Problemy w rodzinie

To się chyba już zaczyna. Rozpoczęła się u mnie kampania dyskredytowania mojej psycholożki przez żonę. Padają takie sformułowania: „jesteś teraz dobrze wyszkolony”, „ciekawe do czego cię to doprowadzi” (chyba groźba), „chyba przeceniasz wartość tych porad”, „przedstaw tej swojej psycholożce tę sytuację dokładnie tak jak było”. Chodzi o to, że moja żona z niewiadomego powodu przyjęła, że moja terapia opiera się na tym, że ja się wybielam, stawiam w pozytywnym świetle. Natomiast innych przedstawiam w świetle negatywnym i uzyskuję jakieś cudowne porady służące do walki. Podważane są kompetencje terapeutki, że niby udaje mi się nią manipulować. Za to żona przypisuje sobie kompetencje do udzielania mi rad na tym polu. Jest to u niej jedynie poparte lekturą poradników, dość słabych, a w dodatku interpretowanych w pokrętny sposób (czysty narcyzm chyba).

Nie zwariowałem, płacę za terapię i nie pozwalam sobie na zniekształcanie rzeczywistości aby dostać za to jakieś marne „poklepanie po ramieniu” dla poprawy samopoczucia. Różnica jest taka, że psycholożka, osoba z profesjonalnym podejściem, jest szczerze empatyczna, działa dla mojego dobra i jest wspierająca. Czego nie można powiedzieć o żonie.

Nie znam się na specyfice zawodu psychologa ale odporność na ewentualne fałszowanie rzeczywistości przez pacjenta to chyba podstawa. Z drugiej strony mimo najlepszych chęci odbieramy rzeczywistość subiektywnie i nic się na to nie poradzi.

Owszem zdarzają mi się w domu w przypływie emocji „nietrafione odzywki” ale teraz ich odbiór jest zupełnie inny – dochodzi kontekst opisany powyżej.

Są granice, terapia to rzecz święta, bardzo osobista i nie ma zgody na tłumaczenie się i uchylanie rąbka tajemnicy co i w jaki sposób się na niej porusza i analizuje. Chcesz polemiki – od tego jest terapia małżeńska (oczywiście zero szans).

Przechodziliście przez to przy okazji terapii, mieliście podobnie?

Na koniec konkluzja: „pozbyłeś się wszystkich zalet a z wadami nie walczysz”.

1 polubienie

Ja nie, akurat moja żona bardzo mnie w trakcie mojej terapii wspierała - przyznaję szczerze, że w odróżnieniu ode mnie, bo gdy ona zaczęła swoją bawiłem się w jej “dodatkowego” terapeutę, sugerowałem czym powinni się zajmować z własnym terapeutą na sesjach, o czym rozmawiać, co robili źle. Wydawało mi się, że ją tym “wspieram”, a tak naprawdę tylko ją od siebie odpychałem - z perspektywy czasu wiem, że było to kompletnie pojebane i odradzam to każdej osobie pozostającej w relacji - partner to partner, a nie terapeuta.

Z tego co zauważyłem większość osób świeżo po terapii ma wrażenie, że “wie już wszystko” i stara się “naprawić” swojego partnera - to duży błąd. Niszczą w ten sposób własny związek.

Jak Ty na to w ogóle reagujesz?

Trudno nie zauważyć, że obraz Twojej żony i Waszego związku, który nakreślasz w tym temacie nie jest zbyt pozytywny:

  • brak seksu, wsparcia, jakiejkolwiek czułości, bliskości fizycznej
  • toksyczne odzywki, manipulacje, nagminnie wbijane Ci szpilki
  • sabotowanie Twojej terapii
  • zazdrość, postawa “psa ogrodnika”
  • lenistwo i brak wdzięczności za to, co robisz
  • opór zarówno wobec własnej, jak i małżeńskiej terapii

Zaczynam się powoli zastanawiać gdzie są jakiekolwiek zalety tej osoby i relacji z nią?

Tak jak już tutaj pisałem - myślę, że Twoja żona próbuje funkcjonować tak jak najlepiej potrafi, a że potrafi niewiele (z dojrzałego punktu widzenia) to jest człowiekiem trudnym do zniesienia dla kogoś, kto nie ma już ochoty działać w ramach swoich starych schematów.

Można to zrozumieć (nie była na terapii, ma wobec niej opór, trudno, żeby sama z siebie nagle zaczęła funkcjonować inaczej - niby jak miałoby się to stać?) i jej współczuć, ale to nie znaczy, że należy się na to zgadzać i tłumić własne emocje, które powstają w nas w reakcji na takie zachowania - ich sobie przecież nie wybieramy, byłoby to antyrozwojowe, to byłaby wręcz nienawiść do samego siebie. Granice granice granice!

Nie ma idealnych osób i każdy nas czymś wkurwia - niemniej jednak w takich sytuacjach plusy przesłaniają minusy, bilans jest pozytywny - przymykamy oczy na wady i skupiamy się na zaletach. U Ciebie tego nie widzę - albo z Twojej perspektywy żona plusów nie ma albo nie chcesz dostrzegać jej zalet. “Coś” Cię jednak w tym układzie dalej trzyma - potrafisz to zdefiniować?

3 polubienia

Niestety mialem tak samo ze wszystkimi tego konsekwencjami :frowning: . Z ktorymi musze sie teraz mierzyc.

I niestety taka jest smutna prawda, to że jedna strona się rozwija w jakimś apekcie nie znaczy, że druga też będzie.

@NicolasC prawda jest taka, że czasami za późno dostrzegamy kim druga osoba jest. Czasami może się wydawać, że jak zaczniesz zrzucać ograniczenia w których działałeś, spowodujesz zmiane dynamiki, na którą druga strona nigdy nie jest gotowa i będzię robić wszystko by zachować status quo. Nikt na to nie ma najmniejszej ochoty.

O, to to.

1 polubienie

Nie łam się tym przesadnie - po fakcie każdy jest mądry.

Łohoho, co za odważna teza!

Każdemu się tak może wydawać, dopiero dalsze życie weryfikuje. Czasem daje nam niezły wycisk, powtarza po kilka razy zanim zrozumiemy przesłanie.

1 polubienie

Ok, faktycznie to zdanie można rozumieć tak, że wszyscy ludzie uczą się na swoich błędach - masz rację, nic bardziej mylnego.

1 polubienie

Oczywiście. Ponieważ psychoterapeutka zagraża toksycznemu układowi, który zbudowała sobie żona i w którym żona chce pozostać.

Ja właśnie mam takie wrażenie, że Twoja żona jest narcystyczna.

Sądząc po tym co opisujesz, to żona bardzo mocno stawia na narrację, na propagandę, na “edytowanie opisu rzeczywistości”. A nie na przyjęcie do wiadomości faktów i działanie w oparciu o fakty.

Jak rozumiem ona czyni to pomimo sygnałów, że masz tego dosyć - sygnałów sugerujących, że jeżeli będzie to kontynuować, to małżeństwo może się rozpaść? To też mi pachnie narcyzmem - właśnie narcyzi mają tak, że forsują swoją propagandę do końca, nawet gdy są sygnały, że propaganda nie działa i że jest to droga do katastrofy. Narcyz jest gotowy w przenośni “umrzeć” za swoją propagandę.

Moim zdaniem to wszystko brzmi tak, jakby dla żony rozwód był mniejszym złem niż przyznanie, że z jej zachowaniem jest coś nie tak. Co wygląda bardzo narcystycznie.

Kolega @Istota zrobił update i jego wyznanie zainspirowało mnie żeby też coś napisać.

Skończyłem terapię. Psycholożka stwierdziła wprost, cele zostały osiągnięte i nie ma sensu naciągać mnie na koszty. Poradzę sobie. Czy to mi pomogło – tak. Czy poprawiło coś w małżeństwie – zdecydowanie nie.

A miało być inaczej. Ktoś miał mnie docisnąć, zrobić potulnego empatycznego misia, sprawić żebym zobaczył własne wady, niezdrowe nawyki, zaczął je wykorzeniać… Celowo na terapeutę wybrałem kobietę. Chciałem żeby patrzyła na mnie z kobiecej perspektywy (krytycznie, coś jak moja żona), żeby była wyczulona na ewentualne „wybielanie się".

Nikt jednak nie patrzy na mnie w ten sposób. I wszystko wyszło inaczej… Od samego początku był atak żony na moją terapię – dewaluacja, to nie tak miało być…

Wyszło, że empatii mi nie brakuje. Funkcjonuję natomiast w głęboko toksycznym i niewspierającym środowisku (domowym). Miałem lęki przed wejściem w konflikt, przed eskalacją po ujawnieniu swojego zdania. Miałem trudności z definiowaniem granic i pozwalałem na ich przekraczanie. Dostałem wsparcie, nauczyłem się te rzeczy rozpoznawać i kontrolować. Mój nastrój przestał być tak bardzo zależny od wpływów zewnętrznych (od żony i sytuacji domowej).

Pewne rzeczy które przyprawiały mnie o szaleństwo stały się jasne. Jeśli wydaje ci się, że ktoś cię atakuje w jakiejś wypowiedzi – to cię rzeczywiście atakuje. Jeśli czujesz, że podkopuje twoje poczucie własnej wartości – to się właśnie dzieje. Jeśli dewaluuje terapeutę, przyjaciół, znajomych, gusta literackie, muzyczne – robi to z premedytacją, żeby dominować a tobie zaszkodzić.

Było trochę literatury, własnego śledztwa. Z czym mam do czynienia? Wychodzi na to, że moja żona jest w pewnym stopniu ukrytym narcyzem, dla mnie zwyczajnie jest toksyczna. Nie jestem żadnym „nice guy". Uległem jak wiele innych ofiar-źródeł wieloletniej presji ukrytego narcyza. Pech a nie żaden wstyd.

Co dalej. Koniec strategii ratowania związku. Nie mam wpływu na drugą osobę, moje zdrowie postrzegane jest jako pogorszenie relacji. Jest strategia przetrwania lub emocjonalnego wyjścia. Stałem się współlokatorem. Nawet przyjacielem już nie, mimo rozmów i górnolotnych haseł „jak to z nami będzie". Oczywistym jest, że twój „problem" nie może być twoim przyjacielem.

Rozstanie jest tym rozwiązaniem, które jest dostępne o krok. Teraz nie boję się go. Nie podejmuję jednak tej decyzji bo jestem po części uwikłany majątkowo, a po części jest mi wygodnie tak żyć i czerpać z pewnego dorobku. Niedługo dzieci wyfruną z domu i to będzie naturalny kres tego wszystkiego. A może wcześniej zdarzy się zastrzyk finansowy, co jest dość prawdopodobne i decyzja będzie łatwiejsza.

Ciało, podświadomość podsuwa zaskakujące odczucia. W pewnym momencie pojawił się pomysł mieszkania rotacyjnego z córką w mieście wojewódzkim ze względu na jej szkołę. W pierwszym odruchu było, że żona coś tu kombinuje. Nie dotarło od razu do mnie, że to oznacza życie w jeszcze większej separacji. Dopiero przespana noc, jakieś doznane wtedy poczucie odprężenia, ogromnej ulgi i perspektywy zmiany uświadomiło mi czego chce mój organizm.

Ostatnio częściej wyjeżdżam, służbowo lub do rodziny. Służbowo jest to intensywna praca zawodowa w zespole, czyli tak jak to było kiedyś. Można się wyżyć, jest satysfakcja jak kiedyś w pracy stacjonarnej. Wracam, siedzę chwilę w samochodzie przed domem i mam tę myśl, że przekroczę próg i to będzie powrót tej codzienności.

Teraz na co dzień jestem „szarym kamieniem", nudnym, nie przekazuję swoich odczuć, planów, przemyśleń. Nie tłumaczę się i nie usprawiedliwiam. Staram się widzieć wszystkie manipulacje żony, próby dewaluacji. Moim wyborem jest to jak reaguję. Czasem robię to z opóźnieniem (nie mam wprawy i refleksu jeszcze), kalkuluję na zimno czy mi się opłaca wydatkować energię. Na przekraczanie granic reaguję krótko starając się dać jej do zrozumienia, że dostrzegam akcję i dalej nie pozwolę. Nie daję żadnej pożywki ani paliwa.

Co robi ona? Daje sprzeczne komunikaty. Deklaruje, że żadnej bliskości już nigdy nie będzie. Jednocześnie wkurza ją, że na nią nie reaguję. Przykładowo, jest ciepło ubiera się trochę wyzywająco, to innym razem się opala. A ja jej nawet nie lubię, nie kręci mnie to. Coś we mnie przeskoczyło. Takie „atrakcje" to mam gratis jak wyjdę do i ludzi dodatkowo bez tej otoczki toksyczności.

Innym razem inicjuje jakieś rozmowy o dylematach. Nie podejmuję, zmieniam temat. Oburza się, a mnie to już nie interesuje, to są jej tematy nie moje, nie będę dawał pożywki i się na siłę uzewnętrzniał przemyśleń.

Jedno jest zastanawiające – ciągle powracające zarzuty o „fascynacjach". Wystarczy jakakolwiek rozmowa z jakąś kobietą albo wspomnienie z przeszłości i jest jazda – szpile, docinki, ocenianie. Widzi tylko tę jedną perspektywę damsko-męską.

Zacząłem się zastanawiać w czym rzecz u mnie. To nie jest odkrycie Ameryki. Zwyczajnie inne kobiety są zwykle uprzejme, miłe, czasem szczerze zainteresowane podtrzymaniem rozmowy, pomocne, dzielą się też swoimi przemyśleniami (pozytywnymi). Ot zwykła budująca rozmowa z której obie strony czerpią korzyść. Widocznie ja też na to reaguję pozytywnie - poprawą nastroju. Czyli o tę pozytywną poprawę chodzi (innym źródłem tych pozytywnych doświadczeń jest hobby, zainteresowania, sport, muzyka, książki a nawet praca). Ona musi coś z tym zrobić i robi. Cel - mam się czuć z tego powodu źle.

Tak sobie myślę czysto hipotetycznie. Można inwestować środki i energię w terapię, samorozwój, toczyć różne spory domowe, przepychanki, przekonywać żonę do dostrzeżenia braków i nakłaniać do pracy nad sobą, dawać przykład. Niestety w chorym układzie to nic nie da. Brutalna prawda jest taka. Poprawić swój dobrostan można tylko przez - zmianę partnerki.

Mam już swoje lata. Cieszę się zdrowiem, sprawnością fizyczną, mam dużo do zaoferowania. Na zewnątrz odzew jest bardzo pozytywny. Życie bez tych obciążeń psychicznych jest jednak kuszące – na razie czysto teoretycznie.

3 polubienia

Dzięki za apdejt. Ciesze się że złapałeś dystans do tej sytuacji i nie obwiniasz siebie i co najważniejsze to odzyskujesz siebie i spokój. To jest długofalowy proces więc daj sobie czas. Kiedy ona zrozumie że już jesteś poza relacja może zacząć się prawdziwa wojna. Tutaj stąpaj ostrożnie, bo ludzie potrafią być w takich sytuacjach bardzo niebezpieczni.

Po angielsku DARVO, po polsku można to opisać jako ZAOR. Czyli zaprzeczenie, atak , odwrócenie ról. Czyli klasyka toksycznej techniki manipulacji stosowana często przez sprawców przemocy lub osoby, które nie chcą przyjąć odpowiedzialności za swoje złe zachowanie.

To co ona widzi jako fascynację może być projekcją swoich doświadczeń i zachowań. Wszyscy tak robią częściej większym niż w mniejszym stopniu.

Jedna krytyczna uwaga odnośnie:

Poprawa dobrostanu nie zaczyna się od zmiany partnerki. Zaczyna się od zmiany własnej świadomości. Zmiana partnerki czasem bywa konieczna, szczególnie gdy w relacji jest przemoc, pogarda, upokarzanie, chroniczne umniejszanie albo brak realnej gotowości do pracy nad sobą. Ale jeśli jedynym wnioskiem po trudnej relacji jest; muszę znaleźć inną kobietę, to istnieje ryzyko, że człowiek po prostu zmieni dekoracje, zamiast scenariusza.

Można rozwieść się z toksyczną partnerką, wejść w kolejną relację, a po latach odkryć ten sam wzorzec w innym opakowaniu z inną twarzą, podobna dynamiką. Inne słowa, ten sam spektakl i bol. Pytanie będzie już tylko: dlaczego ona taka jest?, ale „co we mnie uznało to za normalne, znajome albo dopuszczalne wchodząc w ten sam schemat?” Zmiana partnerki może poprawić dobrostan. Sama w sobie go nie gwarantuje. Świadomość, granice, odpowiedzialność za własne wybory i gotowość do zobaczenia niewygodnej prawdy (o sobie też), to dopiero jest początek realnej zmiany.

Dobrze wiedzieć, że zainspirowałem Cię do zrobienia tego update’u :). Super, że udało Ci się skończyć terapię. Jak czytam Twój post, to mocno on ze mną rezonuje – w pewnych obszarach faktycznie jedziemy na tym samym wózku. Wydaje mi się jednak, że mam o tyle łatwiej, że moja partnerka nie jest narcyzem. U nas to po prostu wymiera naturalnie. Nie ma w tym niczyjej winy, po prostu wspólna ewolucja.

Widzę, że dojrzałeś do tego, że nie widzisz już sensu w ratowaniu związku. Ja mam tak samo. Dobrze, że podejmujesz kolejne kroki i wchodzisz na wyższy poziom świadomości.

Zwróciłbym jednak uwagę na to, co napisał Marcin - żeby uważać i nie wpaść z jednej relacji prosto w kolejną. Warto dać sobie czas na pobycie ze sobą, ponazywanie emocji i przejście tej żałoby po rozstaniu. Nie ma co tego bagatelizować. Wiem, że u Ciebie to może być trudniejsze z uwagi na dzieci.

Sam ostatnio złapałem się na tym, jak to może być zgubne. Byłem na imprezie, gdzie poznałem dziewczynę. Wysyłała mi mocne sygnały zainteresowania i sama inicjowała kontakt. Świadomie nie podjąłem tematu, bo nadal jestem w relacji i chcę pozostać fair. Ale nie ukrywam, że poczułem się wtedy naprawdę dobrze. Dało mi to poczucie, że nadal mogę być dla kogoś atrakcyjny i ciekawy. Także w pełni rozumiem, co czujesz.

Jest jednak jedna rzecz, nad którą sam mocno się zastanawiam (Ty pewnie też) i mam z tym dylemat. Jestem praktycznie zdecydowany na rozwód, ale wiem, że to duże wyzwanie logistyczne i finansowe. Podział majątku, spłata z domu (który pewnie zostanie u żony co mi odpowiada) - to w teorii da mi środki na zakup mieszkania, ale przez pierwszy rok będę mocno ograniczony finansowo i ucierpi na tym moja realizacja siebie.

I to jest ciekawy wątek do rozkminy, który pewnie dotyczy też Ciebie:

Czy lepiej już teraz ruszyć, podjąć radykalną decyzję, która będzie sporo kosztować, ale zamknąć rozdział i iść dalej? Czy jednak tkwić w schemacie dla wygody i świętego spokoju, narażając się na dalsze wątpliwości?

Oczywiście u Ciebie dochodzi jeszcze temat dzieci, co na pewno trzeba mocno wziąć pod rozwagę. Sam nie jestem w 100% pewien, ale chyba jednak bliżej mi do podjęcia tej trudnej decyzji o rozwodzie, niż do życia w komforcie, ale w ciągłym niezadowoleniu ze związku.