Trzy tygodnie temu ukończyłem krótkoterminową (trwała kilka miesięcy) terapię EMDR, dedykowaną do leczenia zespołu stresu pourazowego (PTSD) i chciałem podzielić się kilkoma moimi refleksjami w tym zakresie - może akurat kogoś to natchnie do sięgnięcia po tego rodzaju pomoc.
Podchodząc do niej szukałem realnego rozwiązania konkretnego problemu – traumy relacyjnej, która zostawiła po sobie sporo napięcia, nadreaktywności i niezdrowych schematów. W telegraficznym skrócie - padłem w przeszłości ofiarą doxxingu (publiczne ujawnienie imienia, nazwiska, zawodu, miejsca zamieszkania) na pewnym forum (pierwszym, na którym się udzielałem) połączonego ze zniesławieniem, a potem wieloletniego stalkingu, z którym długo nie potrafiłem sobie skutecznie poradzić. Dodam, że tak się całej sytuacji wstydziłem, że przez pierwsze dwa lata nikomu o niej nie powiedziałem - byłem w tym zupełnie osamotniony.
Temat miałem w dużej mierze przerobiony poznawczo, intelektualnie, ale w konkretnych sytuacjach odpalało się u mnie napięcie i reakcje ciała, które były zupełnie do nich nieadekwatne - było to dla mnie bardzo męczące, bo praktycznie uniemożliwiało poznawanie kobiet online. W pewnych sytuacjach trauma przejmowała mój “system”, wyłączała korę przedczołową i przestawałem reagować na “tu i teraz” - po prostu zaczynałem się bronić przed potencjalną powtórką z sytuacji, która wydawała mi się w danym momencie bardzo realna. Byłem w stanie to zauważyć jednak dopiero po czasie - gdy emocje już opadały. Działo się to wyłącznie w przestrzeni online - poza nią funkcjonowałem normalnie.
Dziś, po zakończeniu terapii, mogę powiedzieć jedno - to była jedna z najbardziej konkretnych i skutecznych rzeczy, jakie zrobiłem dla siebie.
Czym jest EMDR (w praktyce, nie w teorii)
W dużym uproszczeniu EMDR (Eye Movement Desensitization and Reprocessing) to metoda, która pozwala „przetworzyć” trudne doświadczenia zapisane w układzie nerwowym w sposób nieadaptacyjny.
Chodzi tu o sytuacje, które:
-
wywołują nadmierne emocje mimo upływu czasu
-
wracają w myślach
-
wpływają na zachowanie „tu i teraz”
-
powodują napięcie w ciele
Terapia ta różni się od typowych, mocno analitycznych terapii, gdzie problem przegaduje się całymi miesiącami czy wręcz latami - jest to praca z tym, jak mózg i ciało przechowują doświadczenie.
Celem terapii EMDR jest usunięcie z systemu ładunku emocjonalnego z przeszłości i przeniesienie traumy do pamięci długotrwałej, autobiograficznej.
Przykładowa sesja EMDR wygląda mniej więcej tak jak w poniższym filmie:
Jak działa trauma
Warto w tym miejscu nakreślić czym w ogóle jest “trauma”. Nie jest to samo subiektywnie trudne wydarzenie, a bardziej to co układ nerwowy osoby biorącej w tym wydarzeniu udział z samym wydarzeniem zrobił. Pisząc bardzo precyzyjnie - jest to sytuacja, w której doświadczenie nie zostało prawidłowo „przetworzone” przez układ nerwowy i zapisane.
Jeśli stres w danej sytuacji jest zbyt duży doświadczenie nie zostaje poprawnie przetworzone, a zamiast tego zapisuje się jako określone emocje (najczęściej - duży lęk, wstyd, bezradność), obrazy, odczucia z ciała i przekonania („jestem bezsilny”, „jestem nieważny”). Wszystko to jest zapisane w formie „tu i teraz” zamiast „to było kiedyś”.
Konsekwencje tego są takie, że układ nerwowy reaguje w “podobnej” sytuacji nie na rzeczywistość, tylko na wzorzec z przeszłości.
Innymi słowy:
-
ktoś coś mówi
-
mózg dopasowuje to do starego schematu
-
ciało reaguje jak kiedyś, w tamtej sytuacji
I wszystko to dzieje się automatycznie, poza świadomością i bez kontroli.
Mechanizm przymusu powtarzania
Warto jeszcze wspomnieć o jednej przykrej konsekwencji wydarzenia “traumatycznego”. Trauma to doświadczenie przytłaczające, bez kontroli i jak już wspomniałem “niedokończone” - układ nerwowy “straumatyzowanej” jednostki zostaje „zawieszony” w stanie: „to nie zostało rozwiązane” i mózg próbuje to dokończyć.
W takiej sytuacji człowiek nieświadomie odtwarza sytuacje podobne do traumatycznych, wchodzi w podobne relacje, ciągnie go do podobnych typów ludzi i reaguje w znajomy sposób, mimo że świadomie tego nie chce - jest kierowany nieuświadomioną iluzją, że “tym razem to naprawi”. Wchodząc w podobną sytuację, psychika „liczy”, że tym razem jej posiadacz będzie np. silniejszy, nie zostanie odrzucony, postawi granicę czyli odzyska kontrolę nad tym, co kiedyś było nie do zniesienia.
Problem jednak polega na tym, że nie mamy dostępu do pełnej świadomości w trakcie takich doświadczeń - włącza się automatyczny wzorzec, stare emocje i stare reakcje, a kora przedczołowa jest praktycznie odcięta, co w efekcie kończy się często bardzo podobnie jak kiedyś. Ludzie działający pod wpływem tych mechanizmów często wręcz nie pamiętają, co robili w trakcie takiego doświadczenia - jakby byli zamroczeni, odcięci.
Co “robi” EMDR
Mówiąc w skrócie EMDR kończy proces przetwarzania, który kiedyś się nie udał. Podczas sesji przywołuje się wspomnienie, jest się z nim w kontakcie (emocje + ciało), a jednocześnie dostaje się od terapeuty bodźce bilateralne (np. ruch gałek ocznych), co aktywuje mechanizmy podobne do tych z fazy REM snu. W tej fazie mózg integruje doświadczenia, „porządkuje” pamięć i przenosi rzeczy z „emocjonalnego chaosu” do uporządkowanej narracji. Podczas EMDR wspomnienie się „rozkleja”, pojawiają się nowe skojarzenia, emocje się rozładowują i w konsekwencji ciało się uspokaja.
Jak to wyglądało u mnie
Pracowałem na bardzo konkretnych wspomnieniach i sytuacjach (m.in. moment, gdy przeczytałem wpis mojej przyszłej stalkerki na tamtym forum zawierający moje dane wrażliwe czy fragmenty korespondencji ze mną), w efekcie pojawiały się emocje, obrazy, odczucia z ciała, a potem - w wyniku sesji - następowało ich stopniowe „rozładowanie”. Najciekawsze było to, że zmiana nie była „intelektualna” - była ona odczuwalna fizycznie i emocjonalnie.
Pewne rzeczy przestały mnie po prostu ruszać.
Najważniejsze efekty, które u siebie zauważyłem
1. Spadek reaktywności emocjonalnej
Rzeczy, które wcześniej mnie odpalały przestały mnie ruszać albo ich wpływ jest na mnie minimalny. Nie muszę się kontrolować — po prostu nie ma reakcji (co ostatnimi czasy trochę u siebie potestowałem). Duża ulga.
2. Utrata „syndromu ratownika”
To była dla mnie duża rzecz, bo wcześniej brałem odpowiedzialność za cudze emocje, regulowałem innych ludzi, próbowałem ich “naprawiać”, angażowałem się w nieswoje problemy - byle poczuć się “ważnym”, potrzebnym czy “wyjątkowym”.
Poznawczo dużo w tym zakresie zrobiłem już wcześniej, ale wciąż miałem tendencję do “opiekowania” się innymi - co tak naprawdę im szkodziło, bo moi “podopieczni” nie uczyli się regulować siebie, nie konfrontowali się z rzeczywistością, mieli opór przed terapią i pozostawali w schemacie “jestem bezradny, więc niech mnie ktoś uratuje”.
Dziś nie mam takiej potrzeby (po prostu nie ma “tego” już we mnie - jest za to ogromny sprzeciw wewnętrzny wobec takich układów) i czuję z tego powodu ogromną ulgę. Widzę bardzo wyraźnie, że prawdziwa pomoc prowadzi do większej samodzielności, większej odpowiedzialności za siebie i lepszego kontaktu z rzeczywistością, a układy “ratownicze” do większej zależności od ratownika, większego przywiązania do niego, większej niestabilności i tym samym do większej iluzji.
3. Spokój zamiast napięcia
W tym zakresie widzę bardzo dużą zmianę. Przez lata funkcjonowałem w trybie napięcia, kontroli, działania i reagowania, a teraz mam więcej spokoju, mniej wewnętrznego przymusu działania oraz więcej „bycia” zamiast „robienia”
4. Zmiana podejścia do relacji
Jest we mnie dużo większa selektywność - nie znoszę dram, nie mam najmniejszej ochoty, żeby wchodzić w niesymetryczne, toksyczne układy i nie mam ochoty nikogo przekonywać do siebie. Jeśli coś nie działa dużo łatwiej mi odpuścić niż kiedyś.
Trafiłem na fajną, bardzo praktyczną terapeutkę, która pomogła mi nabrać więcej zaufania do własnego ciała. Dzięki narzędziom, które nabyłem w trakcie tej terapii dużo skuteczniej reguluję samego siebie, znacznie lepiej śpię i znacznie mniej we mnie lęku.
Polecam tą terapię osobom, które mają na swoim koncie różne trudne doświadczenia - a wiem, że takich osób jest większość. Mi pomogła bardzo.