córka wybucha? Co w twojej sytuacji chcesz zmienić najbardziej, gdybyś mógł dotknąć jednego elementu i go oddalić w konkretnej chwili?

Uff.

PS. Wcześniej pisałeś, że czytałeś NMMNG Glovera, zrobiłeś zadania z tej książki? Myślałeś o terapii dla siebie, żeby dojść do źródła co w Tobie siedzi, bo siedzi sporo. Zaczęcie terapii w tym wieku to nie powód do wstydu.

PS2. Pamiętaj nie jesteś sam. Nie jesteś pierwszy nie jesteś też ostatni. Będzie dobrze, dasz sobie radę.

3 polubienia

Super, cieszę się. Dobrze jest odpowiedzieć na konkretne pytania.

Złośliwy, sarkastyczny.

Tak, zdarza mi się. Reaguję tak, gdy coś wydaje mi się oczywistą oczywistością. Chodzi o jakieś złe zachowanie szczególnie dzieci. Chodzi o sytuacje, które się powtarzają. Mam taką wadę, to jest rodzaj automatyzmu. Chcę winowajcą trochę wstrząsnąć i padają takie sarkastyczne komentarze. Kwestia odczuwalnej skali. W moim odczuciu łagodne. A żona po lekturze różnych poradników jest na to wyczulona.

Tak, mogę mogę mieć tutaj “trochę za uszami”. Miałem taki nawyk, że w chwilach trudnych, wyrażałem złość na sytuację. Było to dla niej sporym obciążeniem, bo brała to jakoś do siebie a ja odreagowywałem. Od jakiegoś czasu tego nie robię.

Mieliśmy jak to w życiu trochę trudności. Dwie trudne ciąże. Wiadomo ja nie byłem w ciąży ale, gdy kobieta ma w tym stanie problemy zdrowotne to mąż musi sprawować opiekę. Tu myślę, że się wykazałem.

W drugą stronę, to miałem później ponad 2 letnią batalię o alimenty z byłą żoną. To była ciężka walka na wyniszczenie (długa historia) i tu otrzymałem duże wsparcie.

Był skok na gorącą wodę - budowa, przeprowadzka na prowincję, duże wątpliwości co do źródła utrzymania się, trochę stresu. Daliśmy radę.

Sami wychowujemy dzieci. Nie mogliśmy liczyć na babcie, rodzinę. To było bardzo ciężkie dla nas a dla żony szczególnie. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że spadłem daleko na dalszy plan. Nie mogłem się z tym pogodzić. Szukałem wsparcia u dawnej znajomej. Nie był to żaden romans, żadnych podtekstów tylko rozmowy co zrobić żeby było lepiej. Myślałem, że kobieta podpowie. Podobno kto szuka wsparcia w trudnej sytuacji nie popełnia zdrady. Zostało to jednak potraktowane jako zdrada emocjonalna gdy się wydało. Było nie nieciekawie. To był spory wstrząs. Trochę wtedy do żony dotarło, że nie można mnie tak pomijać. Było godzenie się i ożywienie naszych relacji. Niestety na krótko, uraza pozostała na dłużej.

Tak właśnie jest. To się tak bardzo utrwaliło, że nie widzę szansy na dostrzeżenie tego przez żonę z własnej inicjatywy. A na jej własną refleksje do tej pory liczyłem. Stawianie sprawy jasno powoduje sprzeciw, konflikt. Jakiś krótkotrwały efekt na zasadzie wymuszenia, często realizowany w sposób przesadny - “zobacz jak ja się teraz męczę”.

Staram się teraz wyraźnie podkreślać - zrobiłem to i to (gdzieś wyczytałem taką poradę). Efekt przynosi też doprowadzenie do sytuacji, że ona mnie o coś konkretnie prosi, wtedy nie ma wyboru musi zauważyć wysiłek i wyrazić wdzięczność. Ale do równowagi w dawaniu i otrzymywaniu jeszcze daleko.

Staram się działać na tym polu od niedawna. Wróciłem do swoich pasji. Udało się wypracować układ, że co drugi dzień każde ma wychodne, czas dla siebie (na sport, wyprawy itp.) wtedy jestem niedostępny i dom musi funkcjonować bez mnie. Zamierzam też trochę postawić nacisk na mój rozwój zawodowy (tak się składa, że mam pracę zgodną z zainteresowaniami).

Wygląda to tak, że to jest wylewanie żali z jej strony: że jestem niereformowalny, że brak mi empatii, że na zrobienie czegoś musiała 10 lat czekać, że jestem ponury albo mam sztuczny uśmiech, że nie mamy o czym ze sobą rozmawiać - ale rozmów prawie nie inicjuje. Różne takie rzeczy z którymi trudno dyskutować a cel jest taki abym poczuł się gorzej.

Często rozgrywka jest taka, że forma jej wypowiedzi jest nacechowana emocjonalnie negatywnie, ja to odbieram jako zarzut lub atak (nawet mimo podobno moich braków w tym względzie jest to dla mnie dość czytelne). Jeśli się do tego odniosę to twierdzi (już niemal krzycząc na mnie, obrażona), że się czepiam, źle to odbieram itp. Dla mnie jest oczywistym, że jeśli jakąś pretensję lub zarzut można sformułować 2 poziomy łagodniej a się tego nie robi to jest to działanie celowe.

Gdybym zliczył ile razy słyszałem o problemie socjalizacji w edukacji domowej . Moim zdaniem jest to mit. W skrócie przebywanie w szkole konkretnie wśród rówieśników nie jest moim zdaniem normalną sytuacją i szczytem komfortu dla (młodego) człowieka. Sami w życiu mamy relacje z ludźmi w różnym wieku, z różnym statusem i wykształceniem. A dzieci wracając z takiego kotła w szkole, gdzie niemal występuje zjawisko fali (jak w wojsku) nie są szczęśliwe.

Do czasu wejścia w smartfony u nas było inaczej. Dzieci (córka też) nie miały problemów z nawiązywaniem kontaktów z rówieśnikami i dorosłymi. Nawiązywały rozmowy, zachowywały się swobodnie, wyrażały swoje poglądy i swoją wiedzę. Nie były zawstydzone. Nawet będąc w mojej pracy stacjonarnej, gdzie przewijają się ludzie z tytułami byłem świadkiem ciekawych dyskusji. To się zmieniło.

Jak sobie radzimy. Nauka jest bardziej efektywna, zajmuje dużo mniej czasu. Więc są zajęcia dodatkowe. Dzieci są w klubie sportowym. Mają treningi, zgrupowania, obozy, zawody (też międzynarodowe). Mają tam kolegów w różnym wieku od młodszych do dorosłych, są wśród nich mistrzowie Polski i wyżej, są trenerzy z dużym autorytetem. Ponadto szkoła macierzysta organizuje co jakiś czas zjazdy - można poznać inne dzieci uczące się w tym trybie i odjechanych rodziców :slight_smile: . Sami organizujemy wyjazdy turystyczne a tam często “swój pozna swego”.

Poprzednie małżeństwo, to było dawno, prehistoria trochę. Wydaje się, że to była całkiem inna sytuacja i okoliczności. Była terapia małżeńska po pierwszym kryzysie. Wyszło, że była żona ma DDA, nie przypominam sobie jakiś zarzutów do mnie. Pamiętam, że wtedy byłem dość stanowczy i wymagający nie to co teraz. Na koniec tuż przed postanowionym rozwodem były wizyty u tej samej pani psycholog bez żadnych wniosków. Pomyślę jeszcze o tym.

Cześć Ewo.

O jak ja pamiętam swoją budowę, 300 km od miejsca zamieszkania i pracy. W miejscu, gdzie brak rodziny i punktu zaczepienia. Budowa zdalna. W pracy biuro budowy a wszyscy myślą, że jestem zarobiony pracą. Znajoma pytała czy prowadzę potrójne życie - schudłem wtedy 10 kg.

Jest w tym dużo racji. Obecnie redukuję. Nie wiem czego chce. Czasem wydaje się, że niczego. Czasem, że swobody. Jak przesadzę to twierdzi, że się nie interesuję jej stanem. Chce żebym dogadał się z córką, a to jest mega trudne, to jest kłębek samych emocji.

Dokładnie tak jest. Aż trudno zrozumieć, że nie zdaje sobie z tego sprawy?

Dlaczego historia podobna?

Właśnie tego nie mogę rozszyfrować. Rodzina tradycyjna, zwyczajna, bez patologii, dziadkowie na miejscu, pomagający. Ojciec wychowywał mnie po męsku. Dużo rzeczy z nim robiłem i dużo mnie nauczył. Matka będąc u teściów miała duży głód władzy. Długo pozostawała jej możliwość wykonywania tej władzy tylko wobec swoich dzieci. Bardzo chciałem się spod tej władzy wyrwać. Wybrałem całkowicie niezależnie od nich własną drogę. Kiedy wyjechałem na studia poczułem się wolny od jej nacisków. Nigdy więcej ich nie słuchałem. Byłem niezależny. Do dziś opieram się jej sugestiom.

Wyrwałeś się, udało Ci się. Przy okazji powielasz ten model w swojej rodzinie - teraz Ty chcesz mieć kontrolę nad wszystkim. Kuszące, bo daje iluzje poczucia bezpieczeństwa. Jeśli wszystko będzie tak jak sobie zaplanowałam, to znaczy, że osiagam sukces. To jest uważam błędne myślenie.

Kiedyś podobnie jak Ty zadawałam sobie pytanie - Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Ucieczka w pracę jest banalnie prosta, zobacz jak społeczeństwo pracoholikom bije brawo. Wszyscy sąsiedzi kłaniali mi się z szacunkiem. To jasne, bo widzieli mnie zawsze z betoniarką, albo wiertarką, albo szpadlem. A jeśli nawet całym sercem lubię ten zapierdol, to nie powinnam zakładać rodziny, bo moje dzieci nie potrzebowały tarasu z drewna egzotycznego i codziennie gorącego obiadu, tylko ciepłą, czułą matkę. Otwartą, gotową wysłuchać, przytulić i wesprzeć. Jak bardzo moje dzieci musiały być wtedy samotne…

Tygodnie dźwigania kamieni sprawia, że wprawdzie ciało jest do granic umęczone, ale wizja własnego ogrodu staje się priorytetem życiowym, najważniejszym celem do osiągnięcia. Nie pojmuję tego teraz. W tym samym czasie osoby, które kocham najbardziej na świecie czekają w milczeniu na moją uwagę i zainteresowanie ich problemami. Rzadko przeklinam, ale teraz to napiszę - to wszystko jest chuja warte. Te wszystkie zawodowe osiągnięcia, domy, ogrody, samochody. Liczy się to ile jest w nas miłości i radości, i jak bardzo potrafimy się cieszyć drugim człowiekiem. Nie tym jaki jest, tylko tym, że w ogóle jest. Więc jeśli masz Nicolas trochę zdrowego rozsądku to idź na terapię. Jeśli trafisz na dobrego terapeutę, to nauczysz się samemu zapełniać swoje deficyty, nie będziesz wciąż czekał żeby dostać coś z zewnątrz. Dopiero wtedy będziesz miał czym się dzielić z rodziną, bo na razie to dajesz z pustego.

No i najważniejsze - nasza żona /mąż nie są nam nic winni. Poza tym tak jak Ty nie chcesz być zmieniany, “naprawiany”, tak oni też nie chcą. Więc spokojnie możesz sobie odpuścić wizje “jak powinno być”. Warto za to skupić się na własnym rozwoju wewnętrznym. Uświadomić sobie własne emocje i potrzeby, a potem zacząć dawać sobie to czego oczekujemy od partnera. To jest uważam jedyna słuszna droga. Dopiero wtedy stajemy się autentyczni. Autentycznie życzliwi dla siebie i dla innych. Znika też nasze poczucie krzywdy, bo przestajemy się fałszywie poświęcać, dajemy tylko tyle ile możemy dać, ale już nie kosztem siebie. Rozważ sam czy chcesz świadomie nad sobą pracować, to Twój wybór.

4 polubienia

W tej całej odsłonie nie piszesz nic o swoim facecie. Byl wtedy, czy nie? Jeśli tak, czy eksploatował się równie mocno? Jaką miał postawę wzg. Twojej? Wreszcie, jak się to wszystko odbiło na rodzinie, na relacji z nim?

Pytam, bo przywołujesz swój opis w kontekście sytuacji, gdy autor ma żonę, jedynie podział obowiązków wydaje się niesprawiedliwy, co go spala. Mimo, że sam prawdopodobnie tak chciał.

Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, gdy kobieta pracuje nocami gdzieś w zakładzie, a w dzień na budowie, a mąż w tym czasie ma o wiele większy luz i do tego pretensje do niej, w zw. z jej zachowaniem. Podejrzewam że go po prostu nie było. Wcale, lub na miejscu

Nie umniejszam Twojej wypowiedzi, nie o to mi chodzi. Zabrzmiała mocno i prawdziwie. Myślę po prostu że mogłaś mieć o wiele mniejszy wybór niż autor, plus straszne parcie na określony cel- swój własny dom.

Co kiedyś było normą, chyba każdy mieszkający na wsi to zna. Gdy się rodzina budowała, dzieci tylko przeszkadzały. Są takie momenty w życiu, gdy dzieci nie są na pierwszym planie. Kiedyś to było o wiele bardziej powszechne, normalne.

Źle się dzieje gdy staje się to normą, ale gdy periodycznie? Myślę że niepotrzebnie piszesz o sobie tak, jakbyś robiła coś bardzo złego.

Wybór jest zawsze, a ten kto ma większe parcie po prostu robi więcej, bo mu bardziej zależy. To wydaje mi się ok. Nie napisałam tego żeby się pożalić, ani kogokolwiek obwiniać, tylko żeby pokazać, że czasem chcemy w życiu uszczęśliwić samych siebie, a obłudnie sprzedajemy to jako prezent dla naszych bliskich.

Takie gigantyczne przedsięwzięcie jak budowa domu czy remont, to świetny temat zastępczy żeby nie zająć się sobą, swoim życiem i problemami w małżeństwie. W dodatku można to ciągnąć wiele lat, bo zawsze jest coś do zrobienia. Dlatego piszę o sobie i swoich zmaganiach, bo to są moje doświadczenia, z których mogę wyciągnąć jakieś wnioski. Czy mój były mąż robi to samo? Tego nie wiem, ale z pewnością on ma swoją wersję wydarzeń.

1 polubienie

W pewnym momencie skurczyło się dosłownie do zera. Koledzy zostali daleko, dzieci były małe, nie było szans przez parę lat podtrzymywać znajomości, kontakt się urwał. Dwoje ostatnich przyjaciół straciłem (długa historia, moja wina). Kilka możliwości poznania nowych zaprzepaściłem.

Na miejscu długo nie można było niczego znaleźć. Szansa pojawiła się gdy dzieci poszły do szkoły - ale nic z tego nie wyszło. Próbowałem działać lokalnie na rzecz aktywizacji sportowej - na początku bardzo dobrze, a po pół roku wszystko się rozpadło. Jak się zastanowić, to trochę moja żona wprowadza taki ostry filtr. Ja ludziom daję zawsze szansę.

Poznaliśmy parę bardzo aktywnych 70-latków. Są wyjątkowi - nawet młodsi nie robią takich rzeczy jak oni. Mamy bliski kontakt.

Ostatecznie sąsiad okazał się fajnym kumplem. Rok zajęło mi namówienie go na naukę jazdy na nartach. Od tego czasu jakoś poszło. Ale chyba tylko dlatego, że jest “napływowy” i długo dawał się dominować teściom. W rozmowie coś wyszło, że może mieć podobne problemy do moich. Więc wyciągam go na różne aktywności i tu jest pozytywnie. O swoich problemach nie rozmawialiśmy (z jednym małym wyjątkiem).

Od wakacji zmieniłem podejście. Nie oglądam się na żadne filtry i marudzenie. Robię trasy rowerem - spotykam ludzi, odbieram dzieci z zajęć - rozmawiam z ludźmi, śledzę ogłoszenia o różnych sportowych eventach w najbliższych miastach, zapisuję się (kolega sąsiad też) jadę, jest fajnie, jest towarzystwo, które mi odpowiada. Ustaliliśmy z żoną podział czasu na aktywności własne i ja z tego korzystam. Ona się do większości nie przyłącza. Choć zdarzają się wspólne wypady i mamy z nich też wspólnych znajomych. Co do moich nowych znajomych to są czasem jakieś “marudzenia” ale tu od początku stawiam granicę i decyduję co mi pasuje a co nie. Widzę pozytywy i zmierza to w dobrym kierunku choć bliskich przyjaciół na razie brak.

VS:

Jak to w końcu z tymi dziećmi? Brzmi całkiem sprzecznie..

Słyszałem o tendencji, że całkiem sporo małżeństw utrzymują właśnie tego typu wspólne projekty- budowa, dzieci, itp.

Gdy to się kończy, niektórzy nie umieją się odnaleźć razem. Okazuje się, że niewiele ich łączyło, ale dopóki były wyzwania, umieli tworzyć zespół. Bez wyzwań, wszystko się sypie.

Ty opisałaś siebie z tamtego okresu jako zadaniowca, a to bardziej męski typ energii. Tam nie ma dużo miejsca na ciepło dla bliskich, uczucia, jest skupienie na celu.

Sztuką jest połączenie takiej postawy z bardziej ‘miękką’, kiedy robimy też przestrzeń dla bliskich. Może po prostu nie umiałaś inaczej i w ten sposób postrzegałaś realizację szczęścia dla rodziny. To bardzo częsty błąd u nas, mężczyzn.

1 polubienie

Zaraz TY otrzymałeś. Żona walczyła o SWOJE pieniądze (czego nie oddasz starej żonie, zostanie dla niej) przeciwko swojej konkurentce.

1 polubienie

Na początku chodziły. Potem była epidemia, to dało impuls żeby przejść na domową. Była nawet próba powrotu do szkoły systemowej - nie udała się.

Trafne spostrzeżenie. Ale to mi też zagrażało wtedy. Gdybym przegrał to chyba musiałbym za granicę uciekać. Na szczęście zapadł sprawiedliwy wyrok. Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg.

2 polubienia

Zadajesz trudne pytania. Nie do końca wiem jak sobie na nie odpowiedzieć. Chciałbym, żeby jakaś część z naszej dawnej relacji wróciła. Wiem, że haju emocjonalnego nie będzie. Potrzebuję trochę zwykłego ciepła, bliskości, akceptacji, wsparcia i niewymuszonego udziału w tej całej codzienności. Trochę - to jest zawsze nieskończenie wiele razy więcej niż zero (na szczęście zera jeszcze nie ma). Niech wyjdzie z tej swojej gawry do nas, do rodziny. Chciałbym odzyskać to pole swobody, które miałem kiedyś. Chodzi o realizację swoich pasji i odbudowanie siebie, odzyskanie szacunku. Teraz małymi krokami walczę o to.

Najbardziej boli ta jej ucieczka, że nie próbuje w żaden sposób się zbliżyć (ja tego nie widzę). Wydaje mi się, że osoba bliska zawsze trochę odpuszcza żeby dążyć ku dobremu. Choć na chwilę daje przebłysk, że na jakiś warunkach dobre relacje mogą wrócić. Raczej tęsknię za żoną niż za spokojem. Spokoju mam aż za dużo. Trudno mi jest wybrać czy lepszy efekt przyniesie otwarta konfrontacja, czy powolne odzyskiwanie pola przez przesuwanie granicy. Czy jest gwarancja, że praca nad sobą przyniesie efekt i czy przy tym nie zatracę swojego “ja” do którego jestem przywiązany (wiem, że z pewnymi nawykami trzeba zerwać).

Zawsze jak mam problem i stres to fizycznie czuję sztywność, niemal ból w części krzyżowej kręgosłupa.

Wewnętrznie to czuję jakbym się zetkną z antymaterią, tak jest to jej zachowanie i myślenie niewyobrażalnie dla mnie urągające przyzwoitości, nielogiczne, dziwne działanie wbrew swojemu (jej) interesowi nawet, bezsensowne, ten bezsens mnie obraża, bezsens dążenia do eskalacji. Chciałbym nie być uprzedzonym do córki (a coraz bardziej jestem), umieć te wybuchy rozładowywać, tłumić w zarodku. Ona też pewnie wyczuwa moją niską pozycję w domu i podświadomie sobie pozwala na więcej.

Jest podejrzenie o takie lekkie spektrum autyzmu, jakieś deficyty zdolności społecznych. Na granicy wykrycia w testach. Ona doskonale wie jak różne kontakty społeczne i zachowania powinny wyglądać (w teorii) ale się do nich nie zamierza stosować.

Żona mówi, że ja też jestem lekkim autystykiem :slight_smile: .

Pozwolę sobie sparafrazować na ten temat dowcip o żonach.

“- Marku nie jest ci przykro, że wszyscy inni nie są autystykami a ty jesteś?

  • Jest mi przykro ale nie potrafię im pomóc.”
1 polubienie

@NicolasC Współczuję sytuacji. :slightly_frowning_face:

Nie wiem czy Ci pisać co ja o tym myślę, ponieważ mam cechy psychopatyczne/socjopatyczne i mój punkt widzenia może być brutalny, raniący, emocjonalnie szkodliwy, etc. Napiszę, ale w razie czego weź uwagę to co napisałem o mnie.

Moim zdaniem Twoja żona to podły, bezczelny, cyniczny pasożyt.

Stworzyła system, w którym Ty jesteś jej niewolnikiem - i to nawet nie darmowym, tylko jeszcze przynoszącym jej pieniądze.

Ona utrzymuje Ciebie w stanie cierpienia dlatego, że to się jej OPŁACA.

Ty pracujesz, a ona może zajmować się sobą. Jej tak jest wygodne i ma gdzieś to, że Ty cierpisz.

Moim zdaniem ona ani Ciebie nie kocha, ani nawet nie lubi po koleżeńsku. Podejrzewam, że ona Ciebie aktywnie nie lubi i pogardza Tobą. Nie powie Ci tego wprost, ponieważ to by mogło zepsuć wygodny dla niej układ. Nie powie tego, bo by jeszcze niewolnik się jej “zepsuł”.

Napisałeś:

Tym bardziej uważam, że ona doskonale wie co robi i robi to z premedytacją.

A że Cię nie wspiera? Jasne - w jej interesie jest to, żebyś był słabszy emocjonalnie, zagubiony i bardziej podatny na jej manipulacje. To zmniejsza ryzyko “buntu niewolnika”.

Oczywiście - ponieważ ona chce, żebyś dalej był jej niewolnikiem. Z punktu widzenia tego celu wpychanie Ciebie w poczucie winy i auto-biczowanie jak najbardziej ma sens.

To jest taka tresura w ramach której jesteś pozornie nagradzany za auto-biczowanie się, a karany za asertywność i obronę Twoich interesów i potrzeb. A celem jest wytresowanie Ciebie na jak najbardziej posłusznego niewolnika.

W takich manipulacjach chodzi o to, aby ofiara zaczęła wierzyć, że jedyną drogą do “dogadania się”, jedyną rzeczą która daje jakąkolwiek iskierkę aprobaty jest uległość/auto-biczowanie się. I żeby ofiara (Ty) nie zorientowała się, że to jest cyniczny system manipulacji, przemocy psychicznej, a nie żadna uczciwa rozmowa.

BTW Podejrzewam, że Twoja żona urabiała Cię tego typu manipulacjami na długo zanim zacząłeś zdawać sobie sprawę z problemu - i pewnie w taki sposób znalazłeś się w sytuacji w której jesteś teraz.

Twoja żona nie chce uczciwie rozmawiać, ponieważ uczciwa rozmowa oparta o fakty i ogólnie przyjęte zasady relacji międzyludzkich może prowadzić tylko w jednym kierunku - do rozmontowania wygodnego dla niej układu, w którym ona jest wolną od obowiązków “księżniczką”, a Ty jej niewolnikiem.

To jest przemoc psychiczna. Twoja żona to toksyczna, przemocowa psychicznie manipulantka z mentalnością totalitarną.

Mam przy tym wrażenie (może mylne), że do Ciebie nie dociera to, że Twoja żona nie jest “trochę problematyczna”, tylko jest toksykiem ciężkiego kalibru.

Jest mi bardzo przykro, ale niestety przyczyna może być genetyczna i w córce mogły się uaktywnić toksyczne geny po matce. Wiem, że to może być bolesne, ale niestety moim zdaniem są duże szanse na to, że Twoja córka - tak samo jak żona - po prostu ma takie geny i nic z tym nie zrobisz. Wskazuje na to młody wiek (2 lata!) pojawienia się problemu.

BTW Psycholodzy, psychiatrzy mogą mówić, że to wszystko kwestia dzieciństwa, wychowania, że psychoterapia może pomóc lub leki, etc etc. Problem w tym, że oni mają interes w tym, żeby tak mówić, bo na tym zarabiają i na tym się opiera ich pozycja w społeczeństwie. Jasne, dzieciństwo miewa wpływ, psychoterapia czasami może pomóc… Ale też są dziedziczne, genetyczne cechy, których nie da się usunąć.

Córka “omotała panią psycholog”? Czyli jest manipulantką - tak samo jak jej mama. Cóż za “zbieg okoliczności”.

Innymi słowy mówiąc…oczekujesz ciepła i bliskości od osoby która - oceniając po jej zachowaniu - jest ciężkiego kalibru toksykiem, manipuluje Tobą, tresuje na niewolnika, etc etc. Nie widzisz w tym problemu, sprzeczności jednej rzeczy z drugą?

Przykro mi, ale moim zdaniem Twoje pragnienia są NIEREALISTYCZNE, opierają się na myśleniu życzeniowym i nie biorą pod uwagę realnego zachowania, realnej postawy żony. I w tym kontekście uważam, że Twoje pragnienia są dla Ciebie NIEBEZPIECZNE - ponieważ mogą Cię kierować w kierunku samooszukiwania sie i doszukiwania się w żonie “człowieczeństwa”, którego sądząc po jej zachowaniu w niej nie ma.

A ja się zastanawiam, na ile Twoja dawna relacja była “prawdziwa”, a na ile Twoja żona udawała w niej osobę którą nie była. Niestety kobiety często tak robią gdy chcą ułożyć sobie życie, założyć rodzinę, etc. I tak, potrafią udawać konsekwentnie latami - jeżeli widzą w tym swój interes. W co ich mężom trudno jest uwierzyć - ponieważ nie mieści im się w głowie, że ich żony - które wydaje im się, że dobrze znają - mogły udawać latami inne osoby niż naprawdę są. A niestety są takie przypadki i jest ich wiele.

Nie wiem czy Twoja żona od początku udawała z premedytacją inną osobę niż jest naprawdę - ale moim zdaniem powinieneś brać pod uwagę również taką możliwość.

Podsumowując…

Odnoszę wrażenie, że nie do końca patrzysz realistycznie i że w Twoim myśleniu są elementy myślenia życzeniowego.

Twoja żona zachowuje się jak toksyk wagi ciężkiej - i najprawdopodobniej jest dokładnie taka jak się zachowuje.

A Ty piszesz, że chciałbyś od niej trochę ciepła i bliskości… Od osoby która stosuje względem Ciebie przemoc psychiczną, traktuje jak niewolnika, etc etc. :roll_eyes:

Przykro mi, ale moim zdaniem widać u Ciebie naiwność, myślenie życzeniowe i niezdolność do twardej, realistycznej konfrontacji z tym czym ta sytuacja najprawdopodobniej jest.

Twoja żona zachowuje się jak cięzki toksyk ponieważ…najprawdopodobniej jest toksykiem.

Normalne kobiety tak się nie zachowują. Normalne kobiety nie stosują przemocy psychicznej, gaslightingu. Normalna kobieta wzięłaby na siebie część obowiązków, bo byłoby jej głupio i bo nie chciałaby dawać złego przykładu dzieciom.

Czy myślisz, że ona zachowuje się toksycznie “przez przypadek”, czy może bo wiatr zawiał nie od tej strony? Czy też może dałeś sobie wmówić, że to może jest Twoja wina? :roll_eyes:

Twoja żona zachowuje się toksycznie, ponieważ jest toksyczna.

Moim zdaniem podstawową rzeczą jaką powinieneś zrobić, jest POZBYCIE SIĘ ZŁUDZEŃ.

To co robi Twoja żona to nie jest “potknięcie”. To jest stworzenie systemu wyzysku i przemocy psychicznej.

Pielęgnując złudzenia i myślenie życzeniowe, tylko wystawiasz siebie na więcej cierpienia.

Być może będziesz w stanie wymusić na niej przejęcie części obowiązków, ale ona najprawdopodobniej nigdy nie stanie się ani kochającą żoną, ani nawet dobrą, godną zaufania “żoną-koleżanką”.

Czy jesteś w stanie pogodzić się z tą bardzo prawdopodobną możliwością i przyjąć do wiadomości to, że najprawdopodobniej masz do czynienia z fundamentalnie toksyczną osobą, której nie da się autentycznie “naprawić”?

Nawet jeżeli chodzi o podzielenie się obowiązkami, to ona przyzwyczaiła się do tego, że jesteś jej niewolnikiem, a ona niczego nie musi. I ja bym nie liczył na to, że zmienisz to bez ciężkiej walki.

1 polubienie

Ok. Czyli już sobie poradziłeś z urobieniem po pachy.

Gdyby to było takie proste… Wracam, stadko ogarnie sobie potrzeby fizjologiczne (otwieranie lodówki, picie, jedzenie). Reszta leże w stanie nienaruszonym, no może jakieś próby poprawy estetyki pomieszczenia ale zwykłe prace nieruszone.

Rozumiem. A co ze “starymi” dziećmi? Jesteś dla nich ojcem? Bo nic nie wspominasz. I czy one też się “popsuły” jak aktualna żona i córka?

Kiedy czytam to, co teraz dopowiadasz, czuję napięcie człowieka, który stoi w miejscu, gdzie jednocześnie tęskni i czeka, tyle że druga strona nie wie dokładnie gdzie jesteś. To miejsce nie jest komfortowe, bo serce ciągnie do bliskości, a ciało jest ustawione jak strażnik, zawsze gotowe na kolejny wybuch emocjonalny córki albo kolejne oddalenie ze strony żony. W takim stanie więź nie płynie, tylko jest zaciskana i spuszczana z przepływu jak wąż ogrodowy.

Ty jesteś w mieszance przywiązania lękowego i przekazu rodzinnego o odpowiedzialności. Walczysz, dbasz, stawiasz granice, ale równocześnie pragniesz, by w twoim kierunku ktoś zrobił choćby krok. Żona z kolei żyje teraz w trybie unikowej regulacji. Unik nie bierze się z braku uczuć, tylko z przeciążenia. To nie jest toksyczne zachowanie, to jest próba samoregulacji. Jej system jest zmęczony latami niesienia emocjonalnego ciężaru rodziny i twojego. To jej nie usprawiedliwia, to tylko pokazuje mechanizm. Kiedy taka osoba czuje się przytłoczona, zaczyna budować sobie wewnętrzne schronienie. To, co nazywasz gawrą, jest dla niej miejscem oddechu, choć dla ciebie miejscem opuszczenia. To jest dla niej bezpieczne miejsce.

Twoje pragnienie drobnych gestów ciepła nie jest zachcianką. W relacji, która stoi na jednej nodze, nawet mały gest jest gigantycznym ruchem. Ty nie potrzebujesz euforii, tylko sygnału, że więź nadal żyje. Problem polega na tym, że osoba unikająca często nie daje takiego sygnału, dopóki nie czuje bezpieczeństwa. A bezpieczeństwo czuje dopiero wtedy, gdy widzi, że nie musi już być terapeutką, matką, regulatorem całego domu.

Zakładam sporo rzeczy na temat żony, bo cieżko jest określić relację z jednego punktu widzenia jaki on ma styl przywiązania. Chociaż dynamika jest znajoma.

I. Co najbardziej przychodzi ci do głowy, kiedy wyobrażasz sobie moment, w którym żona faktycznie wychodzi z tej swojej “gawry” i wraca do wspólnej przestrzeni?

II. Jak reaguje twoje ciało, gdy myślisz o konfrontacji, czy to jest skurcz, czy pobudzenie, czy raczej zamrożenie?

III. Czy twoje pragnienie powrotu bliskości wynika bardziej z potrzeby ukojenia, czy z potrzeby bycia widzianym i ważnym?

Twoja córka jest tu jak ognisko, przy którym gromadzi się cały rodzinny ból. Jej agresja nie jest twoją winą, tak jak nie jest winą twojej żony. To jest jej sposób regulowania czegoś, co dla niej jest nie do zniesienia. Dzieci w takiej sytuacji często wchodzą w rolę żywego alarmu. Kiedy napięcie dorosłych jest stałe, młody układ nerwowy zaczyna strzelać jak iskry kiedy dorzucasz świeże drewno. To, co nazywasz antymaterią może być czymś co nie należy ani do niej, ani do ciebie, tylko do przestrzeni między wami wszystkimi.

Jeśli spojrzeć na cały system, widzę kogoś, który próbuje odzyskać siebie i rodzinę jednocześnie. Boisz się, że stracisz własne ja. Ale ty wiesz, że już je tracisz tkwiąc w tej sytuacji. Jak zaczniesz pracować nad sobą, to nie musisz się wyrzec wszystkiego, co czyni cię tobą. Najczęściej chodzi o to, by odciążyć to część siebie, nie je zburzyć. Czasami dochodzi do czegoś innego. Do odzyskania siebie prawdziwego, bo często ludzie widzą siebie przez pryzmat swojej wizji w oczach innych, albo sami siebie tworzą wg oczekiwań innych.

W takich momentach droga nie prowadzi przez konfrontację ani przez wycofanie. Prowadzi przez powolne odzyskiwanie regulacji, przez najmniejsze możliwe ruchy, które nie są strategią, tylko szczerością wobec siebie i wobec innych.

Samoregulacja jest najważniejsza, i tutaj kiedy pokażesz, że dajesz radę na tym polu w sposób konsekwentny, ona powoli zacznie odzyskiwać poczucie bezpieczeństwa w relacji. Widzę w Tobie siebie parę lat temu.

  1. Jak twoja żona reaguje na twoje drobne gesty bliskości, nawet te neutralne?

  2. Czy masz w ciągu dnia choć jeden moment, w którym twoje ciało jest choć trochę odprężone?

  3. Kiedy ostatni raz poczułeś się przez nią choć minimalnie doceniony, nawet jeśli to było bardzo dawno temu?

3 polubienia