Sens życia dla siebie

Zastanawiam się jak to najlepiej wytłumaczyć. Może innego rekwizytu użyję, zamiast szklanki - pieniędzy :wink:Znasz na pewno mapę poziomów świadomości Hawkinsa, to taka klasyfikacja naszych emocji, na dole są te najtrudniejsze dla nas (wstyd, poczucie winy), na górze te najbardziej wzniosłe (pokój, miłość). Im wyższy poziom świadomości, tym więcej punktów jest mu przypisanych.

Wyobraź sobie, że pewien mężczyzna zakłada firmę z kolegą, ale po czasie wspólnik okrada go z pieniędzy i znika. No i teraz zależnie na jakim poziomie świadomości będzie ten mężczyzna, tak zareaguje i tak będzie się czuł.

Wstyd (20): „ Ale jestem głupi, oszukał mnie jak dzieciaka.”

Lęk (100): „ Jak zapłacę teraz rachunki ? Zabraknie mi kasy na życie .”

Złość (150): „ Ale złamas ! Zemszczę się na nim przy najbliższej okazji ! ”

Duma (175): „Nie pozwolę się tak traktować, jeszcze zobaczy na co mnie stać .”

I teraz wyższe poziomy :

Odwaga (200): „ Nie jest to dla mnie łatwe doświadczenie, ale zobaczę co da się zrobić i jak uniknąć podobnego zdarzenia w przyszłości.”

Neutralność (250): „ Kasa przyszła, kasa poszła, ale i tak dam sobie radę.”

Akceptacja (350): „Człowieka nie zmienię i nawet nie chcę zmieniać, ale mogę zmienić swoje podejście.”

Miłość (500): „Wybaczam mu. Może te pieniądze były mu potrzebne bardziej niż mnie.”

Pokój (600): „Wszystko co się wydarza jest takie jak być powinno, niczego nie tracę.”

Mam nadzieję, że ten przykład zobrazował co miałam na myśli pisząc o miłości :slightly_smiling_face:

Jasne, ale..:wink:

W poprzednim swoim poście sobie przeczysz, więc polemizuję.

Miłość, rozumiana jako stan umysłu (powiedzmy sobie szczerze, dotknąć się da, ale konia z rzędem temu, kto umie tak cały czas), jest postawą skrajnie wolną, niezależną, a przy tym przychylną i otwartą. Te cztery cechy powinny współdziałać, by się nie dać wykorzystać, ale i nie zamknąć na innych.

Jednak w tym stanie, nie ma absolutnie żadnej potrzeby obniżania czyjejś wartości. Przeciwnie.

Tym bardziej nie pasują Twoje ustępy nt zawłaszczania, posiadania, wykorzystania, kontrolowania, a wreszcie cierpienia.

To są inne poziomy.

Nie rozumiem jak Ci się to składa.

Przypowieść o szklance w moim odbiorze, jest opisana formą dysocjacji, ucieczki, przekonania o rychłej stracie. Mozna nadać wartość i ważność, zakładać dobry rozwój zdarzeń, cieszyć się z tu i teraz, a gdy nie wyjdzie, przepuścić przez siebie smutek i iść dalej.

Z poważaniem

_ON

Nie rozumiesz, bo czytasz waćpan nieuważnie :wink: Np. konsekwentnie ignorujesz zaimek z przyimkiem “dla mnie”. Dla mnie ważny. DLA MNIE.

Gdybyś wyszedł z disneyowskiej wizji “ o zmierzchu na moście szepczą sobie do uszka - jesteś dla mnie ważny /jesteś dla mnie ważna “, to wtedy może byś się otworzył na koncept o którym piszę. A może nie, przymusu nie ma :slightly_smiling_face: Lista potencjalnych emocji, które się odpalają gdy coś jest dla nas ważne może być jeszcze dłuższa niż napisałam. Oczywiste że jeden poczuje tylko delikatne ukłucie zawiści, inny żal i rozczarowanie, a jeszcze inny, jak mój znajomy, weźmie sztucer i zastrzeli niewierną żonę, bo taka była dla niego ważna.

Z punktu widzenia czysto praktycznego ludzie razem nie umierają. Ktoś odchodzi pierwszy. “Kiedy rozumiem, że szklanka jest już rozbita, to każda chwila z nią jest cenna”. Więc jest to apoteoza życia i miłości, a nie jak twierdzisz - zapowiedź rozstania.

1 polubienie

Tak sobie czytam i widze ze mamy odrobine rozne definicje tego samego. Nie chodzi o wypieranie emocji, ale ich zrozumienie ich zrodla. Nie chdodzi tez o brak zaangazowania, ale o akceptacje co przyniesie przyszlosc i swoje emocje. wypieranie i blokowanie nie prowadzi do niczego dobrego. Prawie, bo jezeli efektem ubocznym jest terapia, wtedy benefit jest olbrzymi.

Jak ktos jest z kims nie bedac jednoczesnie ze soba, to wynik tego jest malo przyjemny. Kiedy sie identyfikujemy przez pryzmat zwiazku lub swoj dobrostan uzalezniamy od tego z kim jestesmy, odlaczeni jestesmy od siebie.

Siebie powinnismy sie kurczowo trzymac i tylko siebie. Zrozumialem to z jednej strony pozno, z drugiej strony w odpowiednim czasie. Wczesniej po prostu nie bylem gotowy.

Jezeli cos jest dla nas tak wazne, ze trzymamy sie tego czegos kurczowo, nalezy sie zastanowic dlaczego tak jest. Chodzi o przywiazanie, lancuchy ktore na siebie zakladamy ludzac sie ze to cos lub ktos da poczucie iluzorycznej pelni.

Dlatego lubie ta przypowiesc o szklance, bo dla kazdego moze znaczyc co innego. Dla mnie to historia o akceptacji. Nie znaczy tez, ze nie nalezy sie smucic, gniewac gdy sie roztlucze. Należy zaakceptować stan j jest, ale tez mozna i trzeba decydować co z tej szklanki chcemy świadomie pic.

Wchodzimy w relacje z naszymi nierozwiaznymi sprawami, nieswiadomie i dajemy sie poniesc chemii i kiedy chemia dziala wtedy najczesciej nadajemu temu wartosc i zaczynamy przywierac. Problem sie pojawia, kiedy nie zaczyna sie widziec drugiej osoby jako czlowieka, a zespol cech lagodzacych lub wyzwalajacych nasze traumy i powielajacych niefortunne mechanizmy przywiazania z przeszlosci.

PS. Mam problemy z kodowaniem pl literek na tablecie na ktorym pisze ten post.

Patrząc na to co piszesz, chyba rozumiem o co Ci chodzi. Odbieranie ważności komuś ma sens, kiedy dajemy jej za dużo kosztem siebie.

Czyli piszemy o zachwianej równowadze, nieuporządkowaniu, itp.

Ja się wypowiadam o w miarę dobrej sytuacji, zdrowej i zrównoważonej.

Pokazuję, że nie da się inaczej takiej stworzyć, jeśli nie uznamy że osoba naprzeciw jest dla nas ważna. Inaczej, zabraknie motywacji by przekraczać własne ego i akceptować drugiego człowieka w jego fajnych, ale też trudnych odsłonach.

Można do tego dojść i nie ma to nic wspólnego z disneyowskim odrealnieniem. To jest właśnie miłość, do siebie i do innych.

Jeśli zaś ktoś sobie z tym nie radzi, chce “posiadać drugą osobę, wykorzystywać, zawłaszczyć, posiadać, kontrolować”, a gdy się to nie udaje, cierpi, to ma sporo do zrobienia, ale z sobą.

W takiej sytuacji odbieranie ważności jest sposobem chronienia się przed tym, co wychodzi z nas samych, ale jest kontrskuteczne w budowaniu więzi.

Można mieć radość, czerpać z życia, z drugiego człowieka, z rzeczy, bez skupiania się na tym że są ulotne.

Ale ja nigdzie nie piszę żeby wypierać emocje :slightly_smiling_face: Wypieranie emocji mści się na nas okrutnie, wszyscy to wiemy. Raczej mam taki zamiar, pracuję nad tym, o czym dość otwarcie chyba piszę, żeby emocje zamieniać na inne, wybierać inne emocje ( nie wiem jakiego określenia użyć ).

Posłużę się swoim przykładem. Przed laty pretendowałam do tytułu pierwszej płaczki. Tak objawiała się u mnie trauma, którą w sobie nosiłam od dzieciństwa. Płacz był reakcją na żal, smutek i cierpienie, które często czułam. Od paru lat płaczką jestem nadal, tyle że płaczę tylko w sytuacjach szczęścia i wzruszenia. Czy to znaczy, że dysocjuję się od swojego cierpienia? Nie, to znaczy że cierpienia nie czuję. Skoro nie ma go we mnie, to nie mam co czuć.

Jeżeli ktoś lubi swoją złość, zazdrość, swoje rozczarowanie czy smutek, to nie musi nic zmienić. I mnie nic do tego. Wiem natomiast, że duże zmiany we mnie zaczęły się dokonywać w momencie gdy zaczęłam zmieniać swoje myśli. Emocje są przecież pochodną moich myśli. Skoro nauczyłam się kontrolować swoje myśli, to w sumie można powiedzieć, że nauczyłam się też skutecznie zmieniać to co czuję.

Ważna = mam w tym interes żeby była w moim życiu. I dla tych korzyści akceptuję “trudne odsłony “ drugiej osoby. Z taką definicją miłości połowa małżeństw się rozpada, a w większości związków idzie jak po grudzie :slightly_smiling_face:

Zachodzę w głowę, na jakich zasadach to się dzieje, że tak bardzo zmieniasz sens moich wypowiedzi i sobie z tym zmienionym sensem polemizujesz. Nie wiem, ale nie widzę przestrzeni do zrozumienia się więc odpuszczam.

Nie gniewaj się :slightly_smiling_face: Ja po prostu bardzo lubię takie rozkminy. I nieszablonowe idee też lubię. A zasadę “ Zachowaj wartość, obniż ważność “ nie ja wymyśliłam, chociaż w moim życiu sprawdza się genialnie, nie tylko w relacjach, ale we wszystkich sferach. O ile dobrze pamiętam, to jest 35 zasada “Transerfingu rzeczywistości “ Vadima Zelanda.

I też Ci dziękuję za wymianę myśli :slightly_smiling_face:

Zaprawdę, powiadam Ci. Tym stwierdzeniem wywołałaś niezłą konsternację. Gdzie tu gniew?

Mam tak samo, ale tu nie umiemy wcale się zrozumieć, albo mamy skrajnie inne poglądy na pewne sprawy. Być może jedno i drugie.

Jedyna jej wartość wg mnie, to gdy ktoś nie umie sobie poradzić ze swoimi emocjami w bliskości.

W innych przypadkach wydaje się naturalne i pożądane, by swoim bliskim dawać jedno i drugie. Budującym jest to dostawać. Pewni ludzie są dla nas ważni i wartościowi i nie ma w tym nic złego, przeciwnie. Do momentu, gdy sami dla siebie jesteśmy ważni i wartościowi.

Jeśli masz ochotę, opisz na konkretnych przykładach w jaki sposób to robisz, dlaczego i po co. Być może, jakiś tam margines tego jest prawdopodobny, piszemy zupełnie inaczej o czymś podobnym.

Dla mnie ludzie bliscy są dla mnie ważni, to wynika z więzi. Gdyby się okazało np że jesteśmy sobie potrzebni, wtedy nie ma problemu- bo jesteśmy dla siebie ważni. Możemy na siebie liczyć i nie ma w tym wyrachowania, jest więź.

Z niektórymi ważnymi dla siebie ludźmi nie mam komponentu wartości, tak jesteśmy od siebie różni. Nie ma żadnej wymiany, intelektualnej, emocjonalnej, duchowej, itp co nadawałoby wartość. Mamy bardzo sporadyczny kontakt.

Jednak np więzi rodzinne sprawiają, że traktujemy się inaczej niż innych, czasem wartościowych ludzi- bo jesteśmy dla siebie ważni. Tu nie zawsze chodzi o emocje i romantico, choć z tym się najprędzej kojarzy.

Ludzie, którzy są dla mnie wartościowi z jakichkolwiek powodów, są np źródłem Inspiracji, mamy dobrą wymianę na wielu płaszczyznach, ale nie wytworzyła się między nami więź, nie są dla mnie ważni. Wtedy nie ma bliskości, więzi, ale potrafi pojawiać się wartościowa interakcja.

Z powyższych powodów uważam, że idealnie byłoby mieć bliskie relacje, w których nawzajem jesteśmy dla siebie ważni i wartościowi. Wtedy to jest karmiące dla obu stron.