Sens życia dla siebie

Zawsze łączymy się z osobami, z którymi na poziomie ran jesteśmy kombatybilni. Im większa w nas świadomość tym bardziej świadomą osobę wybieramy do bliskiej relacji. W tym sensie “dostałeś” partnerki skrojone dokładnie na swoją miarę. Relacje nie rozpadły Ci się bo były szczęśliwe, tylko dlatego, że jedna osoba drugiej pokazywała gdzie ma braki. I to wzajemne pokazywanie deficytów jest dosyć bolesne. Więc na logikę trudno tu mówić o jakimś spokoju. Kiedyś odbierałam to podobnie jak Ty- jako bolesną niesprawiedliwość. Teraz widzę to jako dar i szansę.

W relacjach mamy wzrastać i uczyć się, “robienie sobie dobrze”, “miło, spokojnie i bezpiecznie ” jest tylko efektem ubocznym :wink:

O to to, dobrze oddałaś to, co chciałem przekazać wpis wcześniej :slight_smile:

Tak, słusznie.

To oczywiste, to dotyczy każdego, niezależnie od płci.

Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Kiedy jesteś w naturalnej męskiej roli, rozwijasz się a nie męczysz.

Ty piszesz o czym innym, ja o czym innym. Wewmetrzne poczucie bezpieczeństwa dobrze opisałaś, dobrze je mieć i wypada tylko pochwalić.

Łohoho;)

Stary koncept funkcjonował dziesiątki tysięcy lat i chcemy czy nie, mamy to wdrukowane w trzewiach.

Jest oczywiste, że czasy inne i inne wymagania, ale kiedy w relacji oboje mają swoje sfery w których się spełniają w archetypowych rolach płci, to daje dużo satysfakcji i szczęścia.

Kiedy stosować ‘partnerstwo’, które jest totalnie sztucznym podziałem, zakładającym że niezależnie od płci mamy te same predyspozycje i to samo daje nam szczęście, wtedy jest to co jest. Kobieta i mężczyzna ze sobą konkurują, próbują wchodzić nawzajem na swoje tradycyjne pola i role, wszystko staje na głowie.

Do niedawna kobiety otaczały się głównie kobietami, zajmując się tym, do czego zostały stworzone. Dając domowe ciepło, przekazując życie, troszczac się o domową atmosferę. Decydując o tym, co wewnątrz.

Mężczyźni spędzali czas z mężczyznami, dbając o to by rodzina była syta i bezpieczna. Decydując o tym, co na zewnątrz.

Lew Starowicz kiedyś to kapitalnie określił, że zanik pożądania w dłuższych relacjach wynika z unifikacji, rozmycia tradycyjnych ról, upodobniania się do siebie.

Podczas gdy pożądanie wynika z różnic, jakie mamy wzgl. siebie.

Wam imponują męscy mężczyźni, nam bardzo podobają się kobiece kobiety.

To nie oznacza spełniania dawnych ról o których pisałem, jednak sama idea by się różnić, wpłatać funkcje archetypowe na tyle, na ile realia pozwalają w relacje, wyjdzie tylko na plus.

Chyba że ktoś już totalnie odjechał i uważa płeć za konstrukt społeczny, wtedy się intelektualnie w tym nie odnajdzie, podobnie na poziomie ego. Jednak nawet taka osoba działa na podobnych zasadach Kiedy wziąć pod uwagę poziom biologii, atawizmów, archetypów.

Bezpieczeństwo w tym kontekście dla mnie oznacza, że mężczyzna jako jego dawca nie boi się być decyzyjnym, proaktywnym, dominującym w sposób, który służy rodzinie- nie poddaje się emocjom kobiety. Jest stały, dzięki czemu ona może pozwolić sobie być płynną.

Ocean i skała.

Fajnie, ale z kim się nie zgadzasz? Ktoś twierdzi inaczej?

Bo jeśli o mnie chodzi, to pisałem o czymś wręcz przeciwnym.

Te partnerskie układy, jeśli są udane i długotrwałe, wcale nie są takie partnerskie. Tam jest miejsce na to by mężczyzna był mężczyzną a kobieta kobietą.

Chyba że realizują schematy a nie żyją w dającej rozwój wolności. Wtedy różne konfiguracje są możliwe, też takie gdzie kobieta przewodzi a facet siedzi pod pantoflem.

Życie pokazuje różne scenariusze, jednak ja się skupiam na tym co jest drogą rozwoju, a nie na tym co się spotyka.

1 polubienie

“Chhba że ktoś totalnie odjechał I uważa płeć za konstrukt spoleczny”

Miało być “kontekst kulturowy”. Nie widzę możliwości edycji z poziomu tel.

Kurwa.

Konstrukt kulturowy

1 polubienie

A znasz jakieś inne poczucie bezpieczeństwa niż wewnętrzne? “Poczucie” odnosi się przecież stanu wewnętrznego. Czy ludzie którzy mają np. miliony na koncie, dużą rodzinę, żyją w wolnym kraju, czują się bezpiecznie? No nie zawsze. Więc choćby ten mężczyzna dwoił się i troił, to nic to nie da jeśli kobieta sama ze sobą nie poczuje się stabilnie, spokojnie i bez lęku.

Mam też taką obserwację, że całkiem niedawno głównie relacje miały być gwarantem bezpieczeństwa, dzisiaj bardziej chyba z bezpieczeństwem kojarzone są pieniądze. Im więcej pieniędzy tym lepiej, czyli bezpieczniej. I to widać bardzo wyraźnie.

Wybacz, że nie wejdę z Tobą w polemikę dotyczącą “męskości “i “kobiecości”. Sporo bolesnych momentów przeżyłam w swoim życiu gdy ludzie o pomysłach podobnych do Twoich próbowali dociąć mnie do “naturalnych kobiecych cech, przyrodzonych i oczywistych “. Życzę każdemu człowiekowi żeby był szczęśliwy z tym pakietem predyspozycji, zalet i umiejętności z jakim się urodził.

Możesz się jednak zgodzić, że poczucie bezpieczeństwa opiera się na pewnej wewnętrznej stałej, jednak mają na nią wpływ czynniki zewnętrzne, prawda?

O tym piszę, dlatego wcześniej zróżnicowałem te dwie rzeczy.

Już wyraźnie to napisałem wcześniej, że nie o to chodzi.

Zmieniły się warunki, trzeba to wziąć pod uwagę. Dawniej ludzie doświadczali realnego zagrożenia zdrowia i życia, biedy itp.

Relacje rodzinne, klanowe, miały realny wpływ na bezpieczeństwo.

Dzisiaj to nie jest kwestia bezpieczeństwa tylko większego lub mniejszego komfortu.

Wybaczam.

Podstawowa różnica polega na tym, że ja nikogo nie przycinam do czegokolwiek. Piszę o swoich przekonaniach, tym co się sprawdza. By się sprawdzać mogło, powinno być wyborem. Najlepiej świadomym, choć bez tego też może zadziałać. Na pewno nie czymś, co zostało narzucone.

Chyba mnie tu trochę widzisz jak troglodytę, a pisałem o tym, że warto pewne rozwiązania dopasowywać do rzeczywistości, a nie wracać do przeszłości. Jasne, że były tego i ciemne strony.

Ja piszę o zdrowej relacji dojrzałych i świadomych osób, które pewnych rzeczy chcą, bo dzięki nim wzrastają.

Przeżyć współczuję, serio.

Ok.

Moim zdaniem oboje macie na swój sposób rację.

Świat zewnętrzny ma na nas większy wpływ niż nam się wydaje. Posługując się skrajnymi przykładami - siedząc w środku pożaru, będąc na froncie wojennym czy w związku z osobą stosującą przemoc fizyczną raczej nie będziemy czuć się bezpieczni, nawet jeśli jesteśmy przepełnieni samoakceptacją i pozytywnymi przekonaniami na temat ludzi czy życia. Lęk (innymi słowy - brak poczucia bezpieczeństwa) w takiej sytuacji jest czymś bardzo ok, to naturalna reakcja organizmu na zewnętrzny stan zagrożenia. Zdrową odpowiedzią jest po prostu zmiana otoczenia (o tyle, na ile to w danej sytuacji możliwe).

No ale fakt jest taki, że na co dzień okoliczności zewnętrzne są raczej obiektywnie znośne, a mimo to wielu ludzi nie czuje się ze sobą bezpiecznie. To bardzo rozległy temat, pewnie na inny wątek. I tu zgadzam się z @Ewa.Dubois, że w zdecydowanej większości przypadków nie jesteśmy w stanie takiemu człowiekowi zapewnić poczucia bezpieczeństwa - jest to często kwestia jego własnych przekonań na swój temat.

Ten strach jest naturalny - jeśli przy kimś otwierasz swoje serce i pokazujesz się z wrażliwej, bardziej bezbronnej strony to oczywistym ryzykiem jest to, że możesz cierpieć przy kolejnym rozstaniu. Inną drogą jest nie otwierać się, zgrywać niedostępnego, zdystansowanego - ale tu z kolei ryzyko jest takie, że normalna, pragnąca bliskości kobieta nie będzie chciała mieć z Tobą nic wspólnego. Coś za coś, jak to w życiu.

1 polubienie

:grinning_face_with_smiling_eyes:

Nie wiem skąd ten upór, by mi przypisywać taką tezę.

Nie o to mi chodzi, przypomina znów.

Mamy na siebie wpływ w relacjach i to jest bezdyskusyjne. Też na poczucie bezpieczeństwa, choć u mężczyzn to się kojarzy bardziej z ciepłem domowego ogniska, atmosferą. Tak, kobiety też nam dodają do poczucia bezpieczeństwa, ale mogą na nie wpłynąć negatywnie, poprzez różny zestaw zachowań. Mało to mężczyzn wychodzi ze zrujnowanym poczuciem wartości po nieudanych relacjach?

My też jesteśmy kimś, kto kobiecie może dodawać do poczucia bezpieczeństwa lub je odbierać.

O to mi chodzi.

Że poziom startowy powinien być w dobrym miejscu, że nie można wchodzić z niskim poziomem i oczekiwać że druga strona się tym zajmie, to oczywiste od samego początku i właśnie to próbowałem przekazać Autorowi.

Pięknego dnia życzę!

2 polubienia

Brzmi to trochę inaczej niż napisałeś na początku. Mężczyzna miał zapewniać kobiecie bezpieczeństwo, a teraz już tylko dodawać do tego co sama ma. Ale ok, nie czepiam się :slightly_smiling_face:

Wracając do Twojego powiedzenia “mężczyzną skałą, kobieta wodą “ niekoniecznie musi być to prawdą. Gdyby kobiety były tak emocjonalne jak przyszło się uważać, to od natury nie dostałyby w pakiecie zaszczytnej funkcji rodzenia i wychowywania dzieci. Dobra matka powinna być przede wszystkim stabilna emocjonalnie, nie może być chwiejna i z dużym poziomem lęku, dobrze też aby była konsekwentna i dobrze zorganizowana. To są archetypowo męskie cechy.

Mam taką hipotezę, że kobiety celowo zachęca się aby odgrywały ten teatrzyk “z emocjami”, po to żeby ich partner poczuł się przy nich bardziej męsko. Głupio to brzmi, wiem. Skoro kobiety są stabilne w pracy zawodowej, stabilne przy dziecku, to czemu niby przy mężczyźnie miałoby się im odmienić?

1 polubienie

Ciekawe, też się nad tym zastanawiam. Ale gdyby tak zrzuć na ludzi bombkę w postaci newsa o pandemii, wojnie czy inflacji, to widać co się stanie. Część ludzi dopadnie strach i nie będą spać po nocach, a jakaś część powie “Ok, na razie nic się nie dzieje, więc nie ma potrzeby się martwić, jak zacznie się coś dziać, to wtedy będę działać “. Ci z pierwszej grupy reagują z poziomu rany dziecka, ci drudzy - z pozycji dorosłego. Informacja ta sama, a poziom poczucia bezpieczeństwa diametralnie różny.

1 polubienie

Jest jeszcze trzecia droga. Otwierać się, ale akceptować co przyszłość przyniesie. I przyjmować to w pełni. To jest droga, która wymaga wytrwałej pracy i często trudna do osiągnięcia. W tym celu należy się pozbyć siebie wykreowanego w postaci warstw ego i zacząc czerpać z tych części ukrytych pod nimi. Jak ćwiczenia fizyczne są długofalowym i dożywotnim zobowiązaniem, ten mentalny “fitness” należy tak samo traktować.

Podzielę się jeszcze krótką przypowieśćią, bo jakże mógłbym inaczej. Do takiego mentalu dążę.

Szklanka

Widzisz ten kielich? - pyta Achaan Chaa, tajski mistrz medytacji. - Dla mnie ta szklanka jest już rozbita. Lubię ją; piję z niej. Doskonale utrzymuje wodę, czasami nawet odbijając słońce, tworzy piękne wzory. Kiedy w nią stukam, wydaje piękny dźwięk. Ale kiedy stawiam tę szklankę na półce, a wiatr ją przewraca lub mój łokieć stąrca ją ze stołu, a ona spada na ziemię i rozbija się, mówię: „Oczywiście”. Kiedy rozumiem, że szklanka jest już rozbita, każda chwila z nią jest cenna.

3 polubienia

No i pięknie, w pełni się zgadzam. W internecie czasem trudniej się dogadać niż w realu, skróty myślowe powodują, że potrafią się ze sobą kłócić ludzie, którzy tak naprawdę mają podobne zdanie :slight_smile:

Dobre pytanie :slight_smile:

Inna sprawa czy faktycznie tych stabilnych emocjonalnie matek (i ojców) mamy w naszym społeczeństwie dużo - wydaje się, że raczej nie.

Oczywiście masz rację. Niemniej jednak w sytuacji realnego zagrożenia zewnętrznego (np. gdy zacznie gonić nas tygrys) nawet buddyjski mnich zacznie uciekać i będzie mu się wydzielać mix złożony z kortyzolu, noradrenaliny i adrenaliny - lata medytacji i budowania wewnętrznego domu nic mu w tym nie pomogą.

Poznałem w realu kilku mistrzów zen - byli to jak najbardziej zwyczajni ludzie, mam wrażenie, że dużo zwyczajniejsi od reszty.

Przypowieść bardzo fajna i dobrze mieć jakiś ideał, do którego się dąży - oczywiście z pełną świadomością tego jaką rolę powinny pełnić w naszym życiu ideały (tj. że jest to stan najprawdopodobniej osiągalny dla promila, jeśli nie mniej, ludzkości).

2 polubienia

Rozmiar tego cierpienia zależny jest jednak od naszego poziomu świadomości. Jeśli jako dziecko doznaliśmy porzucenia (lub wielu porzuceń i zaniedbań), to zakodował nam się autentyczny lęk przed śmiercią. Dla dziecka odejście opiekuna = śmierć. Do tego można dodać równie pierwotny strach przed wykluczeniem z plemienia, grupy. Kiedyś wygnanie z wioski kończyło się śmiercią wygnańca.

Patrząc realnie obecnie nic nam nie grozi gdy partner nas zostawi, nie umrzemy bez opieki, z głodu, ani chłodu, a jeśli plemię nas odrzuci, to znajdziemy sobie nowe plemię.

Oczywiście nie jest przyjemne zakończyć związek czy też zostać porzuconym, ale jeśli ten strach jest na tyle duży, że w ogóle boimy się wchodzić w związki, to warto sobie uświadomić skąd to nieadekwatne cierpienie się wzięło.

1 polubienie

Może brzmi inaczej, ale od początku piszę o tym co jest biorąc pod uwagę atawizmy, archetypy i obecną rzeczywistość.

Odnosiłem się do autora, który sobie nie radzi bez relacji I dlatego jej szuka. Ma poczucie pustki, relacja ma mu zapewnić m.in. poczucie bezpieczeństwa.

Tymczasem on jako mężczyzna, ma być bardziej stabilny, co już sie kojarzy z poczuciem bezpieczenstwa. Czegokolwiek byś nie napisała o kobietach, jak dobrze radzą sobie w pracy, weź priszę pod uwagę że relacje i rodzina to inne pola, inna dynamika. Jesteście bardziej zmienne i to nie są moje fanaberie, tylko m.in. biologia. My tego nie nie mamy w takim stopniu. Nie piszę o skrajnościach, więc np wychowywanie dzieci jest możliwe a dzięki innym mechanizmom, jesteście o wiele bardziej do tego predystynowane od nas.

Opisałem wcześniej jeszcze inne składniki, które mężczyźnie karbuje się tylko na plus:

Wreszcie, dla kobiety to ogromną ulga kiedy nie musi mieć wszystkiego na głowie, kiedy facet ogarnia na wielu polach.

My mamy tak sami, ale o inne pola chodzi.

Nie będę się rozpisywał, ale odpały emocjonalne jakie widziałem wśród kobiet wykształconych, na stanowiskach, czasem już w słusznym wieku, pokazują że naprawdę różnie z tym bywa.

Poza tym, myślę że sama to wiesz, relacje d-m to jednak zupełnie inna dynamika i w nich mogą się uaktywniać rzeczy, które są uśpione np w pracy czy podczas wychowywania dziecka.

Trochę to pachnie ideą braku zaangażowania, by nie bolało. Unikaniem emocji. Piszę o idei przełożonej na relację, nie o szklance. Żebym się zaraz znów nie potrzebował tłumaczyć :grinning_face_with_smiling_eyes:

Może już to było ich sukcesem, jeśli np do szukania drogi żeń skłoniły ich problemy, rzeczy z którymi sobie nie radzili. To częsty motywator.

Jak chcesz to potrafisz :face_with_tongue:

To są atawizmy, archetypy. Działają m.in. w ten sposób, ale nie tylko.

Wyraźnie widać ich działanie np w erotyce, ale też w tym jak układają się dynamiki d-m. Mają wpływ na bardzo wiele rzeczy, pozytywny ale też negatywny.

Z poważaniem

_ON

Nie wiem jak u Ciebie, ale u mnie jest tak, że jeśli już zdobędę wiedzę i wiem na pewno, że to atawizm, to przypominam sobie rysunek Mleczki, wiesz ten z żyrafą i słoniem - “Obywatelu, nie pieprz bez sensu” i po prostu nie robię rzeczy, które… są bez sensu.

Niesamowite, że każdy z nas trochę inaczej tę przypowieść zrozumiał, to czyni ją jeszcze ładniejszą :slightly_smiling_face:

Ja zrozumiałam ją tak : zachowaj wartość, obniż ważność.

Grzeszysz zuchwałością, niewiasto.

Czy w relacjach nie chodzi o jedno i drugie?

Pisałem w podobnym sensie. Unikanie zaangażowania, spowodowane strachem przed utratą.

W innym przypadku, po co obniżać wartość? Dlaczego nie przyznać, że ktoś jest po prostu dla nas bardzo ważny?

Jeszcze jedno spostrzeżenie. Spodziewanie się, że rozbijemy szklankę, jest jak zakładanie że relacja nie pprzetrwa. Przecież to nic innego, jak powielanie przekonań, które w przypadku relacji nie są wspierające.

Według mnie nie.

Jeżeli coś jest dla nas ważne, to chcemy to mieć, zatrzymać, utrzymać, zdobyć, zawłaszczyć, wykorzystać, posiadać. Jeśli jest ważne, to nie chcemy stracić, będziemy cierpieć gdy zniknie, gdy odejdzie, trzymamy się więc kurczowo, kontrolujemy, sprawdzamy.

Jeśli ważne nie jest, to pozbywamy się tych wszystkich ciężkich emocji, pozbywamy się napięcia, cierpienia, rozczarowania, żalu. Nie jest ważne, więc puszczam wolno, nie boję się stracić.

Wartość natomiast pozostaje niezmiennie duża, ogromna, bezgraniczna.

Nie dziwię się Marcinowi, że do takiego stanu dąży. Przypowieść o szklance dla mnie jest też przypowieścią o bezwarunkowej miłości.

Jeśli to jest rzecz, wtedy tak. Jeśli drugi człowiek, to opis toksycznego podejścia. Nie świadczy o wewnętrznej wolności tylko o jakiejś formie uwikłania.

Znów, początek ok ale reszta nie wygląda normalnie. Pasuje do uwikłania, uzależnienia od kogoś i sporym rozgardiaszu wewnątrz.

Tak, ale to przecież zwykła ucieczka by nie czuć, zamiast zrobienia roboty by czuć adekwatnie i tak się zachowywać. Umniejszanie ważności drugiej osoby, byle nie dotknęła tkliwych miejsc.

Coś Ty się, BS naczytała?

Nie wiem na ile znasz Marcina, ale ja pamiętam jego wpisy. Na pewnym etapie było mu cholernie trudno, nie radził sobie z sobą w tym, co sie pokazywało w relacji. Dysocjacja, a tak to wygląda, to mechanizm oobronny. Być może stąd ta postawa, nie wiem.

Nie da się zaangażować w relację z kimś, kto nie jest dla nas ważny. Nawet, jeśli jest wartościowy.

Nie da się oczekiwać że ktoś się zaangażuje w relację z nami, jeśli nie będziemy dla niego ważni.

Gdzie Ty tu widzisz bezwarunkową miłość? Dla mnie jest wręcz przeciwnie. Już pomijając, że taka miłość nie istnieje między dorosłymi ludźmi.

Dopuścić by ktoś był dla nas ważny i wartościowy, ale pamiętać że sami dla siebie przede wszystkim mamy takimi być. To jest sztuka.

Zaangażować się, dzięki temu być zdolnym do przekraczania swojego ego w relacji, ale i umieć puścić gdy nie da się inaczej.

Z poważaniem

_ON