Tak jak wspominałem w Otwieraczu opiszę trochę moje problemy. Opis jest odrobinę chaotyczny ale potrzeba, żeby przełamać paraliż analityczny wzięła górę.
“A Good Plan, Violently Executed Now, Is Better Than a Perfect Plan Next Week.”
Stan obecny.
Jestem w „odstawce”. Żona śpi w swoim pokoju, ja w swoim. Jeszcze kilka miesięcy temu „kontaktowaliśmy się” czasem, ale teraz już nic. Twierdzi, że jestem złośliwy, sarkastyczny, mam niezadowoloną minę, nie potrafię i nie chcę się dogadać z dziećmi. Twierdzi, że męczą ją nasze, czyli moje z dziećmi awantury, że konflikty nie mają wstępu do jej pokoju, że nie musimy sobie ciągle siedzieć na głowie, że dzieci nie są małe a ona potrzebuje swobody. Siedzi tam, czyta książki, rozmawia z koleżanką, z którą odnowiła kontakty po kilku latach. Między nami nie ma bliskości, trudno się rozmawia. Ma pretensje, że przez wiele lat sprawowała opiekę emocjonalną nad całą rodziną (w tym nade mną) a teraz ma dosyć.
Na co dzień jest pokojowo. Spotykamy się na śniadaniu, czasem jest przytulas, jest przyjacielska atmosfera, pijemy kawę. A potem każdy idzie do swoich obowiązków. Czyli ona do swojego pokoju. A ja do… roboty.
Obowiązki. To ja mam ich ogrom (żeby nie używać dosadnego stwierdzenia): ogarniam zakupy, posiłki, drobne i grubsze prace wokół domu, psy, koty, sprzątanie, pracę zawodową.
Mieszkamy na wsi, na głębokiej prowincji, gdzie przenieśliśmy się z dużego miasta. Wybudowaliśmy dom, mamy dużo przestrzeni. Pracujemy oboje w jednej firmie, w domu, całkowicie zdalnie, zadaniowo, twórczo, dużo swobody. Tyle, że pracę zawodową ja ogarniam za nas dwoje – taki układ.
Dójka dzieci w wieku nastoletnim.
Zainwestowaliśmy w ich rozwój, edukację i kapitał kulturowy mnóstwo wysiłku. Nie chodzą do szkoły, są w edukacji domowej. Początkowo podział był taki: ja pracuję zawodowo za nią i za siebie a ona pilnuje edukacji dzieci. To polega na tym, że uczą się same, rodzice nie są nauczycielami, ale pilnować wiadomo trzeba. Też się w to włączałem. Tyle, że teraz wymagają znacznie mniej uwagi jeśli chodzi o szkołę.
W ten sposób metodą gotowania żaby coraz więcej rzeczy spadło na mnie. Nie nadążam. Rano budzę się, układam sobie plan a potem udaje się zrealizować tylko 1/3. To powoduje moje zdenerwowanie. Dodatkowo to, że nikt zdaje się nie dostrzegać moich starań powoduje ogromną frustrację.
Syn jest młodszy, córka starsza i to ona jest źródłem problemów. O początku (od buntu 2-latka) była dzieckiem „drącym się”. Teraz ma wybuchy niekontrolowanej agresji. Wyzwiska i agresję wywołuje już zwykłe zwrócenie uwagi: że wyłącza się światło wychodząc z pokoju, że zamyka się drzwi, że wyciera się po sobie, gdy się coś rozlało itp. Nie do końca wiadomo czy to zwykłe chuligaństwo czy też jakieś poważne zaburzenie. Czytaliśmy sporo książek i poradników na ten temat – nic nie działa. Chodziła do psychologa przez pół roku. Nic to nie dało. Omotała panią psycholog chwytliwymi historyjkami „z życia nastolatka” spychając problem swojego zachowania na plan dalszy. Ponieważ żona od jakiegoś czasu dystansuje się od tego tematu, spada to na mnie. Ja jestem na pierwszej linii frontu. Jest normalnym, że stawiam wymagania córce, oceniam jej zachowanie, ostrzegam a potem wyciągam konsekwencje. Tutaj często dochodzi do eskalacji. Za eskalację w oczach żony odpowiedzialność ponoszę ja. Tutaj fakt, czasem nie udaje mi się sprostać wyzwaniu sytuacji, zapanować na emocjami córki, wyciszyć wybuch. Za to obrywam ale ocena jest ogromnie niesprawiedliwa, nie uwzględnia kontekstu, przyczyn wybuchu i okoliczności. Piszę o tym bo jest to istotny składnik naszych problemów. Niezależnie wobec kogo następują te wybuchy córki (czasem jestem to ja, czasem żona lub oboje) to wyczerpuje nas to fizycznie i emocjonalnie na cały dzień.
Komunikacja z żoną. Tu jest u mnie poważna blokada. Kiedyś mieliśmy takie spotkania nazywane „kłótniami małżeńskimi”. Niestety nie lubiłem tych rozmów. Jeśli przedstawiałem mój punkt widzenia to dochodziło do realnej kłótni a w końcu stwierdzała – tak rozmawiać nie będziemy. Miałem natomiast wrażenie, że dobrze odbierane jest przez nią moje przyznawanie się do winy niemal w każdym aspekcie – takie auto-biczowanie. Nie odpowiadało mi to. Nie inicjowałem tych spotkań i pomysł został zarzucony. Na czym polega teraz ta blokada. Nie wolno mi się bronić, odpierać zarzutów. Nie wolno tłumaczyć moich motywów i sposobu myślenia. Próbowałem nawet odwoływać się do swoich odczuć np. czuję że jestem rugany za coś lub atakowany. Podobno z cudzych odczuć nie sposób negować - a jednak, odpowiedź jest, że źle czuję. W takiej sytuacji nie ma pola do dyskusji.
Moja żona jest osobą bardzo inteligentną, ma dużą wiedzę z zakresu psychologii i inteligencji emocjonalnej. Jeśli tylko ma taką wolę to potrafi wykorzystać tę wiedzę w stosunku do dzieci, rodziny lub do osób obcych. W stosunku natomiast do mnie, to mam wrażenie, że ta wiedza służy głównie do krytyki mnie a na pewno nie ma na celu wsparcia.