Kolega @Istota zrobił update i jego wyznanie zainspirowało mnie żeby też coś napisać.
Skończyłem terapię. Psycholożka stwierdziła wprost, cele zostały osiągnięte i nie ma sensu naciągać mnie na koszty. Poradzę sobie. Czy to mi pomogło – tak. Czy poprawiło coś w małżeństwie – zdecydowanie nie.
A miało być inaczej. Ktoś miał mnie docisnąć, zrobić potulnego empatycznego misia, sprawić żebym zobaczył własne wady, niezdrowe nawyki, zaczął je wykorzeniać… Celowo na terapeutę wybrałem kobietę. Chciałem żeby patrzyła na mnie z kobiecej perspektywy (krytycznie, coś jak moja żona), żeby była wyczulona na ewentualne „wybielanie się".
Nikt jednak nie patrzy na mnie w ten sposób. I wszystko wyszło inaczej… Od samego początku był atak żony na moją terapię – dewaluacja, to nie tak miało być…
Wyszło, że empatii mi nie brakuje. Funkcjonuję natomiast w głęboko toksycznym i niewspierającym środowisku (domowym). Miałem lęki przed wejściem w konflikt, przed eskalacją po ujawnieniu swojego zdania. Miałem trudności z definiowaniem granic i pozwalałem na ich przekraczanie. Dostałem wsparcie, nauczyłem się te rzeczy rozpoznawać i kontrolować. Mój nastrój przestał być tak bardzo zależny od wpływów zewnętrznych (od żony i sytuacji domowej).
Pewne rzeczy które przyprawiały mnie o szaleństwo stały się jasne. Jeśli wydaje ci się, że ktoś cię atakuje w jakiejś wypowiedzi – to cię rzeczywiście atakuje. Jeśli czujesz, że podkopuje twoje poczucie własnej wartości – to się właśnie dzieje. Jeśli dewaluuje terapeutę, przyjaciół, znajomych, gusta literackie, muzyczne – robi to z premedytacją, żeby dominować a tobie zaszkodzić.
Było trochę literatury, własnego śledztwa. Z czym mam do czynienia? Wychodzi na to, że moja żona jest w pewnym stopniu ukrytym narcyzem, dla mnie zwyczajnie jest toksyczna. Nie jestem żadnym „nice guy". Uległem jak wiele innych ofiar-źródeł wieloletniej presji ukrytego narcyza. Pech a nie żaden wstyd.
Co dalej. Koniec strategii ratowania związku. Nie mam wpływu na drugą osobę, moje zdrowie postrzegane jest jako pogorszenie relacji. Jest strategia przetrwania lub emocjonalnego wyjścia. Stałem się współlokatorem. Nawet przyjacielem już nie, mimo rozmów i górnolotnych haseł „jak to z nami będzie". Oczywistym jest, że twój „problem" nie może być twoim przyjacielem.
Rozstanie jest tym rozwiązaniem, które jest dostępne o krok. Teraz nie boję się go. Nie podejmuję jednak tej decyzji bo jestem po części uwikłany majątkowo, a po części jest mi wygodnie tak żyć i czerpać z pewnego dorobku. Niedługo dzieci wyfruną z domu i to będzie naturalny kres tego wszystkiego. A może wcześniej zdarzy się zastrzyk finansowy, co jest dość prawdopodobne i decyzja będzie łatwiejsza.
Ciało, podświadomość podsuwa zaskakujące odczucia. W pewnym momencie pojawił się pomysł mieszkania rotacyjnego z córką w mieście wojewódzkim ze względu na jej szkołę. W pierwszym odruchu było, że żona coś tu kombinuje. Nie dotarło od razu do mnie, że to oznacza życie w jeszcze większej separacji. Dopiero przespana noc, jakieś doznane wtedy poczucie odprężenia, ogromnej ulgi i perspektywy zmiany uświadomiło mi czego chce mój organizm.
Ostatnio częściej wyjeżdżam, służbowo lub do rodziny. Służbowo jest to intensywna praca zawodowa w zespole, czyli tak jak to było kiedyś. Można się wyżyć, jest satysfakcja jak kiedyś w pracy stacjonarnej. Wracam, siedzę chwilę w samochodzie przed domem i mam tę myśl, że przekroczę próg i to będzie powrót tej codzienności.
Teraz na co dzień jestem „szarym kamieniem", nudnym, nie przekazuję swoich odczuć, planów, przemyśleń. Nie tłumaczę się i nie usprawiedliwiam. Staram się widzieć wszystkie manipulacje żony, próby dewaluacji. Moim wyborem jest to jak reaguję. Czasem robię to z opóźnieniem (nie mam wprawy i refleksu jeszcze), kalkuluję na zimno czy mi się opłaca wydatkować energię. Na przekraczanie granic reaguję krótko starając się dać jej do zrozumienia, że dostrzegam akcję i dalej nie pozwolę. Nie daję żadnej pożywki ani paliwa.
Co robi ona? Daje sprzeczne komunikaty. Deklaruje, że żadnej bliskości już nigdy nie będzie. Jednocześnie wkurza ją, że na nią nie reaguję. Przykładowo, jest ciepło ubiera się trochę wyzywająco, to innym razem się opala. A ja jej nawet nie lubię, nie kręci mnie to. Coś we mnie przeskoczyło. Takie „atrakcje" to mam gratis jak wyjdę do i ludzi dodatkowo bez tej otoczki toksyczności.
Innym razem inicjuje jakieś rozmowy o dylematach. Nie podejmuję, zmieniam temat. Oburza się, a mnie to już nie interesuje, to są jej tematy nie moje, nie będę dawał pożywki i się na siłę uzewnętrzniał przemyśleń.
Jedno jest zastanawiające – ciągle powracające zarzuty o „fascynacjach". Wystarczy jakakolwiek rozmowa z jakąś kobietą albo wspomnienie z przeszłości i jest jazda – szpile, docinki, ocenianie. Widzi tylko tę jedną perspektywę damsko-męską.
Zacząłem się zastanawiać w czym rzecz u mnie. To nie jest odkrycie Ameryki. Zwyczajnie inne kobiety są zwykle uprzejme, miłe, czasem szczerze zainteresowane podtrzymaniem rozmowy, pomocne, dzielą się też swoimi przemyśleniami (pozytywnymi). Ot zwykła budująca rozmowa z której obie strony czerpią korzyść. Widocznie ja też na to reaguję pozytywnie - poprawą nastroju. Czyli o tę pozytywną poprawę chodzi (innym źródłem tych pozytywnych doświadczeń jest hobby, zainteresowania, sport, muzyka, książki a nawet praca). Ona musi coś z tym zrobić i robi. Cel - mam się czuć z tego powodu źle.
Tak sobie myślę czysto hipotetycznie. Można inwestować środki i energię w terapię, samorozwój, toczyć różne spory domowe, przepychanki, przekonywać żonę do dostrzeżenia braków i nakłaniać do pracy nad sobą, dawać przykład. Niestety w chorym układzie to nic nie da. Brutalna prawda jest taka. Poprawić swój dobrostan można tylko przez - zmianę partnerki.
Mam już swoje lata. Cieszę się zdrowiem, sprawnością fizyczną, mam dużo do zaoferowania. Na zewnątrz odzew jest bardzo pozytywny. Życie bez tych obciążeń psychicznych jest jednak kuszące – na razie czysto teoretycznie.